O zbaranieniu uczelni, czyli jak prof. Hartman zerkał na pomalowane paznokcie studentek [POLEMIKA]

Z felietonu prof. Hartmana, mocno zafrasowanego procesem baranienia studentów na polskich uczelniach, wynika przede wszystkim to, że lubi on wieczorową porą zaglądać przez okna na parterze. Nawet jeśli musi się przy tym mocno wspiąć na palce i w tej niewygodnej pozycji wytrwać trochę - pisze prof. Arkadiusz Stempin, polemizując z tezami prof. Jana Hartmana z tygodnika ?Polityka? dot. studentów.
Nasz rodzimy profesor specjalizuje się w stawaniu na palcach przy oknach sal wykładowych. Przy czym jego oko wyłapuje wyłącznie studentki: "ładne, wymalowane, wyprostowane", choć "siedzące bez zeszytów". Dziwne, że wyprostowanych studentów nie dostrzega. A ci powinni grzać tam ławy, skoro proporcje studiujących rozkładają się po połowie. Z tego wynika, że albo studenci profesora nie interesują, albo siedzą z zeszytami na kolanach. Ten ostatni wniosek można jednak wykluczyć. I zaryzykować postawienie innego: o wyjątkowej wrażliwości prof. Hartmana na "ładne, wymalowane studentki bez zeszytów". Bo wątek ten w krótkim felietonie pojawia się raz jeszcze, kiedy profesor cytuje kolegę po fachu, dr. Bytniewskiego z UMCS, który w studentkach fachowo rozpoznaje "farbowane blondynki z długimi paznokciami" (dr nie podaje koloru lakieru) i "błyszczykiem pociągniętymi ustami".

Takim rozpoznaniem doktor z Lublina bije na głowę profesora z Krakowa. Bo konia z rzędem człowiekowi nauki, który potrafi odróżnić błyszczyk od szminki. A pewnie i kolczyk od klipsa, mascarę od trywialnego tuszu do rzęs, manicure francuski od hybrydowego, pończochy 15- od 20-denowych.

Cnota podglądania

Żeby była pełna jasność - cnota podglądania służy prof. Hartmanowi wyłącznie celom naukowym. "Ładne studentki z długimi paznokciami" jako archetyp głupiej blondynki egzemplifikują jego główną tezę: degrengoladę dzisiejszej uczelni i pauperyzację poziomu nauczania. Pudło, profesorze! Pomalowane, długie paznokcie od czasów Simone de Beauvoir i Charlesa Revsona, który na wzór lakieru do samochodu jako pierwszy zaoferował go damom, noszą kobiety niezależnie od pozycji społecznej i zawodowej. Na równi: w domach królewskich, na salonach polityki czy arenach sportowych. Jak demokratyczna to kwestia, udowodnił wyrok sądu w Kolonii. Kiedy firma ochroniarska, która na zlecenie policji federalnej na kolońskim lotnisku zabroniła swoim pracownicom przychodzenia do pracy w paznokciach dłuższych niż 2,5 mm i pomalowanych tylko w jednym kolorze, sąd krajowy po wniesieniu apelacji przez zainteresowane zarządzenie (3 TaBV 15/10) uchylił.

W Polsce z polakierowanymi paznokciami publicznie pojawiają się choćby b. prezydentowa Jolanta Kwaśniewska, Monika Olejnik (nawet w barwach TVN z politycznym przesłaniem) czy posłanka SLD Joanna Senyszyn. Ta ostatnia nie w firmowej czerwieni, tylko w kolorze tęczy. Z kolorowymi paznokciami maszerują także pątniczki na pielgrzymkach do Częstochowy. Czy to jednak oznacza, że kpią sobie z religii? Co innego, gdyby profesor wyłapał przez okno studentów z pomalowanymi paznokciami, naśladujących Davida Beckhama, Jean Paula Gaultiera czy Johnny'ego Deppa. Ale studenci, jak się rzekło, profesora nie interesują.

