Lalki bez oka, poplamiona pościel... To dajemy biednym

Świąteczna atmosfera sprzyja pomaganiu, zwłaszcza ubogim czy dzieciom. Organizacje charytatywne mają jednak problem z okazyjnymi dobroczyńcami - do magazynów trafiają popsute zabawki, znoszone buty czy poplamiona pościel, których nie można już wykorzystać. - Chcemy się dzielić, ale tylko tym, co stare, bezużyteczne i brzydkie. To policzek dla potrzebujących - mówi Maciej Budka z lubelskiego PCK.
W Lublinie od lat przed świętami dziennikarka Ewa Dados, wspólnie z ogromną rzeszą wolontariuszy, organizuje akcję "Pomóż Dzieciom Przetrwać Zimę". Tu nikt nie zbiera pieniędzy. Są za to ubrania, zabawki, książki, trwała żywność, płody rolne, chemia. Zbiórki odbywają się m.in. w szkołach, ale jest też jedna wielka uliczna zbiórka na ulicy. I co roku są tony darów. Całość trafia do magazynu przy ul. Zemborzyckiej w Lublinie, gdzie wolontariusze wszystko segregują. Dopiero tam widać, jak pomagamy.

Dary: lalka bez oka, samochód bez kół

Barbara Dąbrowska, jedna z wolontariuszek, nie kryje, że część z nas traktuje świąteczne zbiórki jako okazję do sprzątania domu. Do magazynu - obok wielu rzeczy nowych, pachnących, często z metkami - trafiają stare podarte swetry, zniszczone sukienki, poplamione bluzki czy spodnie bez suwaka. - Są takie rzeczy, że w ogóle nie nadają się do użytku. Zamiast do kontenerów na śmieci ludzie ddają je na akcję. A to przecież poniżenie dla tych potrzebujących - mówi nam wolontariuszka.

Podobnie bywa z zabawkami. Jest mnóstwo pluszaków, książek, lalek w bardzo dobrym stanie. Ale nie wszystkie. - Zdarzają się lalki bez oka, samochody bez kółek czy pojedyncze, połamane klocki. Takich zabaweczek nie pakujemy. Jeśli pakujemy zabawki, to takie, które sprawią radość dzieciom, do których trafią - dodaje pani Basia.

Organizatorka akcji Ewa Dados podkreśla, że w tym roku darów generalnie było mniej niż wcześniej. Jej zdaniem, mniej było też rzeczy starych, zniszczonych, bezużytecznych. Ale jak podkreśla, również one nigdy nie szły na zmarnowanie. Oddawano je do przetworzenia, a w zamian organizatorzy akcji dostawali papier toaletowy.

Psycholog: "Przed świętami trenujemy dawanie"

Psycholog dr Małgorzata Sitarczyk z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej podkreśla, że święta to czas szczególny, gdy w wielu z nas budzi się chęć pomocy drugiemu człowiekowi. - Święta to okazja do trenowania dawania, do tego, żeby człowiek nauczył się dawać - mówi dr Sitarczyk.

To na pewno prawda. Jest jednak jedno "ale". Jak mówi nam Maciej Budka z lubelskiego PCK, nie może być tak, że chcemy się dzielić, ale tylko tym co stare, bezużyteczne i brzydkie. A tak właśnie bywa. - Dla części darczyńców rzeczywiście, zwłaszcza przed świętami, jest to swoista wygoda, że mogą sobie przewietrzyć trochę szafy - mówi Maciej Budka, szef oddziału PCK w Lublinie.

Jak podkreśla, szczególnie dobitnie widać było to tuż po powodzi: - Widzieliśmy wtedy, że w Lublinie chyba wszystkie kufry, szafy, strychy zostały posprzątane, bo ludzie przynosili wszystko. Nawet spraną bieliznę, której przekazanie byłoby dużym dyskomfortem dla nas, a policzkiem dla osób potrzebujących.

Ksiądz: Biedny też ma swoją godność. O tym zapominamy

Dyrektor lubelskiego Caritasu ksiądz Wiesław Kosicki szacuje, że wśród otrzymywanych ubrań około 15-20 proc. do niczego się nie nadaje.

- Pamiętajmy, że mimo tego, że ktoś jest biedny, ma przecież swoją ludzką godność. Dlatego każdy z nas powinien krytycznie spojrzeć na swoją dobroczynność. Żeby to nie było tak, że tylko robimy porządki i pozbywamy się starych, podartych, zniszczonych rzeczy - mówi ksiądz Kosicki. Bo zamiast sprawienia komuś radości, możemy go tylko poniżyć.

Ketchup na świąteczny stół

Ksiądz Wiesław Kosicki podkreśla, że nie chodzi jedynie o ubrania, ale również o zbiórki w supermarketach. I wspomina jedną tylko sytuację (choć podobne zdarzają się wcale nierzadko). Jedna z mieszkanek Lublina robiła w sklepie duże zakupy, wyjechała z pełnym koszem. - Zobaczyła, że jest zbiórka żywności. Podjechała do wolontariuszy i przekazała jedną rzecz. Keczup - mówi ksiądz Kosicki. Jak podkreśla, ten gest też się liczy, ale... Pojawia się pytanie, czy pomagając, nie mogła dać czegoś więcej? Dżemu, kilograma mąki, cukru, kilku konserw?

Na szczęście są wyjątki. W schronisku dla bezdomnych mężczyzn w Lublinie usłyszeliśmy, że akurat tutaj takich sytuacji, gdy dla bezdomnych oddajemy podarte spodnie czy brudne zaplamione swetry, jest coraz mniej.

Co nie znaczy, że nie ma ich wcale. Gdy ktoś dzwoni, mówi, że ma do oddania worki z ubraniami czy jakiś domowy sprzęt, pracownicy schroniska jadą na miejsce, a tam okazuje się, że nic nie da się z tym zrobić. Ale zdecydowana większość przekazywanych rzeczy, jak podkreśla Renata Babiarz, dyrektor Ośrodka Wsparcia dla Osób Bezdomnych Bractwa Miłosierdzia im. Brata Alberta, to dary od serca, które bardzo się przydają.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM