Piłka w bramce Angeli Merkel, czyli jak "Bóg Ojciec" Bayernu Monachium stał się problemem Niemiec

Niemal równolegle z triumfem Bayernu nad Barceloną gruchnęła wiadomość, że prezes i menedżer monachijskiego klubu, twórca jego sportowej i finansowej potęgi, Uli Hoeness jest najzwyklejszym przestępcą podatkowym. Co to oznacza dla Angeli Merkel?
W półfinałach Champions League spółka Bayern/Borussia przepiłowała hiszpańskich mistrzów z Madrytu i Barcelony. Zanosi się na koszmarny finał wewnątrzniemiecki. Włochom, Hiszpanom i Portugalczykom przypadła rola biernych obserwatorów pancernej inwazji niemieckiej od tyłu bramki. I nie jest istotne, że w niemieckich uniformach występują Holender Roben, Francuz Ribery czy nawet Polak Lewandowski.

Niemal równolegle z triumfem Bayernu gruchnęła wiadomość, że prezes i menedżer monachijskiego klubu, twórca jego sportowej i finansowej potęgi, Uli Hoeness jest... najzwyklejszym przestępcą podatkowym.

Autodonos

Informację ujawnił tygodnik "Fokus", którego wydawca Helmut Markwort zasiada w Radzie Administracyjnej FC Bayern. Hoeness w styczniu sam złożył donos na siebie, informując skarbówkę o zatajeniu przed nią góry pieniędzy na tajnym koncie szwajcarskiego banku Vontobel. Donosem, wpłatą 5-milionowej kaucji i zobowiązaniem do dwukrotnego na tydzień stawiania się na policji uratował się jednak przed aresztem. Ale nie uchronił siebie przed prokuratorskim śledztwem i rewizją w domu. Gorzej, bo nie zapobiegł wyciekowi sensacyjnej informacji, a w konsekwencji zupełnej utraty własnej twarzy.

Upadek wielkiego bossa następuje z wielkim hukiem, gdyż "Bóg Ojciec" Bayernu z lubością wcielał się w rolę moralnego apostoła ze stale podniesionym do góry palcem. Piętnował krętactwa w polityce, w społeczeństwie, a nawet na szczytach skorumpowanej piłkarskiej centrali FIFA. A na boku na wielką skalę działał charytatywnie.

Kryminalny wyczyn Hoenessa kładzie się jednocześnie wielkim cieniem na sportowym sukcesie jego klubu. Reklamę z nim - jako klubową ikoną - ściągnął z internetu Hypovereinsbank, z kolei rzecznik prasowy McDonald's oświadczył, że produkowana przez masarnie Hoenessa, który z zawodu jest rzeźnikiem, kiełbaska McCurry wylatuje z menu. Główni sponsorzy klubu - Adidas, Audi, Telkom i Alianz - jeszcze się nie wypowiedzieli. Ale na tym nie kończy się causa Hoenessa. Piłka potoczyła się bowiem nie tylko do bramki wielkiego bossa, ale i Angeli Merkel.

Bawaria - niemiecki raj podatkowy?

Nie tak dawno jeszcze Niemcy pouczali Cypryjczyków czy Greków, uderzając ich pałką moralną za przekręty podatkowe. Okazuje się jednak, że w oku unijnego bliźniego dostrzegli drzazgę, ślepi na belkę w swoim. Na ich własnym podwórku kręcą się (kopią piłkę) podatkowi oszuści. I to jakiego formatu!

Koneksje patriarchy Bayernu sięgają premiera wzorcowego landu Niemiec - Bawarii, Horsta Seehofera, który o przekręcie podatkowym wiedział od trzech miesięcy. Od razu nasuwa się pytanie: jak funkcjonuje administracja Bawarii, ściągająca podatki od swoich obywateli? Wygląda na to, że fatalnie, skoro w tym najbogatszym landzie niemieckim oszczędza się na kontroli podatników. W świetle danych na 100 tys. podatników przypada jedynie 29 kontrolerów państwowych. Bawaria - niemiecki raj podatkowy?

Statystyki kontroli firm wypadają jeszcze gorzej. Do przedsiębiorstw średniej wielkości kontroler państwowy puka średnio co 20 lat. Takich praktyk Angela Merkel w Grecji by nie zdzierżyła. Natychmiast chwyciłaby za telefon i naskarżyła do "Trojki". Ledwo więc porażająca wiadomość o przekręcie Hoenessa gruchnęła na Niemców, pani kanclerz zdystansowała się od ikony z Monachium. Choć wcześniej chętnie grzała się w jej blasku.

Skąd te pieniądze?