Wyjątkowa podatność polskiej studentki na lansowany girly-look (ze skondensowanymi jego elementami jak lakier, ostry makijaż, high heels, mini, na okrągło fryzura prosto spod prostownicy do włosów lub lokówki etc.) nie jest indykatorem jej infantylizacji, jak sądzi prof. Hartman, tylko rezultatem szerszego tła kulturowego - zatoczenia dużego łuku dookoła Polski przez rewoltę 1968 roku, jaka przetoczyła się przez kraje Europy Północno-Zachodniej, ogarniając klasę średnią, emancypując kobietę i wyzwalając ją z okowów seksizmu. Tam uczyniła ona kobietę klasy średniej odporniejszą na uroki lansu. Dlatego im dalej na wschód od Łaby, tym bardziej en vogue jest w przestrzeni publicznej uwodzicielski wygląd kobiety. O czym zaświadczają nie tylko ulice polskich miast i sale wykładowe, ale choćby wielka popularność w latach 90. disco polo z nieodłącznym logo: sexy dziewczyną. Nie dziwi więc, że kino w Katowicach wpadło kiedyś na pomysł zniżek dla tych kobiet, które na seans przyjdą w minispódniczkach. W Hamburgu czy Bazylei nie do pomyślenia.

"Dawniej to było...". Czyli kiedy?

Drugi koronny argument profesora, dowodzący upadku poziomu nauki na studiach, zawiera żonglerkę metodą komparatystyczną. Wprawdzie i "dawniej" tłumy "prostych ludzi" waliły na studia, pisze profesor, ale "wtedy kazało się im czytać 50 stron dziennie lub więcej i robiło ze dwa porządne egzaminy". "Dawniej", czyli kiedy? Nie mogło to być przed 1915 rokiem. Wtedy to Maria Konopnicka utyskiwała, że Warszawa zamiast polskiego ma tylko rosyjski uniwersytet. Stąd młodzież polska dawała z ojczyzny dyla, studiując w Niemczech, Szwajcarii oraz w Austrii. W II RP wgląd w poziom studiów dają właściwie tylko zdeponowane w uniwersyteckich archiwach doktoraty. Rzadko który ma więcej niż 40 stron. Ich wartość naukowa nie może dziś podlegać ocenie, gdyż pisano je w zgodzie z ówczesnym stanem nauki. Natomiast niewielka liczba przedwojennych doktoratów nie może być argumentem za ich jakością. Bo skoro przed wojną wydawano dużo mniej książek niż obecnie, to fakt ten nie dowodzi a priori, że były one lepsze.

"Dawniej" musi być więc odwołaniem do lat PRL-u. Studiując w latach 80. na nobliwym UJ pamiętam rzeczone "50 stron dziennie". Czysta iluzja. Oprócz leserstwa nie czytało się, bo nie było czego. Nie było książek, kopiarek, drukarek. Były za to libacje alkoholowe w akademikach i odczytywane przez profesorów te same od lat skrypty na wykładach w semestrze. Jeden z profesorów z polonistyki możliwe, iż wyprzedził swoją epokę, odczytując na wykładzie książkę kolegi, a wywody sprzedając jako swoje. Oczywiście nie brakło profesorów z wykładami zapierającymi dech w piersiach. Zapamiętałem ich czterech.

Były też owe "porządne egzaminy" w sesji. Z reguły bezsensowne odpytywanie z encyklopedycznej wiedzy. Ich sens wyjaśniał slogan 3xZ: zakuć, zapić, zapomnieć. U niektórych profesorów "odsiew" wyglądał w ten sposób, że indeksy z pałami wylatywały oknami. W czym przejawiał się osobliwy respekt dla studenta. Wtedy jednak nikt sobie tym głowy nie zawracał. Podobnie jak tym, że studenci archeologii śródziemnomorskiej na oczy nie widzieli Morza Śródziemnego, a studenci filologii francuskiej - Francji. Obligatoryjne zakuwanie ekonomii politycznej pod "porządny egzamin" wypełniało rok II, a przedmiotów wojskowych w ramach studium wojskowego rok IV. Znajomość pisania np. prostego eseju była żadna. Papierkiem lakmusowym jakości nauki w studium wojskowym niech będzie opinia o jednym z prowadzących wykłady oficerów. Mówiło się o nim, że trafił do studium wojskowego po tym, gdy postanowił przewietrzyć kajutę oficerską w łodzi podwodnej.

