Polska pielęgniarka w kraju ogarniętym rewoltą pisze bloga. "Strach jest. Jedyne, co można zrobić, to informować i się modlić"

- Republika Środkowoafrykańska to kraj zapomniany przez wszystkich i to zapomnienie sprawia, że za przyzwoleniem świata wszyscy złoczyńcy mogą czuć się bezkarni. Mieszkają tutaj prości ludzie, którzy chcą tylko żyć w spokoju, a tego im odmówiono - pisze polska pielęgniarka, która pracuje w szpitalu na misji w ogarniętej rebelią Republice Środkowoafrykańskiej. - Jesteś z Krakowa? Wyobraź sobie, że Zakopane nie istnieje. Jedyne, co można zrobić, to informować i modlić się.
Republika Środkowoafrykańska to państwo dwa razy większe niż Polska położone w samym sercu Afryki. To jeden z najsłabiej rozwiniętych krajów na świecie, choć jest bogaty w cenne złoża naturalne - złoto, diamenty i uran. To sprawia, że jest łakomym kąskiem dla watażków i grup rebeliantów - sytuacja w kraju przez 50 lat niepodległości jest niestabilna.

W niewielkim szpitalu w miejscowości Bagandou na południu kraju pracuje pięcioro Polaków. Gabriela (nie chce podawać nazwiska), pielęgniarka, prowadzi bloga przezywam.blogspot.com, na którym opisuje, jak polityczna zawierucha wpływa na życie ich i ludzi, których znają. Z blogerką komunikuję się mailowo - połączenia telefoniczne - ani krajowe, ani zagraniczne - nie są możliwe.

Świat nie patrzy na RŚA

Na początku kwietnia trwająca od kilku miesięcy rewolta przeciw rządom prezydenta Françoisa Bozizé wymknęła się spod kontroli. Wówczas polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało komunikat, że zaleca obywatelom Polski "powstrzymanie się od wszelkich podróży do tego kraju, a osobom przebywającym w RŚA - opuszczenie kraju dostępnymi środkami transportu". Podobne komunikaty wydały inne państwa (m.in. USA).

- Jest ryzyko, że gdybyśmy wyjechali, szpital stałyby się łupem złodziei, tak jak było w przypadku wielu placówek na północy kraju - wyjaśnia pielęgniarka. - Pewnie nie mielibyśmy już do czego wracać. Pracujemy dalej i póki co wszystko idzie bez większych przeszkód. Strach jest, ale nasza nadzieja na stabilizację, wiara w to, że Ktoś nad nami czuwa, że mamy tu być, że ci ludzie nas potrzebują, jest większa. I to pozwala nam tu trwać - opisuje pani Gabriela.

W RŚA jest ponad 30 misjonarzy z Polski. - Staramy się utrzymywać kontakt. Raz jest o to łatwiej, raz trudniej. Niektóre misje, tak jak my, mają dostęp do internetu, możemy więc czasem wymienić się informacjami tą drogą - pisze pielęgniarka. - I uspokoić rodziny.

Polacy śledzą wieści, które pojawiają się o sytuacji politycznej Republiki i tego, jak z rewoltą próbują poradzić sobie jej sąsiedzi. To trudne, bo zagraniczne agencje prasowe nie poświęcają zbyt wiele miejsca dwa razy większemu od Polski krajowi. Gabriela opisuje na blogu, czego dowie się od innych, odwiedzających stolicę kraju Bangui (Bangi), co uda usłyszeć się w lokalnym radiu.

Wpis z 1 maja: Polski franciszkanin z misji wysuniętej najbardziej na wschód donosi, że tamte rejony razem z północą kraju znajdują się pod okupacją muzułmańską. Kościół katolicki jest pierwszą ofiarą ataków. Do naszego misjonarza rebelianci przyjeżdżali trzy razy. Zabrali wszystkie samochody, całkowicie zablokowali miasto. Kończą im się zapasy żywności, pod koniec miesiąca zabraknie im hostii do odprawiania mszy. Wycofały się wszystkie organizacje humanitarne. Są po prostu odcięci od świata. Północ ma się nie lepiej. Są to tereny atakowane od początku grudnia. W trzech tamtejszych diecezjach nie ma już żadnego samochodu. Wszystko grabili. Biskupi musieli uciekać, bo grożono im śmiercią. Mury ich siedzib stoją puste.

