Fotoradary jak grzyby po deszczu. Przybędzie ich aż 300. "Jedyny bat na kierowców"

W połowie sierpnia przy polskich drogach zacznie się montaż 240 nowych urządzeń robiących zdjęcia kierowcom. Liczba fotoradarów rośnie lawinowo - dla gmin to spory zysk. Policja twierdzi, że jednak ważniejszy jest inny efekt - wypadków jest mniej. Tylko fotoradary są w stanie zmusić kierowców do ściągnięcia nogi z gazu.
Na polskich drogach stoi obecnie 800 masztów. W większości pustych. Rotacyjnie obsługuje je zaledwie 70 urządzeń, które pstrykają zdjęcia. Teraz to się zmieni. W ciągu trzech lat z polskich dróg zniknąć mają wszystkie atrapy-straszaki oraz puste maszty. Fotoradar ma być groźny zawsze, nie od święta.

Nie chcemy zwalniać po dobroci, to będziemy ze strachu

Już w sierpniu do pustych puszek trafi 240 kolejnych urządzeń, a w październiku na drogach stanie 60 całkiem nowych, także nabitych fotoradarów. Główny Inspektorat Transportu Drogowego zainwestował w to 66 mln zł.

- W pierwszej kolejności urządzenia będziemy montować na stałe w miejscach, gdzie dochodzi do największej liczby wypadków. Lokalizacje dobieraliśmy w oparciu o badania nad bezpieczeństwem na drogach - wyjaśnia Aleksandra Kobylińska z Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego.

W przyszłym roku pojawią się także 24 odcinki pomiaru prędkości. W miastach będą mierzyły średnią prędkość pojazdu na odcinku 10 km, poza terenem zabudowanym 20 km.

Ściągnięcie nogi z gazu w okolicy fotoradaru już nie będzie rozwiązaniem.

Kampanie społeczne nieskuteczne

Na wyobraźnię kierowców nie działają drastyczne obrazki skutków brawurowej jazdy w telewizyjnych spotach czy inscenizacje przy drogach, gdzie obok przewróconych na dach zniszczonych samochodów leżały czarne worki wypchane słomą imitujące ciała. Nadmierna prędkość to obok alkoholu najczęstsza przyczyna wypadków na naszych drogach.

Tylko fotoradar skuteczny

W całym województwie zachodniopomorskim w 2002 roku były 2 maszty, w 2004 już 21, a w 2011 ich liczba zbliżyła się do 100. Tyle że wszystkie maszty do tej pory obsługują zaledwie 3 urządzenia pstrykające zdjęcia, które rotacyjnie wędrują między masztami.

- Łagodne środki perswazji nie przynoszą efektów - rozkłada ręce inspektor Joanna Wojtach ze szczecińskiej straży miejskiej. - Ani kampanie społeczne, ani rozmowy z kierowcami, próby pouczania - wylicza. - Nic nie działa na wyobraźnię tak jak groźba mandatu czy grzywny - dodaje.

Szczecińska straż miejska ma tylko jeden fotoradar. Pomiary robi tylko w ośmiu wyznaczonych i oznakowanych miejscach. Lokalne media często informują, gdzie i o której będzie pstrykać. - Mimo to mamy ręce pełne roboty. Rekordziści potrafią pędzić nawet ponad 150 km/godz. tam, gdzie jest ograniczenie do 50 km - opowiada inspektor Joanna Wojtach. W 2011 roku gmina na kierowcach z ciężką nogą na pedale gazu zarobiła 3 mln zł.

Policjanci ze Szczecina, z którymi rozmawialiśmy, przeanalizowali dane. Wynika z nich, że liczba wypadków zmalała znacząco dopiero wtedy, kiedy w 2010 roku przybyło na drogach województwa kilkadziesiąt masztów.

Niezła kasa!

Polskie drogi będą naszpikowane "strażnikami" na poboczach. Do masztów obsługiwanych przez Główny Inspektorat Transportu Drogowego trzeba dodać jeszcze mobilne urządzenia montowane w radiowozach oraz ponad 200 fotoradarów (to szacunkowa liczba) należących do gmin, a obsługiwanych przez straże miejskie i gminne.

Te drugie z założenia także mają poprawiać bezpieczeństwo, a w praktyce są niezłym źródłem dochodów. Są gminy, które planują w budżetach wpływy z tytułu mandatów.

W 2011 roku Warszawa zarobiła na mandatach za prędkość prawie 9 mln zł, gmina Biały Bór (w drodze nad morze) blisko 5 mln zł, gmina Kobylnica (woj. pomorskie) ponad 6,5 mln zł. Przykłady można mnożyć.

Nawet minister finansów chce łatać dziurę budżetową, licząc na naszą brawurę na drogach. Na ten rok wpływy z mandatów oszacował na poziomie 1,24 mld zł.

"Multikulturalizm to kompletne nieporozumienie" [OPINIA] >>


Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM