W niedzielę wybory w Grecji - najważniejsze i najbardziej nieprzewidywalne w Europie. Co po nich? [SCENARIUSZE]

Lecę do Grecji, gdzie ważą się losy Europy. W niedzielę najważniejsze i najbardziej nieprzewidywalne wybory sezonu. Ostatnie sondaże sprzed dwóch tygodni mówią, że minimalnie wygra albo konserwatywna Nowa Demokracja, albo lewicowa Syriza.
Żadna z nich jednak nie będzie najpewniej w stanie samodzielnie utworzyć rządu. Zapowiada się powtórka poprzednich wyborów z 6 maja, gdy politycy przez tydzień nie mogli się dogadać w sprawie zbudowania koalicji. Scenariusze są dwa.

Grecy wybierają Syrizę: bo jeszcze nie rządziła, bo jej politycy nie są skorumpowani lub przynajmniej nie mieli okazji, by takimi się okazać, bo obiecuje renegocjację memorandum i porzucenie wynikających z niego bolesnych cięć i oszczędności. Bo lider Alexis Tsipras ma 38 lat, jest charyzmatyczny, do parlamentu dojeżdża na motocyklu, nie nosi krawatów i buńczucznie odnosi się do europejskich liderów, do których inni greccy politycy zwracają się wyłącznie z wiernopoddańczym nabożeństwem.

Grecy wybierają Nową Demokrację: bo wolą znajome zło od nieznanego licha, bo przywódca partii Antonis Samaras nie jest tak radykalny jak Tsipras, bo życzliwiej patrzy na niego także Europa, bo jest bardziej prawdopodobne, że uda mu się zwołać inne partie do koalicji.

Poza tym wygląda na to, że socjalistyczny PASOK, który 3 lata temu spokojnie wygrywał wybory, straci dodatkowych kilka procent z tych marnych 13, jakie uzyskał 6 maja. A neofaszyści ze Złotego Świtu, na których w maju zagłosowało prawie pół miliona Greków, stracą kilka mandatów. Sondaże wróżą im nieco ponad 4 proc., czyli niewiele ponad próg wyborczy (3 proc.).

Wynik tej politycznej układanki nie jest tak oczywisty, jakim chcieliby go widzieć polscy i zagraniczni analitycy. Ani Tsipras na stanowisku premiera nie oznacza natychmiastowego bankructwa Grecji, ani Samaras jako szef rządu nie gwarantuje, że Grecja bankructwa uniknie. Żaden z nich nie wyobraża sobie powrotu do drachmy, czego nie chciałaby także Unia Europejska. Poważne negocjacje z Brukselą są nieuniknione i każda ze stron będzie musiała pójść na ustępstwa.

Najgorszy dla Grecji i Europy byłby ponowny powyborczy klincz: liderzy partyjni okopują się na swoich pozycjach i nie mogą się dogadać w sprawie koalicji. A tymczasem Grecja nie może sobie pozwolić na kolejne miesiące bez rządu i ewentualne - w ciągu trzech miesięcy - nowe wybory.

Dziś o północy zaczyna się cisza wyborcza, ale Grecy na pewno nie przestaną debatować. Euro 2012 interesuje ich znacznie mniej niż polityczny kryzys, który trwa tam już półtora miesiąca. Chcieliby nareszcie wiedzieć, na czym stoją, kto rządzi krajem i czy za miesiąc dostaną pensję lub emeryturę. Mają też nadzieję, że po wyborach politycy - z jakiejkolwiek nie byliby opcji - zabiorą się wreszcie za to, co najważniejsze, czyli realną walkę z potężnym kryzysem.

DOSTĘP PREMIUM