W szpitalu, w którym pracują Polacy i 20 mieszkańców Republiki Środkowoafrykańskiej, życie toczy się swoim rytmem. - Konsultacje odbywają się od poniedziałku do soboty przed południem. Przyjmujemy pacjentów całą dobę. Nasze życie tutaj kręci się wokół niego - opowiada nam pielęgniarka. - Szpital jest na misji (parafii). Proboszczem jest ks. Mieczysław (zwany "Papa").

Bez pomocy z Polski nie dalibyśmy rady

Ela (12 lat w RŚA) jest dyrektorem szpitala. Zarządza nim i zajmuje się zaopatrzeniem, o które niełatwo. Przed rebelią przynajmniej część potrzebnych leków można było kupić w jednej nielicznych hurtowni w stolicy. Teraz, w kraju ogarniętym chaosem, jest to praktycznie niemożliwe. W stolicy nie działają urzędy, szkoły...

Szpitalowi w kupnie leków pomaga fundacja IDA z Holandii, która zajmuje się dystrybucją leków na kraje afrykańskie. - Również dzięki pomocy wielu ludzi z Polski, a głównie dzięki Stowarzyszeniu Młodzi Misjom z Tarnowa, otrzymaliśmy już dwa kontenery szpitalnego sprzętu, ale i przyborów szkolnych czy mleka dla dzieci. Bez kontenerów z Polski nie dalibyśmy rady! - przyznaje pani Gabriela.

Przerwa w "normalnym" życiu

Aptekarka Zuzia zajmuje się rejestracją pacjentów i wydawaniem leków. W RŚA wielu ludzi nie potrafi czytać ani pisać - niełatwo więc wytłumaczyć im dawkowanie leków, zwłaszcza, jeśli muszą brać kilka środków. - Maja diagnozuje w laboratorium malarię i inne choroby. Ja, jako pielęgniarka, robię to wszystko, czego akurat dany dzień i dany pacjent wymaga. Jesteśmy wolontariuszkami przez rok. Przyjechałyśmy, bo zawsze chciałyśmy tego spróbować. Zrobiłyśmy sobie przerwę w naszym "normalnym" życiu i wrócimy do niego po powrocie do kraju - tłumaczy autorka bloga.

Pochodzi z Krakowa, tam również pracowała w szpitalu. - Poza innymi zwyczajami, klimatem, specjałami kuchennymi, zaskoczył nas wybuch rebelii. Nikt nie spodziewał się wystrzałów w środku nocy i wizyt rebeliantów - pisze. Bojownicy rozpaczliwie szukają m.in. środków transportu i pieniędzy.

Pół wieku zamachów stanu

Zamachy stanu i siłowe przejmowanie władzy to "tradycja" w kraju, który w 1960 roku zyskał niepodległość. Michel Dotodja, przywódca rebeliantów w Republice Środkowoafrykańskiej, ogłosił się prezydentem na początku kwietnia po ucieczce nieudolnego prezydenta Bozize.

Wpis z 9 kwietnia: Kiedy w Republice Środkowoafrykańskiej społeczne niezadowolenie narasta, musi dojść w końcu do rebelii. Nowy prezydent, tak jak i teraz, siłą przejmuje rządy i następnie niszczy wszystko, co związane jest z działalnością swojego poprzednika. Nie padają więc tylko urzędy i kończona jest działalność partii. Urzędnicy nie są zwalniani. Oni muszą uciekać. Wszystkie wyżej postawione osoby muszą zapłacić za wspieranie wroga - byłej głowy państwa. Dlatego próbują uciec za granicę, ale tylko nielicznym się to udaje. Inni zostawiają wszystko, co mają, i chowają się w lasach. Po jakimś czasie nie mają już do czego wracać - domy są ograbione do zera i zdewastowane. Niektórzy giną bez wieści.

