"Po latach przyszedłem na plebanię. Zobaczył mnie i zaczął się śmiać". Historia Marcina K., ofiary księdza-pedofila

- Dopiero po 10 latach przestałem czuć się winnym tego, co się stało - mówi w rozmowie z TOK FM Marcin K., ofiara księdza pedofila. Były proboszcz ksiądz Zbigniew R. w procesie karnym został skazany na 2 lata więzienia. Teraz Marcin K. chce walczyć o 100 tys. odszkodowania od kurii. - Mogli zapobiec temu, co mi zrobiono. Nic nie zrobili.


Jakub Janiszewski: Miał pan 12 lat, gdy poznał pan księdza Zbigniewa R.

Marcin K.: Tak. To było w listopadzie 2000 roku. Spotkaliśmy się na cmentarzu. Ks. Zbigniew odprawiał tego dnia pogrzeb. Ja przyszedłem z babcią zapalić znicze na grobie mojej chrzestnej. W pewnym momencie zgubiłem się. Nie mogłem znaleźć babci, więc zacząłem iść w stronę autobusu, którym chciałem wrócić do domu dziadków.

Odwróciłem się i zobaczyłem, że ksiądz idzie za mną. Zawołał mnie, zaproponował podwiezienie. Powiedział tylko, że najpierw musi podjechać na plebanię, odłożyć stułę i komżę. Zgodziłem się. Jestem z katolickiej rodziny - ksiądz to była osoba, której się ufało.

Plebania była bardzo blisko cmentarza. Wysiedliśmy z samochodu, ksiądz otworzył drzwi do części mieszkalnej. Zaprosił mnie na górę, do swojego pokoju. Bardzo dokładnie pamiętam każdy szczegół tego miejsca. Gdzie były drzwi, gdzie szafka, gdzie łóżko. Dokładnie pamiętam ten zapach. Kazał mi usiąść obok siebie. Usiadłem. Kazał się przybliżyć. Zrobiłem to. Moja noga dotykała jego nogi. Wtedy położył swoją dłoń na moim kroczu, a moją ręką ścisnął swoje krocze i zaczął się masturbować.

To było pierwsze spotkanie. Podobnych spotkań było kilkanaście. Molestowanie trwało od listopada do kwietnia następnego roku. Kto wiedział o tej sprawie? Próbował pan kogoś zaalarmować?

- Ksiądz przyjeżdżał po mnie pod szkołę. Wiedziałem, że to, co się dzieje, nie jest normalne. Zacząłem uciekać z zajęć, nie chciałem tam być. Szybko to zauważono. Pani pedagog wywołała mnie z lekcji, by porozmawiać o nieobecnościach. Jej pierwszej opowiedziałem wszystko.

Następnego dnia było kolejne spotkanie - z dyrektorką. Powtórzyłem wszystko, co mówiłem dzień wcześniej. Wezwała moją mamę. Odbyło się trzecie spotkanie, a ja po raz trzeci opowiedziałem, co zrobił mi ksiądz Zbigniew. Po tym zostałem wyproszony z gabinetu. Nie słyszałem dalszej części rozmowy. Gdy się zakończyła, zrozumiałem, że mama mi nie wierzy. Następnego dnia zabroniła mi iść do szkoły. Jednak złamałem ten zakaz i poszedłem na lekcję. Ani pedagog, ani dyrektorka nie wróciły już do sprawy. Jakby nic się nie stało.

Po latach, w sądzie, matka zeznała, że naciskano na nią, by nic z tym nie robić. Ojciec zeznał natomiast, że gdy wrócił do domu i dowiedział się o wszystkim, pojechał, by pomówić z księdzem. Ale go nie zastał. Sprawa została wtedy zbagatelizowana przez wszystkich, którzy wiedzieli. Nikt nic nie zrobił.

Został pan sam. Wykorzystywanie seksualne się nie skończyło, trwało kilka kolejnych miesięcy. Co dzieje się w głowie dziecka, które doświadczyło aktu takiej przemocy, takiego nadużycia? Dlaczego - mimo strachu, złych emocji, niechęci do oprawcy - wracał pan do księdza Zbigniewa?

