"Zobaczyłem zdjęcia żony po pobiciu w policyjnych aktach. Straszne. Nie widziałem innych ofiar w takim stanie"

Doświadczony policjant z komendy wojewódzkiej w Lublinie siedzi w celi za znęcanie się nad żoną. Ostatnio pobił ją tak, że miała m.in. złamany nos i zwichnięty łokieć. Trafiła do szpitala. Jej mąż żałuje tego, co zrobił. Obiecuje poprawę - wstrząsnęły nim policyjne materiały dotyczące przemocy. - Nie widziałem innych tak mocno pobitych kobiet - mówi, płacząc. - Bardzo żałuję - dodaje. Sąd zdecydował dziś, że posiedzi w areszcie kolejne trzy miesiące.
Poruszając temat przemocy, piszemy na ogół o ofiarach: zastraszonych, pobitych, które często uciekają przed swoimi oprawcami. Trafiają do znajomych, rodziny albo do ośrodków dla ofiar przemocy. I próbują budować swoje życie od nowa.

Ale w zjawisko przemocy uwikłani są również sprawcy. Dlaczego to robią? Skąd bierze się taka agresja? Jak bardzo żałuje się potem swoich czynów? Reporterka TOK FM spotkała się z oskarżonym policjantem w Areszcie Śledczym w Lublinie.



"Nienawidzę siebie za to, co zrobiłem"

Bardzo żałuję i przepraszam. Szczerze mówiąc, na to, co zrobiłem, nie ma usprawiedliwienia. Zaczęło się to wszystko, gdy dowiedziałem się, co mi żona zrobiła [spotykała się z innym mężczyzną - przyp. red.]. Kocham ją, to jest matka moich dzieci. Cierpiałem wewnętrznie. Może powinienem pójść gdzieś, z kimś porozmawiać. Nie mogłem spać. Chodziłem do lekarza, ale leki mi nie pomagały.

Ogólnie to nie było jakiejś agresji, były kłótnie. Często ja sam też unikałem, czasami wychodziłem do drugiego pokoju. Były trzy-cztery zdarzenia, kiedy doszło do wybuchu mojej agresji. Widziałem w aktach zdjęcia mojej żony po pobiciu [z początku lutego - przyp. red.]. Straszne. Ja nie miałem nawet świadomości, zobaczyłem, dopiero jak zapoznawałem się z aktami.

Przez kilka lat byłem dzielnicowym, sam pomagałem ludziom. Sprawcom przemocy podczas przesłuchań groziłem palcem, że nie tędy droga. A sam zachowałem się tak samo, nawet gorzej. Nie widziałem ofiar tak pobitych jak moja żona. Okropne, nienawidzę tego, co zrobiłem. Chciałbym cofnąć czas, ale czasu się nie cofnie. Nie chcę, żeby to, co zrobiłem, wpłynęło na życie moich dzieci i rodziny.

Nie ma na to, co zrobiłem, żadnego usprawiedliwienia, ja to wiem. Nie jest to sposobem na załatwianie jakichkolwiek spraw. Chciałbym, żebyśmy mieli szansę być normalna rodziną. Często żonie powtarzałem, że ludzie mają problemy i finansowe, i z pracą, i chore dzieci. A my mieliśmy wszystko i zawsze powtarzałem, że trzeba się cieszyć. To, co zrobiłem, nie jest wytłumaczalne. Cierpię i nie wybaczę sobie tego, co zrobiłem. Żona też źle zrobiła, ale jednak jest żoną i matką naszych dzieci.

Czy rodzina wiedziała, co się u nas dzieje? Myślę, że wiedziała. Żona na pewno rozmawiała z mamą. Nawet ja sam rozmawiałem. Czasami były takie argumenty teściowej, które mnie emocjonalnie nakręcały. Tłumaczenie takie, że dla innego starczyło, to i dla mnie starczy. Mnie to też bolało.

Teraz w celi mam czas, dużo o tym myślę, proszę, żeby wszystko się ułożyło normalnie. Jaka kara byłaby sprawiedliwa? Duża, surowa. Uważam, że za te grzechy, które popełniłem, muszę odpowiedzieć. Ale chciałbym dostać szansę, chociaż na okres próby. Wewnętrznie jest mi teraz ciężko psychicznie. Dla mnie zawsze rodzina była najważniejsza. Mam takie myśli, że powinienem był skorzystać z pomocy instytucji, które są w tym zakresie szkolone.