Dotodję wspiera rebeliancka koalicja Seleka (czyli Przymierze). To unia trzech różnych ugrupowań rebelianckich - UFDR (Unia Sił Demokratycznych dla Zjednoczenia), CSPK (Konwencja Patriotyczna dla Zbawienia Państwa) i CPJP (Konwencja Patriotów dla Sprawiedliwości i Pokoju). W kraju grasują też uzbrojone bandy, które ciężko przypisać do jednej ze stron konfliktu.

Wpis z 6 kwietnia: Nic się nie dzieje u nas. Tu. Co innego 160 km stąd czy choćby 60 km. Jesteś z Krakowa? Wyobraź sobie, że Zakopane jest doszczętnie zniszczone. Jesteś z Warszawy? To samo tyczy się Łodzi. Sympatycznie, nie?

- Nie czujemy się bezpieczni - pisze do nas Gabriela. - Chyba nikt nie czułby się bezpieczny. Bo niby jak? Rebelianci mają bazę 30 km stąd. Są ponadto rozrzuceni po całym kraju. Gwałty, pobicia, morderstwa, kradzieże, strzelaniny - to się dzieje każdego dnia! To nie są historie z jakiegoś odległego kraju na końcu świata. My tu jesteśmy, jesteśmy pośród tego wszystkiego! To, że nic nam się do tej pory nie stało, jest wyrazem Boskiej opieki - tego, co trzyma nas przy życiu i pozwala trwać. Tutejsi mieszkańcu dobrowolnie pilnują misji i szpitala i dziękują nam, że jesteśmy z nimi, że zostaliśmy - tłumaczy nam.

Kraj jest przeżarty korupcją. Każdy, komu uda się zdobyć władzę, próbuje zgromadzić jak największy majątek.

Wpis z 11 kwietnia: Na drodze między Mbaiki a Bangui (100 km) jest pięć barier Seleki. Przy każdej musisz się zatrzymać. Przy każdej musisz zapłacić. Jeśli jesteś samochodem - płacisz więcej. Jeśli wieziesz jedzenie - płacisz więcej albo zostawiasz towar u głodnych rebeliantów. Koszt podróży co najmniej się podwoi.

Czasem zdarzy się coś niezwykłego ...

W szpitalu, w którym pracuje Polka, jest 50 łóżek. Rocznie przyjmuje około 4,5 tys. pacjentów. Połowę z nich trzeba zatrzymać na dłużej - w większości to dzieci z malarią, tamtejszą plagą.

Kilka razy w tygodniu robią operacje. - Wszystko odbywa się jak w Polsce - jest stół operacyjny, lampa, są sterylne narzędzia i obłożenia, są nici chirurgiczne i maseczki. Jest prościej, nie ma tak dużych możliwości, ale każdy stara się, jak może, by zapewnić opiekę na jak najwyższym poziomie. Wykonujemy głównie cesarskie cięcia i operujemy przepukliny. Czasem zdarzy się coś niezwykłego, jak wyciąganie śrutu u pigmeja postrzelonego na polowaniu czy szycie brzuchów niedoszłych samobójców - relacjonuje pani Gabriela. Mali pacjenci chorują nie tylko na malarię. Mają dur brzuszny, biegunkę - często cierpią na anemię, są niedożywione. - Wiele dzieci trafia do nas w naprawdę ciężkim stanie. Wymagają podawania leków dożylnie, transfuzji i stałej kontroli - opisuje. Teraz to utrudnione - wielu pacjentów razem z całymi rodzinami przed niebezpieczeństwem uciekło do buszu.

