'13 grudnia uratował "Solidarność" przed kompromitacją. Była w kryzysie'

Andrzej Celiński uważa, że "Solidarność" tuż przed stanem wojennym przeżywała kryzys. - 13 grudnia uratował legendę "S". Dla mnie był wyzwoleniem przed kompromitacją mojego ukochanego ruchu - mówił w TOK FM Andrzej Celiński. - Stan wojenny zdruzgotał aktywność obywatelską. Nadal żyjemy w cieniu stanu wojennego - odpowiada na to historyk prof. Paweł Machcewicz.
- To była bardzo zła data - zaznaczył na początek Andrzej Celiński, opozycjonista w PRL, członek KOR i NSZZ "S". - 13 grudnia był dla Polaków tragicznym, dramatycznym epizodem, ale ta historia dobrze się zakończyła. Łatwo sobie wyobrazić niedobre scenariusze, gdyby tego 13 grudnia nie było - uważa.

Jak opowiadał, był w samym centrum "Solidarności", bo jednym z jego zadań było odwiedzanie ośrodków "S" w całej Polsce i łagodzenie konfliktów. - Znałem setki, jeśli nie tysiące członków związku. Na gruncie mojej wiedzy prawdziwym jest dla mnie zdanie: stan wojenny uratował legendę "Solidarności" - powiedział Celiński.

Energia siadała

Celiński uważa, że "S" niedługo przed stanem wojennym przeżywała "wyraźny zjazd w dół" i "odejście od rozumu". - Widać było, że "Solidarność" jest w jakiejś takiej matni. Energia wewnętrzna tego ruchu siadała, a okoliczności zewnętrzne uniemożliwiały jakikolwiek radykalny ruch - opisywał. - Dla mnie 13 grudnia był wyzwoleniem przed kompromitacją mojego ukochanego ruchu - dodał.

- Stan wojenny zdruzgotał aktywność obywatelską - uważa z kolei prof. Paweł Machcewicz, historyk, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. - Czas "Solidarności", zwłaszcza jej pierwsze miesiące, to jest okres wielkiej partycypacji społecznej w polityce, w masowym ruchu społecznym. To był czas rewolucyjny. Ludzie zaangażowali się w sprawy wspólnoty; stan wojenny to niszczy - tłumaczył historyk. Jednocześnie przyznał rację Celińskiemu, że w listopadzie 1981 r. natężenie energii ruchu "odpływało".

"Nadal żyjemy w cieniu stanu wojennego"

Prof. Machcewicz przekonywał, że to stan wojenny był winny niskiej frekwencji wyborczej w przełomowych wyborach 4 czerwca (62 proc.). - Zniszczył na dłuższą metę postawę zaangażowania obywatelskiego. Polska jest krajem o większej bierności społecznej nie tylko w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, ale wyróżniamy się negatywnie także na tle innych krajów postkomunistach - mówił prof. Machcewicz. - W tym sensie nadal żyjemy w cieniu stanu wojennego - dodał.

"To nie musiała być wina stanu wojennego"

- Partycypacja nie jest z definicji czymś dobrym - zwrócił uwagę dr Sergiusz Kowalski, socjolog i działacz opozycji w PRL. Podał przykład: - Węgry są krajem, gdzie się bardzo dużo dzieje, jeśli chodzi o społeczne zaangażowanie, ale to jest coś, co niekoniecznie budzi nasz entuzjazm. Choćby takie rzeczy jak partia Jobbik. Jego zdaniem stosunkowo niska frekwencja w przełomowych wyborach nie musiała być winą stanu wojennego.

- Ekipa, która urządziła nam stan wojenny, potem jednak siadła do Okrągłego Stołu i oddała nam władzę. Ekipa Gomułki zorganizowała niesławny marzec 1968, ekipa Gierka ścieżki zdrowia w Radomiu. A teraz w rekonstruowanej pamięci wytwarzane są rytuały, że się chodzi pod dom Jaruzela - zwrócił uwagę dr Kowalski.

DOSTĘP PREMIUM