Wizjonerzy czy naciągacze? Chorzy na stwardnienie rozsiane płacą za leczenie niesprawdzoną metodą

Zdesperowani chorzy z SM płacą po kilkanaście tysięcy za zabieg poszerzania żył. Lekarze z kilku klinik w Polsce przekonują, że metoda wymyślona przez włoskiego profesora Paolo Zamboniego przynosi efekty, ale żadne badania tego nie potwierdzają. Negatywne zdanie o tej metodzie leczenia mają konsultanci krajowi neurologii i chirurgii naczyniowej.
Metodę poszerzenia żyły szyjnej jako sposób leczenia stwardnienia rozsianego wymyślił włoski profesor Paolo Zamboni z Uniwersytetu w Ferrarze. Początki to 2008 i 2009 rok. Zamboni twierdzi, że po udrożnieniu żył stan jego pacjentów zaczął się poprawiać. Chorzy za zabieg płacili kilka tysięcy euro.

Zamboni szybko znalazł swoich naśladowców. Do Polski tę metodę sprowadzili lekarze ze Śląska. Jednym z nich był doktor Tomasz Ludyga, który w Katowicach zaczął wykonywać te zabiegi. - Od 2009 roku do dziś wykonaliśmy ich blisko 1800 - mówi Ludyga w rozmowie z TOK FM, który obecnie kieruje kliniką EuroMedic w Katowicach.

Władze kliniki na swojej stronie internetowej informują, że ich działalność koncentruje się na leczeniu stwardnienia tzw. metodą Zamboniego. Czytamy też, że u większości pacjentów zaobserwowano "pozytywny wpływ na niwelowanie objawów stwardnienia rozsianego". W rozmowie z TOK FM Ludyga mówi jednak, że takie obserwacje dotyczą połowy pacjentów i przyznaje, że z wieloma operowanymi osobami nie ma kontaktu i nie da się jednoznacznie określić, jaki zabieg przyniósł efekt.

Ostatnia deska ratunku

Stwardnienie rozsiane (SM) to nieuleczalna choroba, która rozwija się latami i stopniowo uszkadza układ nerwowy - ludzie stopniowo przestają się poruszać. Do dziś nie wiadomo, co jest jej przyczyną, nie ma też na nią skutecznego lekarstwa.

Skontaktowaliśmy się z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego, które jednoznacznie sprzeciwia się stosowaniu tych zabiegów. - Nie były przeprowadzone żadne kontrolowane badania kliniczne. Nie ma pewności, czy to działa - mówi Luiza Wieczyńska, wicesekretarz PTSR, i tłumaczy, że starają się odradzać ludziom cierpiącym na stwardnienie rozsiane tego typu leczenie, ale wielu z nich nie są w stanie przekonać.

- Nie ma skutecznego leku na SM, dlatego chorzy chwytają się każdej możliwości. Jest to wykorzystywane przez różne kliniki, które oferują złudne metody leczenia - mówi Wieczyńska i dodaje, że w ostatnich latach mieliśmy do czynienia nawet z turystyką medyczną. Chorzy na SM z różnych krajów przyjeżdżali na zabieg stentowania do Polski.

Naukowcy podzieleni, chorzy jeszcze bardziej

Na forach internetowych wrze od opinii na temat kontrowersyjnej metody. Wiele osób przedstawiających się jako byli pacjenci wychwalają ją i polecają innym. Zdarzają się wpisy, z których wynika, że chorzy poruszający się na wózku zaczęli chodzić. Są też jednak zupełnie inne opinie.

Udało nam się skontaktować z Zofią Starczewską, która zabieg stentowania przeszła w klinice w Katowicach. - Bezpośrednio po zabiegu byłam w euforii. Wróciłam do domu i potrafiłam obrócić się na jednej nodze wokół własnej osi i nie upaść. Szczęście trwało może tydzień, a później wszystko wróciło do normalności. Nie mam pojęcia, czym to było spowodowane - zabiegiem czy może moim podejściem? - była pacjentka mówi, że już nigdy nie wróciła do stanu, który odczuwała zaraz po zabiegu.

Dodaje jednak, że nie czuje się oszukana, bo przy okazji udało się odkryć inną chorobę związaną z krzepliwością krwi i chociaż ona została wyleczona. Szef kliniki EuroMedic Tomasz Ludyga jest zdania, że to nie są efekty placebo, ale wielu ekspertów właśnie tak widzi chwilową poprawę u pacjentów.

