"Lista zagrożonych" to retoryczna mobilizacja wobec nieznanego wroga. Skuteczna od setek lat.

- Różne "listy" zawsze były bardzo popularne. W czasach starożytnego Rzymu to były listy proskrypcyjne, współcześnie listy agentów. To mówienie, że jest zagrożenie, ale bez precyzowania jego źródła. Każdy może wstawić swoje i zidentyfikować się z prezesem - tłumaczy w rozmowie z TOK FM specjalista od retoryki dr Jacek Wasilewski. Co, gdy "lista" okazuje się wydmuszką? - Kto raz uwierzył, powie, że to dla zmylenia przeciwnika. Nie przyzna, że dał się nabrać - dodaje.
Słowa Jarosława Kaczyńskiego, które padły po śmierci generała Petelickiego, zrobiły wielką karierę. "Krótką listę zagrożonych", na której miał być generał, prezes PiS usłyszał od "pewnej, powszechnie znanej osoby". Okazała się nią być prof. Jadwiga Staniszkis, która przyznała to w rozmowie z "Wprost", zaznaczając jednak, że rozmowa była luźna, a ona nie miała na myśli likwidacji fizycznej. "Lista" była szeroko komentowana, zarówno Kaczyński jak i prof. Staniszkis zostali wezwani do prokuratury.

Niesprecyzowane zagrożenie? Każdy może się zidentyfikować z prezesem

Dlaczego te słowa wywołały takie poruszenie? - To retoryczna technika "niedokończonej figury". Mówimy, że jest zagrożenie, ale nie precyzujemy jego źródła. Pod tą niewiadomą X każdy może podstawić swoje zagrożenie i zidentyfikować się z Jarosławem - tłumaczy dr Jacek Wasilewski, kulturoznawca z UW i specjalista od retoryki. - Zaczynają się mnożyć pytania: kto może zagrażać, komu i po co? Dzięki temu uruchamiają się schematy myślowe, które są znane z wcześniejszych wypowiedzi albo są podstawą narodowych mitów, wynikiem postrzegania tego, jak w Polsce dzieje się historia - wyjaśnia.

- Jeśli ten komunikat jest skierowany do popleczników, to brzmi on: "ja to kontroluję, nie bójcie się, w razie czego was osłonię" - tłumaczy.

Listy popularne od starożytności

Wasilewski przypomina, że różne "listy" zawsze były bardzo popularne. W czasach starożytnego Rzymu to były listy proskrypcyjne, współcześnie listy agentów. - To jest ciekawe, że można "być na" czyjejś liście i można "mieć" swoją listę. Przecież jeden z braci Kaczyńskich mówił, że Monika Olejnik jest na jego krótkiej liście - przypominał nasz rozmówca.

- Jeśli mówi się, że jest jakaś lista, to wtedy od razu sugerujemy, że mamy do czynienia z szerzej zakrojonym planem. A tu fantastycznie odtwarza się koncepcja układu. Jest jakiś wróg, w wielu różnych miejscach i działa planowo - mówi. Wasilewski tłumaczy, że to typowa wojenna mobilizacja. - Ta technika jest dosyć skuteczna, bo w momencie zagrożenia chcemy skupić się przy kimś, kto sugeruje, że ma plan - dodaje.

A kiedy balon napięcia pęknie?

Co jednak w momencie, gdy "pewna osoba" sama się ujawniła i napięcie opada? - Jest takie psychologiczne prawo związane z konsekwencją przyjętych założeń. Jeśli już zaczęliśmy wierzyć, to człowiek będzie starał się być konsekwentny i będzie wszystko racjonalizował. Na przykład, "teraz trzeba zamazać ślady, żeby samemu nie znaleźć się na tej liście"; chodzi o zmylenie przeciwnika. To mechanizm, który pozwala nam nie zepsuć sobie samooceny, że daliśmy się nabrać - tłumaczy dr Wasilewski.

DOSTĘP PREMIUM