"Podobają się panu manifestacje smoleńskie? Są takie teatralne". Słobodzianek: Proszę pana, ja nienawidzę teatru w życiu

- Jechałem do pana i ledwo udało się przebić przez Warszawę. To są spadkobiercy tej epoki. Maszerują ze sztandarami, nie wierzą, że kartka wyborcza zmienia świat - mówi w TOK FM Tadeusz Słobodzianek, autor sztuki "Młody Stalin". - Inspiracje są dla mnie oczywiste. Kiedy przyglądam się i słucham Jarosława Kaczyńskiego, to wiem, że czytamy te same książki. Wiem, że jest to absolutny pasjonat biografii dyktatorów. Tylko że ja piszę sztuki, a on próbuje być reżyserem w życiu.
Rozmowa przy okazji premiery najnowszej sztuki dramatopisarza "Młody Stalin" (prapremiera odbyła się 6 kwietnia 2013 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie; reżyseria Ondrej Spišák).

Wywiad został przeprowadzony 10 kwietnia. Kiedy Tadeusz Słobodzianek jechał do studia TOK FM, na ulicach Warszawy trwały przygotowania do manifestacji z okazji trzeciej rocznicy katastrofy smoleńskiej.




PAWEŁ SULIK, TOK FM: Cień Stalina pada na nas do dziś?

TADEUSZ SŁOBODZIANEK, dramaturg, dyrektor Teatru Dramatycznego: - Niewątpliwie Stalin był człowiekiem, który zmienił świat i do dzisiaj ten świat go za to w jakimś sensie szanuje. Może nie w sensie naiwnym, jak wtedy, gdy wszędzie stały jego pomniki. Proszę porozmawiać z historykami, z ludźmi lewicy na całym świecie, ale też porozmawiajmy z taką prawicą walczącą. Wszyscy go szanują. Wszyscy mówią, że był człowiekiem, który wygrał wojnę, zastał Rosję drewnianą, a zostawił atomową. Jego podział Europy do dzisiaj jest niekwestionowany, jego pomysł na budowę biurokracji w dalszym ciągu funkcjonuje. Według mechanizmu stalinowskiego funkcjonują uniwersytety, teatry, inne instytucje. Jak ktoś próbuje to zmienić, to mu się nie udaje.

Tak że ten cień pada, co staramy się pokazać w sztuce. Z jednej strony jego cień i jego walizka, z drugiej walizka Hitlera. Obie te puszki Pandory stoją przed nami i wystarczy, że się je otworzy... Jechałem do pana i ledwo udało się przebić przez Warszawę. To są spadkobiercy tej epoki, tych dwóch walizek. Maszerują ze sztandarami, nie wierzą, że kartka wyborcza zmienia świat. Łatwo nimi manipulować, wyzwolić emocje, wyzwolić ideologiczne szaleństwo.

Myślałem, że będzie pan zafascynowany tymi manifestacjami. Są niesamowicie teatralne.

- Proszę pana, ja nienawidzę teatru w życiu. Teatr w życiu mnie mierzi. Interesuje mnie brak teatru w teatrze, kiedy teatr jest myślą i rozmową człowieka aktora na scenie i człowiekiem widzem.

Lewica pewnie chciałaby dużych manifestacji, ale paradoksem naszych czasów jest to, że na duże manifestacje ściąga konserwatywna prawica.

- Ale ta konserwatywna prawica reprezentuje narodowy socjalizm. To jest, nazwijmy to, narodowo-chrześcijański socjalizm i będziemy mieli precyzyjną diagnozę. Chociaż porównywanie tego, co się dzieje, do Hitlera, to jest oczywiście za dużo.

Nawiasem mówiąc, wie pan, kto był nauczycielem Hitlera w dziedzinie przemówień publicznych? Lenin. Hitler wzorował się na Leninie. Podobnie jak prawdziwy ojciec tego, co się w Polsce dzieje, czyli Mussolini. Te wszystkie marsze to taka forma włoska.

Może niech ich pan tak mocno nie krytykuje, bo być może w następnych wyborach władza w Polsce się zmieni.

- Oczywiście, bardzo jestem ciekaw, jaka to będzie władza.

Taka jak na Węgrzech.

- No, nie będzie taka jak na Węgrzech. Węgrzy próbują zawsze zrobić coś w ogóle do końca, a Polacy nigdy nie są w stanie zrobić niczego do końca. Polakom i w dobrym, i w złym zawsze po prostu nie wychodzi.

