Po co nam w ogóle matura? B. szef CKE: Dzisiaj? Do rekrutacji na studia. Kształcenie masowe to młócka: trzeba wysiedzieć ileś godzin i zdać egzamin

- Matura nie służy kształceniu. To jest tylko pewien ułomny sposób sprawdzania wykształcenia - mówi w rozmowie z Tokfm.pl prof. Krzysztof Konarzewski, były szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. - Jak się zlikwiduje maturę, to poziom wykształcenia na pewno nie wzrośnie, a może wręcz się pogorszy, bo nie będzie bata w postaci groźby: ?ucz się, bo inaczej nie zdasz matury?.
Dzisiaj początek matur. Tegoroczni abiturienci zaczynają tradycyjnie od egzaminu z języka polskiego. Jednak czy matura, na którą tak często dzisiaj się narzeka, jest do czegoś jeszcze potrzebna?

Piotr Markiewicz: Po co nam dzisiaj w ogóle matura?

Prof. Krzysztof Konarzewski, były dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, Instytut Badań Edukacyjnych: W tej chwili? Matura nie pełni żadnej innej roli, oprócz tego, że jest potrzebna do rekrutacji na studia. To jest egzamin dojrzałości... ale do studiów wyższych. Cały problem polega więc na tym, żeby odsiać pewną liczbę ludzi, którzy się nie nadają do studiowania. Można by nie robić matury, ale wtedy trzeba by wrócić do egzaminów wstępnych. Ale rezygnacja z matury w skali kraju byłaby natychmiast odebrana przez patriotów jako szarganie tradycji, ogłupianie Polaków. Więc żaden rząd by na to nie poszedł.

W tej chwili maturę zdaje bardzo duży procent każdego rocznika podchodzącego do egzaminu, ale tylko 50 proc. z tych, którzy zdali, idzie na studia. To znaczy, że pewna grupa młodzieży zdaje maturę i nie wybiera się studiować. Powiada się jednak, że "niech zdadzą maturę, może kiedyś się namyślą". To w sumie nie kosztuje tak dużo.

Ludzie po maturze są dobrze wykształceni?

- Matura nie służy kształceniu. To jest tylko pewien ułomny sposób sprawdzania wykształcenia. Jak się zlikwiduje maturę, to poziom wykształcenia na pewno nie wzrośnie, a może wręcz się pogorszy, bo nie będzie bata w postaci groźby: "ucz się, bo inaczej nie zdasz matury".

Jeszcze kilka lat temu straszyło się ludzi, że bez matury nie znajdą pracy...

- Jeżeli ktoś coś umie, to na rynku pracy i tak się odnajdzie. Jeżeli jednak nic nie umie i nie ma matury, to może być podwójnie przegrany. W tej chwili stygmatyzujący może być brak studiów wyższych. Braku matury jednak nikt nie dostrzega. Bo czy rozpoznajemy, czy ktoś ma maturę, czy nie? Jak fryzjer ma talent w rękach, to co mnie obchodzi, czy ma maturę?

Gloryfikujemy papierki, a nie rzetelną wiedzę?

- Absolutnie. Święte słowa. Dlatego uważam, że nie ma co przykładać jakiejś wielkiej wagi do matury. W zdrowym kraju o zatrudnieniu rozstrzyga pracodawca na podstawie próby pracy. Jak chcesz być malarzem - musisz przynieść swoje obrazy. Ale i tak chyba jest coraz lepiej - ponieważ namnożyło się szkół wyższych, które wydawały te papierki bez opamiętania, to w tej chwili kult papierków się zmniejszył. A przynajmniej pracodawcy zaczynają się przyglądać, kto wydał dyplom. To krok we właściwą stronę.

Matura w obecnym kształcie to bzdura?

- Nie, ale oczywiście można mówić o różnych egzaminach w ramach tej matury. Np. matura z matematyki obecnie nie różni się znacznie od matury, jaką ja zdawałem. Mieliśmy kilka dużych zadań do rozwiązania. A teraz? Oprócz kilku dużych dochodzą jeszcze małe. Wielkiej różnicy nie ma. Ale rzetelność wyniku takiej matur jest niewspółmierna. Rola przypadku w jej ostatecznym wyniku jest obecnie dużo mniejsza.

Co do egzaminu z języka polskiego, to zgadzam się - na poziomie podstawowym jest skrojony na miarę półinteligenta. Ale na poziomie rozszerzonym? Jest właściwie taka sama jak poprzednia matura. To narzekanie na tzw. nową maturę jest mało uzasadnione. A ma ona jedną wielką przewagę nad starą maturą - jej sprawdzanie jest scentralizowane i nie ma kogoś, komu można dać łapówkę lub postawić piwo, bo nie wiadomo komu je postawić.

Mówi pan o samym egzaminie, ale co przed nim? Jednym z pojawiających się zarzutów jest to, że teraz uczy się pod testy, a nie żeby ktoś zdobył obszerną wiedzę.

- To chwytliwe hasło. Dawniej, gdy nie było testów, nauczyciele ogólniaków mówili, że pracują, aby przygotować uczniów do matury. I czym to się różni od tego zarzutu?

Masowe kształcenie to nie przygoda perypatetyków, to nie spotkanie z Sokratesem. To pewna młócka. Trzeba wysiedzieć ileś godzin, wykonać pewne zadania, a potem zdać egzamin. Potem się to zamyka. Ludzie nic lepszego nie wymyślili. A ideologiczne pokrzykiwanie na oświatę jest po prostu niemądre. Kiedyś nie było tego systemu i wcale nie było dobrze. Czy ja byłem lepiej kształcony niż moja córka teraz?

Zrezygnowałby pan z matur na rzecz egzaminów wstępnych na studia?

- Nigdy. Pracowałem wiele lat przy egzaminach wstępnych na studia, byłem nawet kilka razy sekretarzem komisji. Znam ten system od podszewki. Na dużych uniwersytetach było dobrze, przynajmniej tam, gdzie pracowałem. Ale sam pomysł, żeby pytania na te egzaminy układali amatorzy? To nigdy nie było sprawdzane! Jednemu kandydatowi drążyło się dziurę w brzuchu, bo "wygląda obiecująco - dobrze mu z oczu patrzy", a drugiego odrzucało, "no bo to kretyn przecież, widać od razu". Zawsze wracałem po takich egzaminach, mając kaca moralnego.

Poza tym dochodzi możliwość korupcji. A jak coś jest korupcjogenne, to ja to z góry przekreślam. System powinien być przejrzysty. W obecnym systemie łapówki dać się nie da. Ja rozumiem, że niektórym uczelniom werdykt matury może nie wystarczać, ale w uzasadnionych wypadkach mogą one zrobić np. testy predyspozycji.

W rozmowach z moimi kolegami zauważam jeszcze jedną prawidłowość: poloniści chcieliby, żeby wrócił egzamin wstępny na studia - co kiepsko o nich świadczy, natomiast wszyscy przyzwoici uczeni, fizycy, matematycy - chcą obecnego systemu. Bo jest bardziej przejrzysty.

DOSTĘP PREMIUM