Jak się ten system sprawdzał, doświadczyłem na początku lat 90., gdy struktura studiów oddychała jeszcze duchem PRL-u. Uczestnicząc w konferencji poświęconej powstaniu warszawskiemu, byłem świadkiem mimowolnej konfrontacji studentów przybyłych z Freiburga (Niemców, Norwegów i Tajwańczyków) i miejscowych z UW. Podczas gdy studenci z Niemiec wygłaszali wykłady na równi z profesorami, ci z UW ograniczyli się do odczytania oświadczenia patriotycznego. Ostatecznie seminarium o powstaniu warszawskim na uniwersytecie we Freiburgu zaowocowało 20 pracami semestralnymi, kilkoma magisterskimi, jednym doktoratem i jednym filmem dokumentalnym. O esejach na UW czy pracach semestralnych nic mi nie wiadomo. Studia w PRL-u tylko powierzchownie były solidne. Możliwe, że prof. Hartman mimowolnie ulega tęsknocie za "złotym wiekiem". Bo przecież wcześniej musiało być lepiej.

Co robić?

Zgoda, że studenci mniej teraz czytają. Ale nie potrzebują dziś wiedzy ogólnej czy encyklopedycznej, tylko konkretnej, często know-how w obszarze wyznaczonym ich przyszłą profesją. I nie są skazani wyłącznie na autorytet książki. Dysponują innymi źródłami samodzielnego poznania. Nie tylko z internetu. W czasach zakuwania "50 stron dziennie i dwóch porządnych egzaminów na semestr" na sucho wchłaniali oni historię np. klasztoru w Cluny. Teraz sobie studenci do Burgundii jeżdżą, niektórzy na rowerze, i klasztor na własne oczy oglądają. W przeciwieństwie do nieznających języków obcych roczników z PRL-u, po angielsku lub francusku z miejscowymi pogadają. A wieczorem otworzą butelki lokalnego chablis, przegryzając kawałkiem klasztornego sera. I na wielu poziomach wchłaniają kulturę francuską.

Zgoda też co do tego, że zwiedzając Mediolan student nie poznaje wszystkich niuansów faszyzmu włoskiego. A z naprzemiennej kontemplacji to panoramy Alp, to pomnika Nabokova w Montreux nad Jeziorem Genewskim nie wyniknie poznanie czy analiza jego dzieł. Bo problem szkolnictwa wyższego w Polsce, jak w większości innych krajów, istnieje. Wskazywał na to wielokrotnie choćby prof. Tadeusz Pomianek, rektor WSIiZ w Rzeszowie. By zwiększyć innowacyjność uczelni i zaangażowanie kadry na rzecz nauki i gospodarki, co jest piętą achillesową szkolnictwa wyższego, postulował on wprowadzenie dywersyfikacji ról szkół wyższych (uczelnie z mniejszym potencjałem kształcą studentów na studiach licencjackich, uczelnie z większym potencjałem - na magisterskich i doktoranckich), ograniczenie dotacji z budżetu dla uczelni, przyznawanych w oparciu o ilość ich studentów i uzależnienie jej od poziomu studiów, by zaoszczędzone środki przeznaczyć na badania naukowe, dopuszczenie dobrych uczelni prywatnych do rywalizacji o pieniądze, co uruchomi większą gospodarność w uczelniach publicznych.

Prof. Hartman sygnalizuje wcale niewydumany problem. Ani jednak metodologia, ani też argumentacja czy forma szalbierczego felietonu, jakimi się posługuje, analizie deficytów i reformie szkolnictwa wyższego nie służą.

*Arkadiusz Stempin - historyk i politolog, prof. w WSE Kraków ks. Tischnera i na Uniwersytecie we Freiburgu (Niemcy)

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM