Rusza akcja "Przywracamy lekcje historii". "Polak może nie wiedzieć, co to pantofelek, ale nie może nie znać historii"

Organizatorzy "Wielkiej akcji społecznej: Przywracamy lekcję historii" rozpoczynają dziś zbiórkę podpisów pod projektem ustawy "przywracającej lekcje historii w polskiej szkole". - Mogę sobie wyobrazić Polaka, który nie wie, jak się rozmnaża leszczyna, ale nie potrafię sobie wyobrazić Polaka, który nie ma zielonego pojęcia o polskiej historii - argumentuje w TOK FM Łukasz Warzecha.
"Musimy wspólnie przeciwdziałać rządowym planom wynaradawiania polskiej młodzieży. (...) Jeśli dziś nie staniemy w obronie nauczania historii w polskiej szkole, może okazać się, że bezpowrotnie stracimy całe pokolenie Polaków wyzutych z przywiązania do tradycji narodowej i poczucia odpowiedzialności za ciągłość państwa polskiego" - czytamy na stronie organizatorów akcji przywracamyhistorie.pl. Chodzi o zmiany w systemie edukacji. - Od II klasy uczniowie będą wybierać przedmioty, które ich szczególnie interesują. Pozostałe zostaną im zaproponowane w bardziej elastycznej formie - tłumaczył w lutym w TOK FM rzecznik Ministerstwa Edukacji.

Czytaj wyjaśnienia MEN >>

Dostaną przedmiot historiopodobny

- Ci, którzy nie wybiorą historii, będą mieli jej mniej. Dostaną przedmiot historiopodobny - uważa Łukasz Warzecha, publicysta "Faktu" i członek Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej "Przywracamy lekcje historii".

- To nie biologia czy fizyka kształtują świadomość człowieka, o tym, kim jest i skąd się wywodzi. Takimi przedmiotami są język polski i historia. To są przedmioty w tym sensie absolutnie szczególne - podkreślał w TOK FM Warzecha. - Mogę sobie wyobrazić Polaka, który nie wie, co to jest pantofelek albo jak się rozmnaża leszczyna, ale nie potrafię sobie wyobrazić Polaka, który nie ma zielonego pojęcia o polskiej historii, tylko zna ją wyrywkowo, zwłaszcza historię najnowszą - argumentował.

Nieczyste intencje autorów reformy

Warzecha bardzo krytycznie odniósł się do intencji samych autorów reformy. - Mam duże wątpliwości, czy one były czyste - mówił. Jego zdaniem mogło chodzić o to, żeby ludzi jak najszybciej skierować na konkretny tor zainteresowania, "wypchnąć w kierunku kształcenia do zawodu" ze względu na czynniki demograficzne. - Po to, żeby oni się dłużej nie wahali, żeby mieli bardzo ograniczony wybór na etapie studiów, żeby nie była możliwa łatwa zmiana na etapie kierunku studiów - uważa publicysta.

- Jeżeli do tego wyboru się zmusza ludzi na etapie I klasy liceum, to jest to o wiele za wcześnie. Liceum było z nazwy zawsze szkołą ogólnokształcącą, czas na wybór jest przy zdawaniu na studia - podkreślał.

Z uczniami nie ma co gadać

- Czy uczniowie, z którymi pan rozmawiał, zgłaszali podobne obawy? - pytał swojego gościa Paweł Sulik. - Z uczniami nie rozmawiałem - przyznał Warzecha. - Mam wrażenie, że uczeń na poziomie I klasy liceum nie jest w stanie ogarnąć wszystkich konsekwencji. Jeżeli ktoś ma 15 czy 16 lat to, nie chcę nikogo urazić, ale nie jest pełnoprawnym partnerem takiej dyskusji - uważa.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM