Rewolta w kraju bankierów. Koniec horrendalnych zarobków prezesów szwajcarskich firm?

Koniec z horrendalnymi pensjami menedżerów w Szwajcarii? Nad jedną z najbardziej drastycznych reform w tej kwestii będą głosowali Szwajcarzy w listopadowym referendum. Pomysł? Pensje kadry zarządzającej nie mogą być wyższe niż dwunastrokrotność najniżej opłacanego pracownika w firmie. Do tej pory zdarzały się nawet przypadki, w których ten stosunek wynosił 1:720...
Na kanwie kryzysu finansowego, permanentnej polityki zaciskania pasa przez cesarzową Europy z Berlina i walki z patologią pieniądza, akurat Szwajcarzy chcą skończyć z niecnymi praktykami milionowych płac i premii dla menedżerów wielkich firm. W świecie biznesu obowiązuje bowiem wyprowadzona z kodeksu prawnego reguła: "Każdemu według zasług, ale nam najwięcej". Ten cynizm nie jest jednak w oczach top menedżerów cynizmem, tylko największą oczywistością.

Odprawa? 58 mln euro to jednak za dużo...

W Szwajcarii płace i premie prezesów i członków zarządów należą do najwyższych w Europie. Właśnie odprawa w wysokości 72 mln fr. (58 mln euro) dla ustępującego prezesa koncernu farmaceutycznego Novartis Daniela Vasella zainicjowała efekt kuli śniegowej. Vasella ostatecznie pod gradem krytyki zrezygnował z bajecznego uposażenia (z kościelnej ambony menedżera piętnował także biskup Markus Buechel, przewodniczący konferencji episkopatu Szwajcarii), jednak oburzenie Szwajcarów nie zmalało.

Przyjęło ono początkowo formę oddolnej inicjatywy obywatelskiej, która wymogła najpierw przeprowadzenie w całym kraju referendum. Aż 68 proc. głosujących na początku roku opowiedziało się w nim za ustalaniem wysokości płac członków zarządów operujących na giełdzie firm nie przez nich samych, za zamkniętymi drzwiami, tylko przez akcjonariuszy firm. Wykluczono ponadto przyznawanie top menedżerom odpraw czy bajońskich sum w związku z objęciem stanowiska lub innych premii. Wykroczenia przeciwko tym postanowieniom zagrożone są karą do trzech lat pozbawienia wolności i horrendalną karą grzywny, stanowiąca sześciokrotność ich rocznego dochodu.

Sam wynik referendum należy do jednych z najwyższych w ostatnich latach, gdyż z reguły plebiscyty w Szwajcarii oscylują w granicach 55 proc. poparcia. Ale spiritus movens referendum, bezpartyjny poseł Thomas Minder, zarazem producent ziołowej pasty do zębów z Schaffhausen, perorował, że niebotyczne sumy, jakie inkasują menedżerowie, są w świetle etyki niedopuszczalne. A ponadto - nadwątlają zaufanie do gospodarki rynkowej. Przyjęcie tego rozwiązania w obywatelskim referendum jako regulacji prawnej, co jest standardem w ustroju republiki helweckiej, kończy jałowe spory w parlamencie o wysokość zarobków menedżerów.

Reguła 1 do 12 czy 1 do 720?

Partie lewej strony szwajcarskiej sceny politycznej: socjaldemokraci, młodzi socjaliści, Zieloni i związki zawodowe, ale także Kościoły, od razu wyczuły pismo nosem i poszły za ciosem. Wyniki referendum interpretują jako radykalną zmianę nastrojów w kraju bankierów. I na listopad przygotowują kolejne referendum: "1 do 12 - inicjatywę na rzecz sprawiedliwych płac". Oznacza to, że top menedżerowie mogliby maksymalnie osiągnąć dochód miesięczny, stanowiący dwunastokrotne przebicie najniższej płacy w swojej firmie.

Reguła 1 do 12 miałaby zostać zapisana w konstytucji. Inaczej mówiąc, nikt nie może zarabiać w roku mniej niż szef w miesiącu. Dotychczasowa relacja płac najniższych do najwyższych wynosi średnio 1 do 56. Niektóre szwajcarskie koncerny mogą wykazać się jednak średnią znacznie wyższą, np. 1 do 720, jak Novartis z Bazylei. Nie mniejsza przepaść dzieli płace w czołowym banku UBS, czekoladowej firmie Lindt czy produkującym zegarki koncernie Swatch. W Niemczech natomiast regułą jest stukrotnie wyższy od płacy minimalnej dochód członków zarządów firm, figurujących na indeksie giełdowym DAX.

Exodus gigantów?

Wg ostatnich badań sondażowych ponad połowa Szwajcarów popiera inicjatywę "1 do 12". Do jej zwolenników należy nawet jedna trzecia członków konserwatywno-liberalnej partii narodowej (SVP). Pomimo że z reguły każda ustawodawcza inicjatywa obywatelska w miarę upływu czasu traci na popularności, to wielki biznes wykazuje wiele nerwowości. Zarząd firmy Nestle już zapowiedział, że swoją siedzibę przeniesie za granicę. "Jest wiele krajów, które przyjmą nas z otwartymi rękami", oświadczył z kolei prezes firmy Glencore, handlującej surowcami, a która uchodzi za kopalnię złota dla swoich menedżerów. Sam jej prezes miałby w niej zarobić niewyobrażalny majątek 5-6 miliardów euro.

Inni zagrożeni menedżerowie odgrażają się, że jeśli inicjatywa 1 do 12 przejdzie w referendum, to spowoduje ucieczkę wielkich koncernów ze Szwajcarii, wywoła spadek dochodów państwa z podatków i uszczupli możliwości redystrybucji dochodów. Bo w kraju zostaną jedynie przeciętne firmy. Czołowe koncerny nie będą mogły sobie pozwolić na to, by zatrudniać trzeci garnitur na stanowiskach top menedżerów. W efekcie Szwajcarii, której gospodarka uchodzi za najbardziej konkurencyjną na świecie, z bezrobociem 3,1 proc., groziłaby dezindustrializacja.

Ale szwajcarska inicjatywa wykazuje już spory potencjał infekcji. Także w Niemczech debata o wysokości zarobków menedżerów rozgorzała na dobre. Oliwy do ognia dolał tam prezes koncernu VW, który zainkasował za ubiegły rok premię w wysokości 14,5 mln euro. W Brukseli komisarz Michel Barnier do końca roku ma przygotować odpowiednie rozwiązania tego problemu. Jeśli model "made in Schweiz" rozleje się na inne kraje UE - w Niemczech popiera go już 88 proc. obywateli - to Komisja Europejska i kanclerz Merkel osiągną w walce z patologią pieniądza w latach kryzysu finansowego nieoczekiwany sukces.

*Arkadiusz Stempin - historyk i politolog, prof. w WSE Kraków ks. Tischnera i na Uniwersytecie we Freiburgu (Niemcy)

DOSTĘP PREMIUM