- Dopiero po latach na psychoterapii odpowiedziałem sobie na to pytanie. Ksiądz na samym początku dokładnie wypytał mnie o rodzinę. Doskonale wiedział, że nie mam kontaktu z ojcem, który był marynarzem i rzadko bywał w domu. Związał mnie ze sobą, emocjonalnie, psychicznie, stał się autorytetem. Pojawiła się wtedy silna więź.

I druga sprawa: ciekawość. Choć to może brzmi strasznie. Ja wtedy dojrzewałem, seksualność chłopca wtedy właśnie się kształtuje. Dopiero na terapii uświadomiłem sobie, że ciekawość dziecka jest czymś normalnym. Dopiero po 10 latach przestałem czuć się winnym tego, co się stało.

Mając 17 lat, przeżył pan załamanie nerwowe. Czy można powiedzieć, że było to konsekwencją tego, co zrobił panu ksiądz Zbigniew?

- Bez wątpienia. Jako 12-letnie dziecko - po tym, jak dorośli zignorowali moje sygnały - zepchnąłem to wszystko. Ale po kilku latach to zaczęło powracać. Runęła jakakolwiek relacja z moją matką. Na nią zacząłem przerzucać to, co się stało. Nie mogłem jej wybaczyć, że mi nie pomogła. Uciekłem od ludzi, od otoczenia. Załamałem się. Trafiłem na oddział psychiatryczny.

Próbował pan później kontaktować się z ks. Zbigniewem?

- W drugiej klasie liceum - gdy to wszystko zaczęło powracać - poszedłem na plebanię, zadzwoniłem. Był tam. Patrzyłem mu w twarz. A on się śmiał i zamknął przede mną drzwi. Później widziałem go jeszcze raz, na pogrzebie dziadka. Zrobił dokładnie to samo. Spojrzał na mnie i zaczął się śmiać. Czułem się strasznie.

Co się zdarzyło później? Dlaczego po tylu latach zdecydował się pan wrócić do tej sprawy, złożyć pozew?

- Po pierwsze, pomogła mi psychoterapia. Leczenie trwało trzy lata. Dzięki niej znalazłem odpowiedzi na wiele pytań. Uświadomiłem sobie, że to nie jest moja wina. Udało mi się stanąć na nogi i powiedzieć: tak nie może być. To nie może zostać zapomniane. Muszę coś z tym zrobić.

Postanowiłem wytoczyć proces człowiekowi, który mnie skrzywdził. Proces, który powinien się odbyć 10 lat wcześniej.

Z tego co ustalił sąd rejonowy, można domniemywać, że ofiar było więcej.

- Pokrzywdzonym jest m.in. pan Piotr. Zdecydował się zeznać przed sądem, gdy usłyszał mój apel w telewizji. Wówczas, na etapie postępowania prokuratorskiego w prokuraturze rejonowej w Kołobrzegu, do prokuratora telefonicznie zgłosiły się cztery osoby. Czterech dorosłych dziś mężczyzn. Prokurator zachęcał ich do złożenia zeznań. Trzech odmówiło, tłumacząc, że mają rodziny, że się wstydzą, że Kołobrzeg to przecież małe miasto. Zeznawać zgodził się jedynie Piotr. Był wykorzystany rok przede mną, w trakcie egzaminu przed bierzmowaniem.



Opis zdarzenia na podstawie uzasadnienia wyroku Sądu Rejonowego w Kołobrzegu:

W 1999 roku uczniowie jednej z parafii w Kołobrzegu przystąpili do bierzmowania. Wcześniej każdy uczeń musiał zdać egzamin, który odbywał się w mieszkaniu proboszcza. Jakie były zasady? Do pokoju wchodziła grupa trzech lub czterech osób. Każdy po kolei odpowiadał na pytania i wychodził. 14-letni Piotr zdawał jako ostatni. Został w pokoju sam na sam z księdzem. Mylił się, jąkał. Zbigniew R. poprosił, by do niego podszedł. Wtedy włożył swoją rękę w majtki chłopca, objął jego członka, dotykał go. Następnie rękę Piotra włożył w swoje spodnie tak, by 14-latek poczuł jego genitalia.

