Skazani w PRL na karę śmierci wychodzą na wolność. Państwo ma prawo dalej ich izolować? [SPÓR W TOK FM]

W przyszłym roku kończą się kary morderców, którzy w PRL zostali skazani na śmierć. Ministerstwo sprawiedliwości planuje przymusowe izolowanie ich w specjalnych ośrodkach psychiatrycznych. - Państwo nie może sobie pozwolić na wypuszczenie tak niebezpiecznych osób - mówił w TOK FM prof. Andrzej Zoll. - To pachnie PRL-em - ocenia dr Paweł Moczydłowski. - To będzie izolacja pod pozorem leczenia - dodaje psychiatra dr Sławomir Murawiec.
W 2014 roku polskie więzienia zaczną opuszczać mordercy, których przed 1989 roku skazano na karę śmierci, a potem zamieniono ją na 25 lat więzienia. Są wśród nich tacy, którzy zapowiadają, że po wyjściu na wolność nadal będą zabijać. Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowuje zmiany, po których, po wyroku sądu i opiniach ekspertów, tych najgroźniejszych będzie można izolować w szpitalach psychiatrycznych. Przepisy będą obowiązywały ludzi, którzy popełnili przestępstwo przed wejściem w życie nowelizacji. Czytaj więcej >>>

Absurd

Socjolog dr Sergiusz Kowalski, pomysł ministerstwa ocenia jako absurdalny. - Prawo nie powinno działać wstecz, a kara nie powinna być uznaniowa - podkreślał. Dr Kowalski w komentarzu na ten temat w "Gazecie Wyborczej" cytował wiceministra sprawiedliwości Michała Królikowskiego, który powiedział: "Izolacja takich osób musi być wyprowadzona poza wymiar sprawiedliwości. W innym przypadku będzie to traktowane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka jako ponowne skazanie, a to jest niedopuszczalne".

- Rozbrajająca szczerość - komentował słowa Królikowskiego Kowalski.

Cały problem przez błąd Sejmu

- To, niestety, pachnie OPS-ami, Ośrodkami Przystosowania Społecznego - przypominał w programie "Konfrontacje" dr Paweł Moczydłowski, kryminolog, ekspert ds. więziennictwa. - W PRL osadzano tam recydywistów, którzy nie zapowiadali się, że będą grzeczni. To były takie półotwarte więzienia, czyli pozbawienie wolności bez wyroku. To niemiłe wspomnienie - opisywał.

Jak mówił, cały kłopot obecnej sytuacji wynika z... błędu Sejmu. - To było poważne niedopatrzenie. Należało wprowadzić karę dożywocia, a następnie zamieniać karę śmierci na dożywocie, a nie na 25 lat więzienia - mówił. - To historyczna rzecz, gdyby nie ona, te osoby by siedziały - zaznaczył

Zmiana ustawodawstwa przez dwie osoby?

Moczydłowski wini także media, które "dorobiły gębę tym 100 osobom na podstawie dwóch sprawców". - Na podstawie tych dwóch wykreowano to zagrożenie. Podejrzewam, że gdyby wymiar sprawiedliwości w czasach PRL zajął się tymi dwoma rzetelnie, to by mógł orzec niepoczytalność - ocenia.

Przerzucenie odpowiedzialności na psychiatrów?

Przeciwko projektowi protestują psychiatrzy. - Następuje próba zamienienia systemu społecznego i związanego z systemem wymiaru sprawiedliwości na problem medyczny - zwracał uwagę dr Sławomir Murawiec, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

- Te osoby swego czasu zostały uznane za osoby poczytalne. Jak wynika ze stanowiska Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, mają zaburzenia osobowości. Zaburzenie osobowości to bardziej utrwalona cecha, nie można jej leczyć jak depresję czy schizofrenię. To jest pomysł izolowania pod pozorem leczenia - tłumaczył dr Murawiec.

"Szpitale są od leczenia, nie izolowania"

W przypadku tych dwóch najbardziej niebezpiecznych osób, kryminolog dr Moczydłowski w zaburzenie osobowości nie wierzy. - Jeden kładł się między nieboszczykami i spał. To jest zaburzenie osobowości? - pytał.

- Mówimy o tych pozostałych 98 osobach, wobec których są szanse reedukacji, ale nie leczenia w sensie medycznym - uściślił psychiatra. - Tu jest przerzucenie działań resortu sprawiedliwości na działania medyczne. Szpital zamieni się w miejsce izolacji, zamiast w miejsce leczenia. My mamy ludzi leczyć ludzi - podkreślił dr Murawiec.