Pamiętam, jak byłem przerażony, gdy w Polsce był stan wojenny, zastanawiałem się, "co to będzie?". Wtedy taki mądry, stary reżyser, Jerzy Goliński mówił mi: "nic nie będzie; w Polsce nic się nie uda, ani nic dobrego się nie uda, ani nic złego". Taka jest Polska.

Ale inspiracje tego, co się dzieje, są dla mnie oczywiste. Kiedy przyglądam się i słucham Jarosława Kaczyńskiego, to wiem, że czytamy te same książki. Wiem, że jest to absolutny pasjonat biografii dyktatorów. Tylko że ja piszę sztuki, a on po prostu próbuje być reżyserem w życiu.

A co pan miał na myśli, mówiąc, że chce pan tworzyć teatr dla lemingów?

- Widać zgodny atak lewicy i prawicy na kształtującą się klasę średnią, która nie chce pójść ani za jednymi, ani drugimi. Wydaje mi się, że po raz pierwszy mamy w Polsce taką klasę. Ona buduje w Polsce kapitalizm, ona się rozwija, ma swoje śmieszności, słabości, ale jest na dobrej drodze, aby poprzez następne pokolenia - o ile nie wydarzy się jakiś kataklizm - stać się klasą utrzymującą demokrację.

Wydaje mi się, że jest to niezwykle ciekawy partner do rozmowy w teatrze o rzeczach istotnych.

Ale oni wyrastają w państwie, gdzie połowa społeczeństwa kłóci się o to, czy samolot został zestrzelony, czy były wybuchy na pokładzie...

- Kłócą się dwie grupy, które tak naprawdę są - przynajmniej tak na razie to wygląda - marginesem. Proszę zauważyć, że jednak w wyborach ciągle zwycięża rodzaj pragmatyzmu. Oczywiście, w pewnym momencie znaczna część klasy średniej poparła Hitlera, ale ciągle wierzę, że jednak w Polsce większość jest rozsądna i pragmatyczna.

To jest bardzo ciekawa publiczność. Z moich obserwacji wywnioskowałem, że jednym z ulubionych przedstawień lemingów są te, gdzie się lemingów obraża w sposób totalny, jak "Sprawa Jakuba S.", "Kto zabił Aldonę Iwanowną".

Oprócz lemingów są inne grupy, które są dla mnie bardzo ważne. Jest grupa ludzi starszych, która wyrosła w epoce zupełnie innego teatru. Oni zostali wykluczeni i odrzuceni przez ten nowy teatr. Jest trzecia grupa: młodzież w wieku licealnym, gdzie jest ta wrażliwość i potrzeba totalnego przemyślenia wszystkiego. "Młody Stalin" jest propozycją dla wszystkich trzech grup.

Myślał pan chociaż raz, żeby pokazać ten dziwny podział na dwa plemiona, smoleńskie i niesmoleńskie? Albo chociaż użyć środków wyrazu, które się pojawiają?

- Nawet próbowaliśmy robić taki rodzaj workshopu razem z Rosjanami. Polacy mieli opowiadać o tym, co się działo w kabinie pilotów, a Rosjanie o tym, co się dzieje w kabinie kontrolnej. Rosjanie się wycofali. Okazało się, że jeżeli mają myśleć o tym nie jako o jednorazowej imprezie, to ich to w ogóle nie interesuje.

A jak to opowiedzieć? Wie pan, trudno się opowiada historię, która jest nieskończona. Zawsze wtedy człowiek opowiada się po jakiejś stronie.

Pan ma nadzieję, że będzie taki moment, kiedy powiemy: "ach tak! Więc tak to wyglądało!"? Czy będą ciągle nowe znaki zapytania?

- To nie chodzi o to, jak to wyglądało. Chodzi o to, jak to jest instrumentalnie wykorzystywane.

Tak będzie do końca świata.

- Myślę, że nie. Może w pewnym momencie ktoś, kto będzie u władzy, zrobi z tego religię. Wtedy ta religia będzie trwała tyle, ile ta władza. A potem to się odwróci i zacznie się polska specjalność, czyli wyrzucanie trumien.

Natomiast jeżeli ma być tak, że na tym będziemy budować swoją tożsamość narodową albo obywatelską - no to ja wysiadam. To mnie nie kręci. Inne tematy dotykają mnie o wiele głębiej.

DOSTĘP PREMIUM