Co będzie, jak wyjdę? Żona mówi, że chce, żebym wrócił do domu, a ja zrobię tak, jak ona będzie chciała [kobieta była w areszcie na widzeniu - przyp. red.]. Chciałbym zachować pracę, zapewnić byt moim dzieciom, bo dziś są czasy trudne [policja prowadzi postępowanie dyscyplinarne; jeśli policjant zostanie skazany, straci pracę - przyp. red.]. Ja się wychowywałem bez rodziców i wiem, co to znaczy. Rodzice mnie zostawili: ojciec, gdy miałem dwa i pół roku, a matka, gdy miałem dziewięć lat. Porzucili mnie, zostałem z dziadkami, wychowywałem się. Ale nie było żadnej agresji, nic takiego. Jak wyjdę, pójdę na terapię.

Bił po całym ciele, krew nawet na ścianach

Tomasz S. służył w policji od ponad 10 lat. Ostatnio awansował, 1 lutego został zastępcą dowódcy jednej z kompanii w oddziale prewencji lubelskiej komendy wojewódzkiej. Po tym, jak trafił do aresztu, niektórzy z komendy chcieli nawet za niego ręczyć.

Tomasz S. mieszka z żoną i trójką dzieci w małej miejscowości pod Lublinem. To trojaczki, które po wakacjach mają iść do szkoły. Policjant na początku lutego przychodzi do domu wstawiony, ma ponad promil. Nie po raz pierwszy wszczyna awanturę. Dziś mówi, że problemy zaczęły się w momencie, gdy odkrył, że żona spotyka się z kimś innym. Siedli, porozmawiali, ustalili, że się nie rozstaną, ale podejmą próbę dalszego wspólnego życia. Podjęli, ale napięcie rosło.

Jak ustalili śledczy, wtedy, w lutym, mężczyzna pobił żonę na oczach dzieci. Kobieta zeznała potem w prokuraturze, że myślała, że to już koniec. Trafiła do szpitala ciężko pobita.

Prokurator od razu po tej ostatniej awanturze zdecydował się pojechać do domu policjanta, zobaczyć, jak wygląda mieszkanie po zdarzeniu. Dokumentacja zdjęciowa nie pozostawia złudzeń. - Na zdjęciach widać krew nawet na ścianach - mówi nam jedna z osób zaangażowanych w śledztwo.

Ofiara zaczyna się łamać

Żona tuż po pobiciu zdecydowała się mówić, opowiedziała wszystko ze szczegółami. Potwierdzili to inni członkowie rodziny. Krótko potem ze wszystkiego się wycofali. Mieli do tego prawo i z tego skorzystali.

Prokuratura ma jednak inne dowody, w tym wyjaśnienia samego policjanta i obdukcje lekarskie. Dowody pozwoliły rozszerzyć zarzuty.

Mężczyzna odpowie nie tylko za ostatnie pobicie, ale też m.in. za zajście, do którego doszło na przystanku autobusowym. Mąż miał uderzać głową żony o wiatę przystanku. Odpowie za znęcanie w okresie od sierpnia 2010 do lutego 2012 roku.

Niedługo po tym, jak mąż trafił do celi, żona uznała, że jednak chce mu pomóc; była w prokuraturze, prosiła, by śledczy skierowali sprawę do mediacji. Ale prokuratura powiedziała "nie". - Mediować ze sobą mogą podmioty w sytuacji, gdy żaden nie ma przewagi nad drugim. A w przypadku znęcania jest inaczej i to zaburzyłoby wynik takiej mediacji - tłumaczy Dorota Kawa, prokurator rejonowy w Lublinie.

Sprawa już trafiła do sądu, a policjant będzie odpowiadał za znęcanie nad żoną. Grozi mu za to do pięciu lat więzienia. Na razie siedzi w celi. Miał do końca marca, ale sąd zdecydował w piątek, że posiedzi do lipca.

W areszcie korzysta z pomocy psychologa. Deklaruje, że po wyjściu obowiązkowo pójdzie na terapię.

Czy są szanse na normalność?

Psycholodzy od dawna alarmują, że przemoc w rodzinie ma określone fazy i trudno z niej wyjść. Najpierw jest narastające napięcie, potem następuje wybuch gwałtownej agresji. Ofiara najczęściej czuje się winna. Ostatnia faza to tzw. miodowy miesiąc. Sprawca zmienia się nie do poznania: staje się czuły, opiekuńczy, wrażliwy. Przeprasza, prosi o wybaczenie, żałuje.

Osoby stosujące przemoc i doznające jej mogą w terapii wypracować inne modele zachowań, Stowarzyszenie na rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia" od kilku lat prowadzi specjalne warsztaty uczące osoby uwikłane w przemoc rozwiązywania konfliktów i rozładowywania napięcia w inny sposób.

- Zdarzają się takie sytuacje, gdy ofiara wraca do normalnego życia, ale nie jako ofiara, tylko jako partner, który stawia granice - mówiła nam przy podobnej sprawie psychoterapeutka Marta Wiercińska. Jak przyznała, bywa, że sprawcy przemocy się zmieniają. I potrafią dalej zgodnie żyć. Już bez agresji.

DOSTĘP PREMIUM