Filozof: Nie można zmuszać obywateli do finansowania metod, które uważają za niemoralne [IN VITRO]

- Jeśli powiemy o pewnym zbiorze komórek, że jest potencjalnym człowiekiem, to znaczy, że w danej chwili człowiekiem nie jest - mówi w rozmowie z TOK FM filozof dr Bogdan Dziobkowski, odnosząc się do problemu dzielącego zwolenników i przeciwników in vitro. Jednak jego zdaniem w Polsce ta metoda nie powinna być refundowana.
Karolina Głowacka: Czy kiedykolwiek dojdziemy do momentu, że wszyscy - z prawa i lewa - ustalą i powiedzą: "OK, tu się zaczyna, a tu kończy życie"?

Bogdan Dziobkowski*: To mało prawdopodobne. Początek i koniec życia ludzkiego nie są faktami, które można zobaczyć pod mikroskopem. Jest to zagadnienie aksjologiczne, a nie naukowe. Decyzja, gdzie zaczyna się i kończy człowiek, zawsze ma charakter światopoglądowy.
Jeżeli spojrzymy z perspektywy historycznej, wyraźnie widać, jak przesuwały się te granice.

Świetnym przykładem jest problem śmierci. Bardzo długo utożsamiano ją z bezdechem i ustaniem pracy serca. Jednak w latach 60., ze względu na rozwój transplantologii, pojawiła się społeczna potrzeba zmiany tej definicji. Stopniowo kolejne kraje zaczęły zastępować ją tzw. definicją śmierci mózgowej. W ten sposób konwencjonalnie zmieniono górną granicę życia ludzkiego. Podobnie wygląda sprawa w przypadku ustalenia momentu powstania człowieka. Tu też musimy dokonać wyboru, który ostatecznie jest pochodną naszych przekonań religijnych, filozoficznych czy politycznych.

Podczas procedury in vitro, przed połączeniem selekcjonuje się komórki rozrodcze, żeby uniknąć wad genetycznych. Zasada jest jasna: kobieta ma urodzić zdrowe dziecko. Tylko czy za 50 lat nie będzie tak, że bogatsi nie chcąc ryzykować, będą dobierać odpowiednie komórki? Wtedy nagle "dzieci z probówki" będą tymi lepszymi, a te z zapłodnienia naturalnego będą gorsze - bo narażone na choroby. Nowy podział społeczny?

- Trudno jednoznacznie ocenić tę swoistą "kontrolę jakości" zarodków. Jeżeli jej celem jest jedynie to, by kobieta urodziła zdrowe dziecko, jest to dopuszczalne. Poważne wątpliwości pojawiają się w momencie, gdy posuwamy się dalej.
Jednak obawy przed społeczeństwem przyszłości, o którym pani mówiła, wydają mi się przesadzone. Nie sądzę, żeby kobieta, która może w naturalny sposób urodzić dziecko, zdecydowała się na bolesną i wymagającą długotrwałych kontaktów ze służbą zdrowia metodę in vitro. To nie jest nic przyjemnego.

To się może zmienić.

- Nie jestem pewien. Wydaje mi się, że stary, wypróbowany i dość przyjemny sposób prokreacji również w przyszłości będzie zdecydowanie dominował. Trudno mi sobie wyobrazić, że zaczną wypierać go jakieś sposoby zapłodnienia pozaustrojowego.

Zadziwiające jest to, jak blisko codzienności są rzeczy do niedawna odległe jak science fiction. Oczywiście, in vitro nie jest tożsame z klonowaniem, jednak jest z podobnej półki technologicznej. Czy pana to niepokoi?

- Oczywiście, każda procedura, każde narzędzie stosowane nierozsądnie może doprowadzić do opłakanych skutków. Ale to, że może tak być nie znaczy, że nie powinniśmy tych narzędzi używać.

W tym kontekście często używa się argumentu "równi pochyłej". Mówi się, że jeśli wejdziemy na pewną drogę, to idąc drobnymi krokami, z których każdy z osobna wygląda zupełnie niegroźnie, po pewnym czasie dojdziemy do przerażającej rzeczywistości opisanej przez Huxleya w "Nowym wspaniałym świecie". Mnie tego typu argumenty nie przekonują. To tak, jakby ktoś sto lat temu postulował zakaz produkcji samochodów, dowodząc, że w przyszłości będą one coraz szybsze i znaczna część ludzkości zginie w wypadkach. Chyba jednak rozsądniej jest korzystać z dobrodziejstw motoryzacji, a związane z nią niebezpieczeństwa ograniczać przez odpowiednio skonstruowany kodeks drogowy. Podobnie w przypadku zapłodnienia in vitro. Niezwykle ważne jest, by tę procedurę odpowiednio prawnie uregulować, tak by wyeliminowane zostały różnego typu fanaberie.

Fanaberie, czyli...?