Gdy chłopiec opuszczał pokój księdza, usłyszał, że ma nic nie mówić o tym, co się stało; że ma to być ich tajemnica. Piotr opowiedział jednak wszystko koledze. Później - rodzicom. Jego ojciec zgłosił to w jednym z urzędów (z uzasadnienia sądu nie wynika w jakim). Żadnej oficjalnej reakcji nie było. Jednak - jak mówił pokrzywdzony - interwencja poskutkowała. Ksiądz Zbigniew zaczął go unikać.


Przed sądem mówił pan, że widział księdza na mieście również z innymi chłopcami.

- Jestem pewien, że nie tylko ja i Piotr jesteśmy pokrzywdzonymi. Mniej więcej rok po tym, jak mnie wykorzystał, widziałem księdza z innym chłopcem. Jechał z nim samochodem. Tym samym, którym mnie zabrał spod cmentarza. Poczułem strach, przyspieszyłem.

W grudniu 2012 zapadł wyrok w II instancji. Ksiądz Zbigniew R. został skazany na dwa lata więzienia bez zawieszenia. Dlaczego zdecydował się pan teraz na proces cywilny?

- Uważam, że mam do tego prawo. Moja wiarygodność jest udowodniona dwoma wyrokami. I chcę dochodzić zadośćuczynienia za doznane krzywdy.

Za leczenie psychiatryczne do tej pory zapłaciłem ponad 10 tys. zł. Chcę, aby te pieniądze zostały mi zwrócone. W czasie postępowania, w listopadzie 2009, do kurii wpłynęło pismo, w którym domagam się zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł. Opisałem w nim dokładnie, co mnie spotkało. Kuria odpowiedziała krótko: sprawa jest poważna i wymaga starannego wyjaśnienia, ale zarówno proces karny, jak i ewentualny proces cywilny mogą być wytaczane księdzu jako osobie fizycznej, a nie kurii.

A przecież Kościół w Polsce nie różni się chyba od Kościoła w USA i Irlandii, gdzie zapadają wyroki cywilne nakazujące kuriom wypłacanie odszkodowań.

Kontaktował się pan z prawnikami?

- Polecono mi kilku prawników z Koszalina. Jednak gdy usłyszeli, że stroną w sprawie ma być kuria biskupia koszalińsko-kołobrzeska, odmówili. Jestem na etapie poszukiwania prawnika, który mi pomoże i pokieruje tą sprawą. Jeśli ktoś może i chce mi pomóc od strony prawnej, będę bardzo wdzięczny.

Ostatnio spotkał się pan też z obecnym biskupem diecezji.

- Zostałem zaproszony na spotkanie przez biskupa Edwarda Dajczaka (jest biskupem diecezjalnym od 2007 roku, to on doprowadził do odejścia Zbigniewa R. z parafii po - jak tłumaczy - informacjach o stosunkach homoseksualnych księdza). W rozmowie potwierdziłem, że będę skarżył kurię koszalińsko-kołobrzeską za to, że wiedząc, nic nie zrobiła w celu powstrzymania ks. Zbigniewa przed czynami pedofilskimi. Usłyszałem znów, że mam takie prawo, ale mogę pozwać jedynie samego księdza.

Biskup zaproponował pokrycie kosztów mojej terapii. Jeśli zrobił to z poczucia odpowiedzialności i sumienia, to dziękuję. Jednak nie zrezygnuję z walki o zadośćuczynienie.

Chce pan udowodnić, że władze Kościoła wiedziały i nic nie zrobiły.