Nietani eksperyment

Zofia Starczewska mówi w rozmowie z TOK FM, że jest w kontakcie z innymi chorymi. - Wszyscy, z którymi rozmawiałam, nie odczuli znaczącej poprawy. Jestem zarejestrowana w kole dyskusyjnym, gdzie jest 200 osób. Nie spotkałam się z kimś, kto byłby zadowolony ze stentowania. To zawsze była tylko euforia pierwszych tygodni - tłumaczy kobieta. Za zabieg zapłaciła 12 tysięcy i do końca życia musi brać leki zapobiegające krzepnięciu krwi.

Niewiele mniej w tej samej klinice wyłożył Adam Wazdrąg. Zgodził się z nami porozmawiać i przyznaje, że lekarze od początku mówili, że to eksperymentalna metoda i nie ma pewności, że pomoże. - Nie zmienia to faktu, że wszystko jest tam założone dla pieniędzy i nastawione na pieniądze - mówi Wazdrąg i dodaje, że jego zdaniem lekarze nie zajmują się pacjentem i nie interesują ich efekty zabiegów, które wykonują. Pacjent twierdzi, że w jego przypadku zabieg nic nie zmienił.

Co ciekawe, władze kliniki zapewniają, że leczenie tą metodą kosztuje 9 tysięcy złotych, a pacjenci zgodnie twierdzą, że zapłacili kilka tysięcy więcej. Dodajmy, że są to zabiegi podobne do poszerzania, czyli tzw. angioplastyki tętnic wieńcowych i szyjnych, stosowany powszechnie na przykład po zawale serca. Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za nie średnio 6 tysięcy złotych, a zabiegi, których nie trzeba robić natychmiast, są jeszcze tańsze.

Konsultanci: to nic nie daje, a jest niebezpieczne

Już w 2010 roku opinię w sprawie takiego leczenia stwardnienia rozsianego wydała konsultant krajowy w dziedzinie neurologii profesor Danuta Ryglewicz, która podważa sposób prowadzenia badań przez samego Zamboniego i jasno daje do zrozumienia, że zabiegi nie tylko są kosztowne, ale też mogą narażać chorych na niebezpieczeństwo.

Podobne stanowisko zajął konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii naczyniowej profesor Piotr Andziak, który zaznacza, że nie można zakazać przeprowadzania tych zabiegów. - Jest to tylko kwestia tego, czy chorzy chcą być w ten sposób leczeni, ale lekarze są przekonani o skuteczności tego leczenia - mówi profesor i dodaje, że nową metodę bada się na całym świecie. - Oczywiście są przytaczane prace, które wykazują poprawę neurologiczną. Zdecydowana większość z tych, które ukazały się w ubiegłym roku, nie potwierdza jednak skuteczności angioplastyki w leczeniu stwardnienia rozsianego - profesor zaznacza, że na szczęście powikłania są rzadkie, ale się zdarzają. - Na początku pojawiły się w Stanach Zjednoczonych dwa przypadki śmiertelne, potem już tak poważnych powikłań nie było. Sama angioplastyka żyły szyjnej i zakładanie stentu wiąże się z powikłaniami. Najczęstszym jest zakrzep żyły szyjnej - tłumaczy Piotr Andziak.

W liście przesłanym do ówczesnej minister Ewy Kopacz profesor Ryglewicz zwracała uwagę, że z powodu powikłań badania nad angioplastyką wstrzymano w Stanford w USA. Wspólne stanowisko konsultantów można znaleźć na stronie internetowej Ministerstwa Zdrowia. Piszą w nim, że przeprowadzanie tych zabiegów przy obecnej wiedzy jest ich zdaniem nieetyczne.

Niewydolność żylna? 97 proc. osób chorych nie ma problemu...

Ministerstwo w przesłanym do nas oświadczeniu podkreśla, że opisywana przez nas metoda "leczenia" nie jest finansowana ze środków publicznych, a Minister Zdrowia... nie może zakazać jej stosowania. "Zgodnie z obowiązującym prawem, podejmowanie decyzji w zakresie metod i sposobu leczenia leży wyłącznie w kompetencji lekarza prowadzącego leczenie, który [stosownie do art. 4 ustawy z dnia 5 grudnia 1996 roku o zawodach lekarza i lekarza dentysty (Dz. U. z 2008 roku, Nr 136, poz. 857, z późn. zm.)] ma obowiązek wykonywać zawód zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, a także zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością" - czytamy w piśmie od MZ.

Metodę Zamboniego podważyło włoskie towarzystwo stwardnienia rozsianego. Z badań, które zleciło, wynika, że 97 procent osób cierpiących na stwardnienie rozsiane nie ma w ogóle problemów z niewydolnością żylną.

W Polsce szacunkowo żyje ok. 40 tys. chorych na SM (1 osoba chora na ok. 1000 obywateli).

DOSTĘP PREMIUM