Trudno zostać, trudno wyjechać

W kraju niełatwo chorować - szpitali jest niewiele, a na 4 mln obywateli jest zaledwie 250 lekarzy. Służba medyczna bazuje na pielęgniarzach i położnych - wyjaśnia Gabriela.

Wiele placówek medycznych zostało ograbionych. Budynki stoją, ale jeśli bandyci wynieśli całe wyposażenie, ukradli lub zniszczyli leki, nie ma czym pracować. Hurtownie medyczne znajdują się w stolicy.- Czy nadal funkcjonują? Nie wiemy. Pacjenci i personel wielokrotnie byli zastraszani, były od nich wymuszane pieniądze. To nie jest dobra atmosfera ani do pracy, ani do chorowania. Funkcjonują małe wiejskie przychodnie, jeśli też nie zostały zgrabione. Mają one jednak bardzo niewielkie możliwości - pisze. - Nasz szpital wojewódzki, który w wielu sytuacjach był dla nas odciążeniem, nie jest czynny już od kilku tygodni i nie zapowiada się, żeby miał wznowić pracę. Placówki, które w stolicy nie działały, stopniowo zaczynają wracać do życia - dodaje. Jak pisze na blogu - to właśnie w szpitalach nawet zdrowi ludzie szukają schronienia.

Lekarz swoje, czarownik swoje

- Problemem są działania na "dwa fronty" - leczą się w naszym szpitalu i równocześnie u fetyszerów. Dziecko rano jest w dobrym stanie, nie ma gorączki, żadnych bólów, a po południu 40 stopni, brzuch wzdęty jak balon, wymiotuje, ledwo oddycha i ma drgawki niereagujące na żadne leki. Dziwny zbieg okoliczności? Może. Zazwyczaj jednak po przyciśnięciu rodziców prawda szybko wychodzi na jaw. Dają jakiś plik tutejszych roślin, płacąc grube pieniądze czarownikowi. Zawsze tym zaszkodzą. Najdziwniejsze, że robią to w dobrej wierze, chcą pomóc. Te relacje są skomplikowane. Wiele dzieci po takiej dodatkowej "kuracji" jest w bardzo ciężkim stanie, niektóre z tego nie wychodzą. Powinno się za takie coś wyrzucić ich "dyscyplinarnie" ze szpitala, ale wtedy skazujemy kogoś na śmierć. Zostają, a my próbujemy im pomóc - relacjonuje Polka.

A czy wam można jakoś pomóc? - pytam. - Dzieli nas zbyt wielka odległość, aby np. przekazać leki lub dary rzeczowe. Przy obecnej sytuacji w kraju nie chcemy też ściągać nowych osób do pomocy na miejscu. Jedyne, co można zrobić, to informować i modlić się - pisze blogerka.

"Rana w sercu Afryki"

- Republika Środkowoafrykańska jest jak rana w sercu Afryki. Musimy wytężyć siły, aby uspokoić sytuację - mówił dwa tygodnie temu Idriss Déby, prezydent Czadu na spotkaniu Economic Community of Central African States (Eccas) - związku państw z centralnej Afryki, które wzajemnie próbują pomóc sobie poradzić z trudnościami nie tylko ekonomicznymi.

Wybory mają odbyć się za 18 miesięcy. Czyli pod koniec 2014 roku. Ale czy uzurpator odda władzę dobrowolnie, nie wiadomo.

"Ludzie chcą tylko żyć"

- Republika Środkowoafrykańska to kraj zapomniany przez wszystkich i to zapomnienie sprawia, że za przyzwoleniem świata wszyscy złoczyńcy mogą czuć się bezkarni. Mieszkają tutaj w większości prości ludzie, którzy chcą tylko uprawiać swoje pole i żyć w spokoju, a nawet tego im odmówiono. Większość ludzi boi się i sił rządowych, i rebeliantów. Nikt nie ma pewności, że ten, który nazywa siebie wybawicielem ludu, zaraz nie będzie chciał go ograbić - stwierdza smutno pani Gabriela.

DOSTĘP PREMIUM