Organizator konkursu ''Miastoszpeciciel'': Reklama, która wisi na zabytku, boli mnie najbardziej

- Jeśli największą wartością Zakopanego i Podhala jest krajobraz, to stawianie szpecących reklam jest niszczeniem tego, co najcenniejsze. To tak, jakby wywozić złoto z kopalni i wrzucać je do oceanu - mówi Piotr Manowiecki, jeden z organizatorów konkursu ?Miastoszpeciciel? na najbardziej szkaradną reklamę w Polsce. - Znam wielu ludzi, którzy do Zakopanego, gdzie mieszkam, nie przyjadą i nie zostawią tu pieniędzy ze względu na to, że nie mogą patrzeć na reklamy - mówi.
20 maja ruszył organizowany przez stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim ogólnopolski konkurs na nośnik reklamowy, który najbardziej szpeci przestrzeń miejską. "Zwycięzca" otrzyma nagrodę i tytuł "Miastoszpeciciela". Zdjęcia brzydkich reklam można przysyłać do 10 czerwca. Konkurs organizowany jest na licencji czeskiego stowarzyszenia Za lepš~ život v Praze, które w 2011 roku przeprowadziło podobny konkurs "Vizuvir", który przyczynił się do usunięcia 40 reklam wielkoformatowych z centrum Pragi.

Dorota Żuberek: Kiedy reklama zaczyna niszczyć przestrzeń wspólną?

Piotr Manowiecki, członek stowarzyszenia: Jeśli wisi na zabytku. Albo jeśli sprawia, że zamiast cieszyć się pięknym widokiem gór, nasz wzrok bezwiednie wędruje na reklamy je zasłaniające. Tam, gdzie nie ma jednoznacznych warunków umieszczania reklam i szyldów, każdy umieszcza je według własnych pomysłów. I powstaje coś, co w muzyce nazywa się kakofonią. Nawet jeśli poszczególne reklamy są ładne, to całokształt szpeci.

Szukanie wspólnego mianownika to zajęcie dla plastyka miejskiego. Tam, gdzie może on coś zrobić - jak w Krakowie dzięki powołaniu parku kulturowego - efekt tej pracy widać i jest on wspaniały. Postulujemy, żeby w najważniejszych miastach i rejonach turystycznych powstawało stanowisko plastyka powiatowego, a może nawet gminnego. Problem jest taki, że na razie nie ma przepisów, które pozwalałyby plastykowi na skuteczne, szybkie działanie, jeżeli nie zostanie powołany park kulturowy. A park kulturowy to instrument bardzo skomplikowany, w swoim zamyśle utworzony nie tylko do porządkowania reklam. Ze względu na przepisy rozebranie nielegalnej reklamy to długotrwała, skomplikowana procedura. Trzeba naciskać na ustawodawców, żeby to się zmieniło.

Może powinniśmy cieszyć się z kreatywności ludzi? Reklama dźwignią handlu przecież...

- Często spotykamy się z tą kliszą myślową. Ale mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, co tracimy za sprawą wszechobecnych reklam. Znam wielu ludzi, którzy do Zakopanego, gdzie mieszkam, nie przyjadą i nie zostawią tu pieniędzy ze względu na to, że nie mogą patrzeć na reklamy. Jeśli wartością największą Zakopanego i Podhala jest krajobraz, to stawianie reklam jest niszczeniem tego, co najcenniejsze. To tak, jakby wywozić złoto z kopalni i wrzucać je do oceanu.

Konkursem chcecie zawstydzić autorów szkaradnych szyldów i reklam czy uczulić ludzi na to, jakie jest ich otoczenie?

- I to, i to jest ważne. Z jednej strony jako społeczeństwo mamy wciąż niski poziom świadomości estetycznej. Z drugiej - wiele firm w zupełnie bezczelny sposób udaje, że za nic nie odpowiada, a to, że reklamy pojawiają się w miejscach, gdzie nie powinny, to nic złego. Popularne jest też zrzucanie odpowiedzialności np. na agencję reklamową.