- Proponuję rozszerzyć to na wszystkie usługi medyczne, żeby po odbyciu kary można było iść do okulisty itp. - ironizował prowadzący program Cezary Łasiczka.

Można to załatwić inaczej

Wszyscy trzej goście zgodzili się, że problem istnieje. - Są osoby, w stosunku do których kara pozbawienia wolności nie odniosła żadnego skutku. Przeciwnie, zapowiada się, że one do przestępstwa wrócą - przyznał dr Moczydłowski. Zaznaczył jednak, że nikogo nie można osadzać w zamknięciu bez czynu przestępczego i bez orzeczenia wyroku.

Goście programu zwracali uwagę, że między całkowitym uwolnieniem a przymusowym osadzeniem jest dużo środków "pomiędzy", np. nadzór policyjny. Co więcej, jeśli ktoś grozi, że zrobi to samo, być może powinien być osadzony za samą taką groźbę.

Zoll: To stan konieczności

Zupełnie innego zdania jest były rzecznik praw obywatelskich oraz były sędzia i prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll. Jego zdaniem Ministerstwo Sprawiedliwości działa w sytuacji konieczności. - Wypuszczenie tych osób łączy się z bezpośrednim niebezpieczeństwem dla życia czy wolności seksualnej ludzi. Konieczne jest uruchomienie środków ochronnych - tłumaczył w TOK FM.

Jak mówił, formalnie te osoby będą już rozliczone pod względem prawnym. Są jednak niebezpieczne, z powodu zaburzeń osobowości. - Problem polega na tym, że to nie są zaburzenia osobowości, które by psychiatrzy kwalifikowali jako chorobę psychiczną czy niepoczytalność tych osób. Stąd pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości, żeby znowelizować ustawę o ochronie zdrowia psychicznego i stworzyć dla tych osób odrębne zakłady. Byłaby przeprowadzona regularna kontrola ich stanu niebezpieczeństwa, gdyby stan niebezpieczeństwa minął, to te osoby byłyby zwalniane - tłumaczył prawnik.

- Nie chodzi o przedłużanie kary, ale musi się je izolować ze względu na zagrożenie - zaznaczył prof. Zoll.

Prawnicy są bezradni, nie ma innego wyjścia

Prof. Zoll podkreślał, że psychiatrzy mieliby przypadki opiniować, ale decyzję podejmowałby sąd. - Rodzinny i opiekuńczy, nie karny - zaznaczył.

- Trochę jestem zaniepokojony postawą psychiatrów, którzy uważają, że to zwalanie na nich sprawy. Prawnicy są trochę bezradni w tej sytuacji, nie mamy innego wyjścia. Państwo nie może sobie pozwolić na to, żeby tak niebezpieczne osoby zostały wypuszczone - argumentował w programie "Konfrontacje".

- Z tego, co pan mówi, wynika, że wszystkie osoby z zaburzeniami osobowości powinny być izolowane od społeczeństwa - skomentował prowadzący program Cezary Łasiczka. - Nie wszystkie osoby, tylko te, których zaburzenia osobowości z bardzo dużym prawdopodobieństwem wskazują na to, że będą stanowiły bezpośrednie zagrożenie dla życia, zdrowia i wolności seksualnej innych osób. Na podstawie ich zachowania, aktualnego. To musi być indywidualnie diagnozowane - zaznaczył prawnik.

Powinno się tym zająć Ministerstwo Zdrowia? "Nie czas na ping-ponga"

- W takim razie sprawą powinno się zająć Ministerstwo Zdrowia, nie Ministerstwo Sprawiedliwości - zwrócił uwagę Łasiczka. - Nie możemy grać w ping-ponga między resortami, gdy jest bezpośrednie zagrożenie - odpowiedział na to prof. Zoll. - Nie chcemy takich osób pozbawiać wolności, tylko musimy. Ze względu na bezpieczeństwo innych ludzi. Policja nie jest w stanie nadzorować takiej osoby 24 godzinyna dobę. I tak wtedy [taka osoba] miałaby ograniczoną zupełnie wolność. Chodzi o konieczność pozbawienia tych ludzi możliwości popełnienia niebezpiecznych czynów, które są wysoce prawdopodobne - podsumował prof. Zoll.

DOSTĘP PREMIUM