- Kant utrzymywał, że człowieka powinniśmy traktować jako cel, a nie jedynie jako środek. Wychodząc od tej zasady, można próbować wskazać, jakich granic nie wolno nam przekraczać. Niedopuszczalną fanaberią będzie więc na przykład wyprodukowanie dziecka tylko po to, by było dawcą komórek dla rodzeństwa albo poczęcie dziecka głuchoniemego, bo zażyczyli sobie tego głuchoniemi rodzice. W tego typu przypadkach mamy do czynienia z czysto instrumentalnym traktowaniem innej istoty ludzkiej. Choć zdaję sobie sprawę, że i tu granica nie jest precyzyjna i nie ma co liczyć, że kiedyś tę granicę jasno i ostatecznie wyznaczymy.

A projektowanie wyglądu?

- Nie wszyscy przyszli rodzice chcą polegać na biologicznej ruletce - chcieliby sami ustalić płeć, kolor oczu czy włosów. Jeśli chodzi o te cechy, na pierwszy rzut oka wygląda to dość niewinnie. Ale z drugiej strony, nie jestem pewien, czy tolerując tego typu kaprysy rodziców nie posuwamy się zbyt daleko. Zaraz pojawią się pary, które przyjdą ze zdjęciem uroczej dziewczynki z ulubionego serialu i powiedzą: chcemy mieć dokładnie taką samą. Nie zapominajmy, że dziecko nie jest pluszakiem z "Fabryki Misiów", w której klient może wybrać kolor i wielkość wymarzonej zabawki.

Zwolennicy in vitro mówią, że nie ma co się bardzo przejmować niewykorzystanymi - niektórzy powiedzą zmarnowanymi - zarodkami, bo przecież około 30 proc. ciąż naturalnych zanika samoistnie. Czy to, co się dzieje z bytem, może określać czym/kim on jest?

- Moralny i prawny status nadliczbowych zarodków stanowi poważny problem. To, jak powinniśmy je traktować, zależy od tego, w jakim punkcie wyznaczymy dolną granicę życia ludzkiego. Jeżeli uznamy, że zaczyna się ono w momencie zapłodnienia, to zarodki należy traktować w szczególny sposób. Jeśli natomiast przyjmiemy, że człowieczeństwo powstaje gdzieś na dalszym etapie rozwoju biologicznego, nie ma co się przejmować losem niewykorzystanych zarodków.

Nie ma znaczenia, że ciąże "naturalne" zanikają, bo coś było z nimi nie w porządku? Tymczasem nie wiemy, co by się stało z niewykorzystanymi zarodkami - być może one rozwijałyby się prawidłowo?

- Moim zdaniem nie ma to większego znaczenia. Niewykorzystany zarodek, gdyby zostały spełnione pewne warunki, mógłby stać się dzieckiem. Możemy więc powiedzieć, że mamy w tym wypadku do czynienia z potencjalnym człowiekiem. Ale pamiętajmy, że powiedzenie o pewnym zbiorze komórek, że jest potencjalnym człowiekiem, jest równoznaczne stwierdzeniu, że w danej chwili człowiekiem nie jest. Podobnie, potencjalnym mordercą jest ktoś, kto nikogo nie zabił, a potencjalnym kierowcą, ktoś, kto nie potrafi jeździć samochodem. A więc tak tego problemu nie rozwiążemy.

Natomiast warto zwrócić uwagę na termin "naturalny", który pojawił się w pani pytaniu. Jest on mocno eksploatowany w dyskusjach o metodzie in vitro. Tymczasem pojęcie naturalności jest bardzo niejasne. Czy to, że w czasie tej rozmowy siedzimy na krzesłach, jest czymś naturalnym, czy też nie? A co zrobić z lataniem samolotami? W przypadku człowieka latanie raczej naturalne nie jest, ale chyba nikt poważnie nie wyciąga stąd wniosku, że jest w nim coś złego. Nie zapominajmy też, że trudno powiedzieć o współczesnej medycynie, iż jest naturalna, a przecież wszyscy korzystamy z jej dobrodziejstw.

Jest rodzaj myślenia, że "dziecko z probówki", "sztuczne" jest gorsze.

- Taki sposób myślenia jest zupełnie irracjonalny. Przyjmując go, należy uznać, że ktoś jest gorszy, bo ma przeszczepioną nerkę albo nosi protezę. Nie ma żadnych racjonalnych powodów, by traktować człowieka, który powstał w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego, jako istotę w jakimkolwiek stopniu gorszą.

In vitro powinno być refundowane?

- Moim zdaniem w polskich warunkach ta procedura nie powinna być finansowana ze środków publicznych. I nie chodzi tu o skutki dla budżetu państwa. Powód jest bardziej zasadniczy. W naszym społeczeństwie jest dość duża grupa osób, która nie akceptuje tej metody ze względów światopoglądowych. Zmuszanie kogoś do finansowania pewnych praktyk, które z jego punktu widzenia są moralnie nie do zaakceptowania, jest czymś głęboko niewłaściwym. Gwałci to zasadę tolerancji.

Można refundować in vitro w społeczeństwach, w których metoda ta nie budzi kontrowersji, natomiast w krajach, gdzie duży odsetek podatników metody tej nie akceptuje, powinno się uszanować ich wrażliwość etyczną.

*Bogdan Dziobkowski jest doktorem, adiunktem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, zastępcą redaktora naczelnego "Przeglądu Filozoficznego"

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM