Rodzice: Szkoła chciała, żebyśmy pisali podanie o zwolnienie dzieci z religii. Z uzasadnieniem

Dyrektorka złamała prawo? Rodzice z łódzkiej podstawówki twierdzą, że wychowawczyni IV klasy kazała im pisać podanie do dyrekcji z prośbą o zwolnienie dzieci z zajęć religii. - To nadużycie władzy i złamanie prawa - oburza się jedna z matek. Dyrektorka zaprzecza, sprawą zajęło się kuratorium.
Chodzi o publiczną szkołę podstawową nr 152 im. Elizy Orzeszkowej w Łodzi. - Na wywiadówce usłyszałam, że rodzice dzieci, które nie będą chodzić na religię muszą napisać do dyrekcji podanie z prośbą o zwolnienie ich z zajęć i odpowiednio je umotywować - relacjonuje ateistka Elwira Kaganowicz, matka Karola. - Tylko w sytuacji, kiedy dyrekcja pozytywnie rozpatrzy prośbę, dziecko będzie zwolnione z - jakby się mogło wydawać - obowiązku lekcji religii - dodaje oburzona matka.

Zakonnica straszyła, że zdejmie majtki

Karol nie chce chodzić na religię, bo ma złe doświadczenia z poprzedniej szkoły. - W III klasie była koszmarna zakonnica. Wygłupiałem się z kolegami, a ona kazała mi stać twarzą do ściany i straszyła, że jak będę gadał na lekcji to mi zdejmie majtki i zleje przy całej klasie - opowiada Karol. - Na szczęście już ją zwolnili - mówi z satysfakcją.

Na lekcje religii nie będzie chodziła także Zosia z tej samej klasy co Karol. Jej mama, Małgorzata Klejn jest rozczarowana tym co - jak twierdzi - usłyszała na wywiadówce. - Tak nie powinno być, mamy drugą dekadę XXI wieku, a my musimy nadal walczyć o takie oczywistości - mówi w rozmowie z TOK FM.

- Innym razem nauczycielki kazały dzieciom przyjść do szkoły na galowo, a mnie nikt nie powiedział, że chodziło o akademię papieską - wspomina mama Zosi. - A przecież mówiłam w szkole, że wychowuję dziecko w duchu świeckim - zaznacza matka.

W gablocie nakaz pójścia na mszę świętą

Innym razem Zosia nie mogła znaleźć w szkolnej gablotce informacji o tym, o której godzinie jest zakończenie roku szkolnego, dlatego jej mama sama poszła to sprawdzić. - Największą informacją w gablotce była ta, o której jest msza święta z żartobliwie narysowaną buźką, że obecność jest obowiązkowa - opowiada pani Małgorzata. - Malutkimi literkami znalazłam informację o zakończeniu roku, no i taka jest tam proporcja właśnie - twierdzi mama czwartoklasistki.

Nie będę nikogo prosić

Matki nie będą pisać podania do dyrekcji. - Nie zamierzam nikogo prosić o to, żeby moje dziecko mogło nie chodzić na religię. Gwarantuje nam to wolność wyznania i konstytucja naszego państwa - podkreśla mama Karola. - To nadużywanie władzy, ponieważ zarówno wychowawca jak i pani dyrektor nie są nikim innym jak urzędnikami państwowymi i muszą dostosować się do przepisów prawa.

Według relacji obu matek, kiedy na wywiadówce zaprotestowały one przeciwko konieczności pisania podania w sprawie zwolnienia dzieci z lekcji religii, nauczycielka odpowiedziała, że ona tylko przekazuje zarządzenie dyrekcji.

Dyrekcja zaprzecza, kurator sprawdza 

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej o udziale ucznia w zajęciach z etyki i religii decydują - poprzez złożenie oświadczenia - rodzice ucznia bądź sam uczeń gdy jest już pełnoletni. Dopiero po złożeniu takiego oświadczenia uczeń musi już chodzić na zajęcia obowiązkowo.

- Decyzja o tym czy dziecko chodzi na religię czy na etykę jest oświadczeniem woli rodziców i tylko oni o tym decydują, nie zaś pani dyrektor - podkreśla Konrad Czyżewski, łódzki wicekurator oświaty, który zapowiedział kontrolę w szkole podstawowej nr 152 w Łodzi. - Dyrektor ma obowiązek zorganizować jedne albo drugie zajęcia i to wszystko - dodaje kurator.

Dyrektorka: zupełnie nie rozumiem

Dyrektorka szkoły podstawowej, do której chodzi Karol i Zosia zaprzecza jakoby rodzice musieli pisać podanie z prośbą o zwolnienie dzieci z lekcji religii. Dorota Kłodzińska nie dopuszcza do siebie także możliwości, aby wychowawca przekazał taką informację na wywiadówce. - Nie mogło paść takie zdanie, to jest bardzo doświadczony nauczyciel - zarzeka się pani dyrektor. - Zupełnie nie rozumiem tego zamieszania, ale oczywiście wyjaśnię sprawę - dodaje.

- Gdyby się okazało, że to prawda byłoby to ewidentne nadużycie władzy - uważa dr Joanna Miksa, etyczka z Uniwersytetu Łódzkiego, specjalizująca się w etyce nauczycielskiej. - Taki nauczyciel sam sobie strzela gola; dzieci słyszą, że rodzice mówią źle o nauczycielach i stają się coraz bardziej krnąbrne w szkole - dodaje dr Miksa. - Nauczyciel, który przekracza granice działa demoralizująco. A chodzi o to, żeby współpracować ze sobą tak jak w rodzinie, aby nauczyciele, rodzice i dzieci mieli do siebie nawzajem zaufanie - zaznacza etyczka.

DOSTĘP PREMIUM