"Czy tę falę nienawiści można tak po prostu zatrzymać?"- publicyści o sporze chińsko-japońskim

Zamieszki na ulicach, bojkot japońskich produktów, plądrowane sklepy, zamykane fabryki i tysiące chińskich łodzi płynących w kierunku Japonii. Spór chińsko-japoński nabiera na sile. - Czy można tę falę zatrzymać w dowolnym momencie? - pytał Jan Wróbel. - Znikną tajniacy, znikną protesty - komentował Roman Imielski.
Chińskie łodzie rybackie wyruszyły z portu Szenjiawan na Morzu Wschodniochińskim. Tysiąc łodzi ma popłynąć do wysp Senkaku (Diaoyu), o które Chiny toczą spór z Japonią.

Zobacz duże zdjęcia >>>

Wykupienie przez Japończyków od prywatnych właścicieli kilku wysepek, o które Tokio i Pekin toczą spór, wywołało w Chinach falę nienawiści do Japonii i nacjonalistyczne demonstracje. Największe japońskie koncerny zamykają swoje fabryki w Chinach. Plądrowane są sklepy i restauracje należące do Japończyków. Oba kraje nie zamierzają ustąpić.

- Czy bez konsekwencji może zakończyć się lawina nienawiści Chińczyków wobec Japonii? - pytał swoich gości Jan Wróbel.

Wymiany ognia nie będzie

- Wojny w sensie dosłownym nie będzie, żadna ze stron nie jest tym zainteresowana. Nawet Chiny oświadczyły, że chcą pokojowo rozwiązać ten spór - mówił Andrzej Talaga z "Rzeczpospolitej". - Te rozruchy, które wybuchły w Chinach służą czemuś innemu. Albo to jest element walki politycznej przed zmianą władzy, albo jest to walka konkurencyjna, czyli producentów japońskich z chińskimi - komentował.

Roman Imielski, szef działu zagranicznego "Gazety Wyborczej", także uważa, że wojna jest mało prawdopodobna. - To byłaby de facto wojna między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Japonia ma tylko jednostki obrony kraju. USA już powiedziało, że gdyby doszło do ataku na wysp Senkaku musieliby wywiązać się ze swoich zobowiązań. Spowodowałoby to wielki odpływ kapitału z Chin, doszłoby do załamania gospodarczego. A to jest jedyne realne zagrożenie "partii komunistycznej" - przewidywał dziennikarz.

Siła emocji

Zdaniem Renaty Kim z "Newsweeka" nie należy lekceważyć potęgi uczuć. A między Chinami a Japonia dominują uczucia żalu i rozgoryczenia. - Szczyt protestów przypadł wczoraj, rocznice incydentu mukdejskiego. To dla Chin data, która w symboliczny sposób przypomina o początku wojny z Japonią. Kluczem do zrozumienia dlaczego eksplodowały emocje, nie jest handel, tam są zadawnione pretensje, żale i oskarżenia i ciągłe domaganie się przeprosin - mówiła dziennikarka. - Japończycy nigdy nie przyznali, że popełnili pewne zbrodnie, mówili, że ubolewają, ale nie powiedzieli przepraszam. A ich okupacja była naprawdę okrutna - dodała.

- Emocje emocjami, Chiny po coś to robią - skomentował Talaga. - Chiny prowadzą politykę rozpychania się na swoim wschodzie, w kierunku Ameryki - mówił. Jak mówił, Chińczycy są przekonani, że są zbyt dużym mocarstwem, aby musiały się ograniczać. Takiego "rozepchnięcia" szczególnie potrzebują ich szlaki komunikacyjne.



Protesty za pozwoleniem. Są przykrywką?

Jak podkreślał Roman Imielski, wszystkie protesty odbywają się za zgodą władz. - Władze prawdopodobnie wykorzystują to do spuszczenia wentyla. To zawsze jest bezpieczne, bo nie protestuje się przeciwko władzy, przeciw temu, że jest korupcja. Ciekawe, że protesty pojawiły się po tym, jak na jaw wyszło parę skandali związanymi z osobami na najwyższych szczeblach władzy - zauważył.

Chodzi między innymi o skandal wokół wypadku w Pekinie czarnego ferrari, w którym zginął półnagi młody mężczyzna, a dwie jego nagie pasażerki zostały ciężko ranne. Za kierownicą siedział prawdopodobnie Linga Jihua, do niedawna bliskiego doradcy prezydenta Hu Jintao. W dodatku żona jedne z członków biura politycznego została skazana za zamordowanie swojego wspólnika w biznesie.

Znikną tajniacy, znikną protesty

- Czy to nie jest niebezpieczna zabawa? Raz ludzie wychodzą na ulicę, to czemu mają nie wyjść drugi i trzeci? - dopytywał Wróbel? - Chińczycy potrafią sobie łatwo z czymś takim poradzić. Zagnie kilku prowodyrów w miastach, a potem już reszta będzie bała. Za chwilę zresztą okaże się, że część osób, które wychodziły na ulicę, to byli tajniacy. Po prostu wychodzić już nie będą - skomentował Imielski.

- Obyście mieli rację - mówił Wróbel. - Bo mnie się wydaje, że po latach historycy będą wspominać te wydarzenia jako początek duże zaburzenia międzynarodowego - przewidywał prowadzący Poranek Radia TOK FM.

Posłuchaj całej audycji:



DOSTĘP PREMIUM