"Wielu jest rozczarowanych Uli Hoenessem. Do nich należy kanclerz Niemiec" - powiedział kilka dni temu rzecznik prasowy Angeli Merkel. Jej minister finansów Wolfgang Schaeuble żonglował w tym czasie statystykami, mającymi zaświadczyć o tym, jak strzeliły do góry dochody z podatków w pierwszym kwartale tego roku. Tyle że Niemców interesuje teraz nie to, co brzęczy w kasie, tylko to, co tam nie brzęczy.

Interesuje ich bardzo np., czy chadecki rząd premiera Seehofera jeszcze przed włączeniem się prokuratury do sprawy wiedział o tajnych kontach Hoenessa w Szwajcarii. Czy rozchodzi się, jak spekulują dziennikarze, o zdeponowanie niewyobrażalnych sum kilkuset milionów euro? I skąd pochodzą pieniądze? Czy z dochodów fabryki kiełbasek norymberskich, które produkują zakłady mięsne Hoenessa? Czy raczej stanowią one "odpryski" z milionowych transferów piłkarskich, jakimi sterował jako szef klubu? A może, co jeszcze bardziej skandaliczne i najbardziej prawdopodobne, są łapówką w wysokości 20 milionów euro od zmarłego już szefa firmy Adidas Roberta Dreyfusa? Ceną za przedłużenie kontraktu z Bayernem, w chwili gdy do drzwi klubu z Monachium ze znacznie lepszą ofertą pukała konkurencyjna Nike? Sumką, którą potem Hoeness spekulował na giełdzie, kolekcjonując portfele akcji z wyższą stopą zwrotu?

I wreszcie, czy przypadkiem prezes donos na siebie zgłosił skarbówce dopiero wtedy, gdy prokuratura zaczęła dreptać mu po piętach, a na nim samym skóra gorała jak na złodzieju? Na to wskazywałby sam tekst donosu, pełen formalnych błędów, napisany jakby na kolanie.

Test wiarygodności

Testem dla wiarygodności Niemiec w Europie, testem wiarygodności Angeli Merkel i jej polityki wobec bankrutów Europy, hulaszczo topiących pieniądze w świadczeniach socjalnych lub przechodzących jak woda przez sito ich systemów podatkowych będzie zmuszenie Hoenessa do ustąpienia, nim sprawa trafi na wokandę sądu. Na razie twórca wielkiego Bayernu nie chce o tym słyszeć. Pojawił się na trybunach piłkarskiej areny w Monachium na półfinale gigantów. Z szalikiem klubowym na szyi.

Po wielkim triumfie nad Barceloną bossowie Bayernu nabrali wody w usta. Z wyjątkiem honorowego prezesa klubu Franza Beckenbauera. "Uli nie jest oszustem, przytrafił się mu mały klopsik", powiedział cesarz futbolu. Fani z Monachium jak jeden mąż stoją za swoim bożyszczem. "Gówno mnie obchodzi, co prezes robił z pieniędzmi. Czy płacił podatek, czy nie. Ważne, że Bayern jest najlepszy na świecie", powtarzają jak mantrę.

Jeśli piłkarze z Monachium oprócz Bundesligi wygrają puchar Niemiec (są w finale), a przede wszystkim Champions League, dobrowolne ustąpienie Hoenessa stanie się tym bardziej mało prawdopodobne. Ale jeśli przy tym okaże się, że bawarski patriarcha złożył donos na siebie, gdy wiedział już o toczącym się przeciwko sobie śledztwie, to nie będzie to stanowiło dla sądu okoliczności łagodzącej. Wtedy bossowi najlepszego klubu świata grozi więzienie.

Piłka w grze(?)

Nad panią kanclerz z kolei czai się inne niebezpieczeństwo. Oprócz europejskiego rykoszetu sprawy Hoenessa wątpliwości budzi jakość przeforsowanego przez rząd CDU paragrafu o autodonosie. Daje on oszustom podatkowym zbyt wiele furtek. Podobnie jak zaawansowany projekt niemiecko-szwajcarskiego porozumienia podatkowego, mającego wytropić zatajone przed fiskusem lokaty Niemców w szwajcarskich bankach. Merkel, która za kilka miesięcy po raz trzeci stanie do batalii o fotel kanclerza, pośpiesznie powołała team ekspertów do zbadania ewentualnej noweli paragrafu o autodonosie. Piłka cały czas jest w grze. Wygląda jednak na to, że na dobre wpadła do bramki Hoenessa. I Angeli Merkel.

*Arkadiusz Stempin, historyk i politolog, prof. w WSE ks. Tischnera w Krakowie i na Uniwersytecie we Freiburgu (Niemcy)

DOSTĘP PREMIUM