Chcielibyśmy - to nasze małe marzenie - żeby firmy zastanowiły się dwa razy, czy wszędzie można reklamy umieszczać. Mamy w Polsce mnóstwo przykładów, kiedy reklamy wiszą na zabytkach lub w ich bezpośrednim otoczeniu. Naprzeciwko Wawelu wisi obciachowa reklama na hotelu.

Naprawdę pan myśli, że to, jak reklama współgra z otoczeniem, jest przedmiotem głębszej refleksji osoby, która zamawia baner o promocji kurczaka?

- Ja wierzę w to, że presja społeczna prędzej czy później przyniesie skutek. Takie firmy teraz mogą mieć to w nosie, ale przy dużej presji będą musiały brać pod uwagę, że są ludzie, którym przeszkadza niszczenie przestrzeni wspólnej.

Sukces parku kulturowego w centrum Krakowa jest tego przykładem - wziął się nie tylko z decyzji prezydenta i miejskiego plastyka, ale przede wszystkim z presji mediów i opinii publicznej. I szkaradne siatki wielkoformatowe z rynku zniknęły.

No tak, reklam nie ma, ale pojawili się "stacze" - żywe, chodzące reklamy. Równie szkaradne. Może jesteśmy skazani na dziką reklamę?

- Mi osobiście "stacze" mniej przeszkadzają niż zasłonięta fasada kamienicy, której nie widać.

Walka z brzydkimi, szpecącymi reklamami to chyba walka z wiatrakami...

- Jesteśmy optymistami. Wierzymy, że uda się nam za 10-20 lat zmienić postrzeganie reklam. Zachód przechodził przez to samo. W artykule w piśmie o Tatrach z 1912 r. był opis, że nasze Tatry są ładniejsze, bo nie ma tu tylu reklam, co w Alpach. Też w podręczniku do nauki jazdy z lat 50. jest adnotacja, że bolączką włoskich autostrad jest nadmiar reklam.

I mamy "Zachód"...

- To etap przejściowy. Wiele negatywnych zjawisk, które pojawiły się na początku lat 90., powoli zanika.

Czy reklama może być dobra? Niektóre budynki odzyskały swój blask właśnie z pieniędzy, które uzyskano z reklamy.

- Kiedy dochód z reklamy idzie na remont, to jest dobra reklama. Nasze stowarzyszenie postuluje, by reklama mogła wisieć przez określony czas - np. 6 miesięcy - i by była powiązana z wykonywanym remontem, i by ten remont był prawdziwy, nie fikcyjny - czasami przestrzenie między siatkami a elewacją są tak wąskie, że żaden murarz nie może tam nawet wejść.

Jaka była najgorsza reklama, jaką pan widział? Taka, że się pan przewrócił?

- (Westchnienie). Jest wiele reklam, które mnie bolą. Hotel Forum w Krakowie to przykład wspaniałej architektury. A dziś nie funkcjonuje i jest zaklejony reklamą. Bolą mnie reklamy na Smyku w Warszawie - to wybitna architektura z lat 50. To budynek, który zasługuje na to, by oglądali go turyści z całego świata.

Stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim to inicjatywa działająca od 2007 roku. Jego członkowie chcą uregulować chaos wizualny i wolną amerykankę w reklamie zewnętrznej. Członkowie stowarzyszenia lobbują za odpowiednimi zmianami w prawie, promują dobre wzorce i prowadzą konsekwentną edukację, ucząc o korzyściach płynących z użytkowania uporządkowanej przestrzeni. W 2009 roku wydali album "Polski outdoor", ilustrujący skalę problemu i zawierający pomysły na poradzenie sobie z natłokiem komunikatów w polskich miastach. W styczniu 2013 r. Stowarzyszenie zorganizowało akcję "Nie wstydź się zerwać".

DOSTĘP PREMIUM