- Tak. Potwierdzają to zeznania świadków. W procesie ks. Zbigniewa R. zeznawał m.in. Robert Dziemba - wówczas dziennikarz radiowy i organista w parafii, w której pracował skazany ksiądz. Pan Dziemba zeznał, że w 2005 roku zgłosili się do niego rodzice chłopca, który był molestowany seksualnie przez ks. Zbigniewa. Dziennikarz poradził rodzicom zwrócenie się do prokuratury. A sam - jak zeznał przed sądem - powiadomił wówczas przedstawiciela kurii. Biskupem diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej był wtedy dzisiejszy metropolita warszawski kard. Nycz. (Oświadczenie Roberta Dziemby można przeczytać tutaj>> Mówi on, że powiadomił jednego z księży - przyp. red.)

Znam też relację wikarego, który pracował w parafii ks. Zbigniewa R. W 1999 roku, gdy diecezją zarządzał biskup Gołębiowski (obecny arcybiskup metropolita wrocławski), młody ksiądz miał donieść w kurii o tym, co robi ksiądz Zbigniew. Gdy nie spotkało się to z reakcją władz, wikary porzucił kapłaństwo. Wyjechał do Kanady. Opowiedziała mi o wszystkim m.in. jego mama. Gdyby wtedy ktoś zareagował, ja nie zostałbym wykorzystany. Z kolei dziennikarka z Koszalina, powiedziała mi także, że według jej źródeł, między 1996 a 2004 r. ks. Zbigniew dostał dwie nagany w związku ze swoim zachowaniem

Dlaczego zdecydował się pan mówić o tym w mediach?

- Poczułem wewnętrzną potrzebę wyrzucenia z siebie tego wszystkiego. Poszukiwałem ludzi, którzy mnie wysłuchają, będą mi współczuli. Nie chciałem być dłużej sam z tym wszystkim. Publiczne opowiedzenie swojej historii pomogło mi nabrać odwagi, by walczyć do końca. Doczekać momentu, w którym ten człowiek zostanie skazany.

Nie boi się pan, że teraz - rozpoczynając kolejny proces - zostanie pan na zawsze etatową ofiarą Zbigniewa R.? Że nigdy się pan od tego nie odklei?

- Nie boję się. Kościół w Polsce zmienił podejście do ofiar księży pedofilów. W 1999 roku nie zrobiono nic. W 2005 nie zrobiono nic. Rok temu episkopat wydał oświadczenie, w którym zapewnił: zero tolerancji dla księży pedofilów. Teraz biskup proponuje mi opłacenie terapii. Kościół się boi - wie, że wytaczanie procesów cywilnych jest możliwe. Ja się nie boję. Doszedłem już tak daleko. Doczekałem tego, że mój kat został skazany.

Ks. Zbigniew R. został skazany na 2 lata pozbawienia wolności. Bezwarunkowo. Jednak kara nie została wykonana.

- Tak. 20 marca ksiądz miał się stawić w areszcie śledczym w Koszalinie. 19 marca do sądu wpłynął wniosek o odroczenie wykonywania kary. Jak obrońca to argumentuje? Tego nikt mi nie powiedział.

----------------

Ksiądz Zbigniew w 2008 roku przestał być proboszczem. Doprowadził do tego obecny biskup diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej ks. Edward Dajczak. Biskup tłumaczy, że dostał informacje, że ksiądz żyje w związku homoseksualnym. Zaproponował mu leczenie, a gdy ten odmówił, został wydalony z kurii. W grudniu 2009 Zbigniew R. został suspendowany (nie może już pełnić obowiązków kapłańskich). Biskup Dajczak zapewnia, że nie wiedział o pedofilskich skłonnościach Zbigniewa R. do listopada 2009 r., gdy dostał pierwszy list od Marcina K.

------------------

Poprosiliśmy o komentarz abp. Nycza oraz przedstawicieli kurii koszalińsko-kołobrzeskiej. Arcybiskup Nycz po zapoznaniu się z materiałem - najpewniej jutro - podejmie decyzję, czy odniesie się do sprawy. Taką informację otrzymaliśmy od rzecznika kurii warszawskiej.

Z kolei kuria koszalińsko-kołobrzeska odmówiła komentarza.

Napisz do redakcji: martyna.majchrzak@agora.pl, karolina.glowacka@tok.fm

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM