Birma się otwiera. Czy stanie się modna jak Tajlandia? [ALFABET DLA TURYSTY]

Obok Korei Północnej to był najbardziej izolowany kraj na globie. Teraz Birma przechodzi bezprecedensową transformację i otwiera się na świat.
Nawet najwięksi sceptycy, którzy w birmańskich więzieniach odsiedzieli kilkunastoletnie wyroki, potwierdzają, że zapoczątkowana przez rządzących krajem wojskowych odwilż się zaczęła. Tyle że przestrzegają przed hurraoptymizmem, bo to dopiero początek przemian.

Po Rangunie kręcą się już przedstawiciele firm z niemal wszystkich kontynentów, licząc, że oto właśnie rodzi się kolejne inwestycyjne eldorado. Birmańczycy z inwestycjami wiążą ogromne nadzieje, ale też obawy. Branża turystyczna zaciera ręce, że będzie to kolejna azjatycka mekka turystyczna. Na razie Birmę odwiedza prawdopodobnie kilkadziesiąt tysięcy turystów, a sąsiednią Tajlandię - kilkanaście milionów.

Birmańczycy to bodaj najsympatyczniejsi ludzie na świecie. Jedzenie jest pyszne. Kraj ogromny, różnorodny i zabudowany pagodami. Jest co oglądać i poznawać.

Proponuję więc podstawowy, niemal przedszkolny alfabet birmański:

Betel - używka niezwykle popularna w krajach tej części Azji. Odpowiednik tytoniu, ale do przeżuwania. Jej popularność można mierzyć w ilości czerwonych plam na chodnikach, bo po przeżyciu mężczyźni spluwają nią na chodnik. Ponoć ma działanie lekko orzeźwiające i odkaża przewód pokarmowy, ale też pomaga wypadać zębom. Ale przede wszystkim barwi na czerwono zęby. Składa się z liści pieprzu betelowego, nasion palmy areki i mleka wapiennego.

Klapki/Japonki - tradycyjne obuwie birmańskie. Inne buty - w tym najbardziej buddyjskim na świecie kraju - nie mają po prostu sensu, bo ciągle trzeba je zdejmować. Wchodząc do większości budynków, mieszkań, a przede wszystkim świątyń. Z szacunku. Kwestia butów jest tak naprawdę jednym z fundamentów ruchu niepodległościowego, bo były jednym z powodów pierwszej wojny birmańczyków z brytyjskimi kolonizatorami w XIX w. Brytyjczycy nie chcieli zdejmować butów, birmańscy nacjonaliści uznali to za brak szacunku i zniewagę.

Londżi - tradycyjny birmański strój. Trochę przypomina pareo, ale przede wszystkim sarong z sąsiadujących krajów. To ok. 2-metrowej długości kawał tkaniny, którym okręcają się wszyscy Birmańczycy, również mężczyźni. Mężczyźni noszą się głównie w kratkę, i ta jest dla nich zarezerwowana. Kobiety mają jednak do wyboru tysiące innych wzorów. W londżi chodzą profesorowie i członkowie rządów. Birmańczycy noszą je bez pomocy agrafek, guzików, czy zatrzasków.

Parasol - mieszkańcy Rangunu się z nim nie rozstają. Bo jak nie deszcz, to słońce.

Skutery - na ranguńskich ulicach nie ma ich w ogóle, co jest niezwykłe jak na tę część świata. W Rangunie jednak są nielegalne od kilku lat. Oficjalnie, bo są zbyt niebezpieczne. Jednak krążą plotki, że któryś z oficjeli kiedyś się wystraszył, że kierowca skutera chce go zabić. Albo, że skuter uderzył nawet w generalski samochód. Inną ciekawostką birmańskich ulic jest to, że choć jak kontynentalni Europejczycy jeżdżą prawą stroną drogi, to w samochodach kierownice również mają... po prawej stronie.

Tanaka - tradycyjna birmańska maź do twarzy. Europejki smażą się na plażach, by opalić skórę, Azjatki przed słońcem się chowają - by skóra była jak najbielsza. Ot, paradoksy kobiecych pragnień. Birmanki metodę ochrony przed słońcem wypracowały 2 tysiące lat temu, ale stosują ją do dziś, przedkładając nad wyroby światowych koncernów. Świetnie się sprawdza w tym klimacie: teraz jest nieznośnie wilgotno, za kilka miesięcy będzie jak w piecu. Tanaka to utarta mieszanka wybranego drzewa i wody . Nie tylko chroni, ale też - co równie ważne - przyjemnie chłodzi skórę. I stała się elementem lokalnej mody. Kiedyś księżniczki mieszały ją nawet z drobinkami złota i skóra była zdrowa i piękna.

DOSTĘP PREMIUM