"Jak to jest być Katalończykiem?". Cabre: "A Pan się zastanawia, jak to jest - być Polakiem?" [WYWIAD]

Jego książki przetłumaczono na kilkadziesiąt języków, a ostatnia powieść zrobiła spore zamieszanie nie tylko na polskim rynku wydawniczym. Jedni nazywają ?Wyznaję? arcydziełem, inni mówią, że to dobrze skonstruowana książka, nic ponadto. Jaume Cabre, sprawca literackiego zamieszania, przyznaje się Łukaszowi Wojtusikowi, że kiedyś chciał być skrzypkiem, lotnikiem, a nawet papieżem. Został pisarzem.
Chcesz przeczytać "Wyznaję" i "Głosy Pamano"? Sprawdź tutaj >>

Jaume Cabre to jeden z najpopularniejszych na świecie pisarzy. Właśnie w Polsce ukazała się jego ostatnia powieść "Wyznaję" - książka, która wg "El Pais" "przeżyje nas wszystkich"...

Łukasz Wojtusik: Gracias por aceptar mi invitación. / Dziękuję, że przyjął Pan zaproszenie.../

Jaume Cabre: - Bardzo Panu dziękuję.

Starałem się przywitać pana po hiszpańsku, ponieważ "Wyznaję" to polifoniczna gra językowa. Używa Pan wielu języków, nie wszystkie słowa w książce są przetłumaczone na polski...

- To przyszło samo, gdy pracowałem nad konstrukcją książki, nie planowałem tego wcześniej. W czasie pisania zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę piszę o Europie. Punktem wyjścia było konkretne miejsce w centrum Barcelony, ale naturalne pole działania postaci i akcja książki przeniosły się natychmiast na przestrzeń całej Europy. I tak, w sposób naturalny, zaczęły się pojawiać różne języki.

Główny bohater "Wyznaję", Adrian, od najmłodszych lat posługuje się wieloma językami. Żyjemy w wielkiej wieży Babel? Czy możemy rozumieć wszystko, czy są rzeczy, których rozumieć nie powinniśmy?

- Wydaje mi się, że najlepiej jednak jest starać się zrozumieć wszystko. Rzeczywistość językowa Europy przecież jest wielojęzykowa, aż do tego stopnia, że pozwolę sobie zacytować Umberto Eco, który powiedział, że językiem Europy jest przekład.

Książkę napisał w języku katalońskim, jeszcze nie tak dawno zakazanym. Kto go używał, mógł zginąć.

- Tak, historia języka katalońskiego od trzech wieków nie jest łaskawa dla posługujących się nim ludzi.. Ale kiedy zabierasz się do pisania, nie zastanawiasz się, nie wybierasz arbitralnie tego, w jakim z wielu języków Europy powstanie utwór. Możesz pisać tylko w tym, który wypływa z serca. Wyrosłem w języku katalońskim, żaden inny nie może go zastąpić jako języka literackiego. Zresztą teraz powstaje dużo dobrej literatury w języku katalońskim, naprawdę jest się z czego cieszyć.

Kataloński świat wielu Polakom kojarzy się z... FC Barceloną. Czym jest dla pana tożsamość katalońska?

- Trudne pytanie...

Mamy czas...

- W ciągu minuty się nie da. Czy pan się zastanawia nad byciem Polakiem?

Tak.

- Ja również myślę o swojej tożsamości. Bycie Katalończykiem sprawia, że jesteśmy inni, czujemy to. Nie mamy swojego państwa, lecz poza tym jednym szczegółem wszystkie pozostałe elementy tożsamości, takie jak kultura, geografia, tradycja, są takie same jak w przypadku każdej innej tożsamości.

O tożsamości Europy, moim zdaniem, jest również "Wyznaję". Zafascynował mnie język tej książki. Wyobraźnia językowa chyba rzadko idzie w parze z muzyczną - procesy w myśleniu o muzyce są podobne do tych w myśleniu o literaturze?

- Rzeczywiście można to porównać, to procesy równoległe, podobne...

Ale czas w literaturze może być spiralą - tak jest w pana książce. Może być kołem, może powracać, a w muzyce? Mamy przecież zapis linearny, początek i koniec utworu.

- To zależy, przecież w muzyce niektóre utwory nie mają końca. To różne formy artystycznego wyrazu. Ale pisarz musi mieć na uwadze elementy muzyczne jak rytm czy kadencja. I trzeba cały czas pamiętać o całości, o strukturze, podobnie jak pamięta kompozytor, który tworzy dzieło muzyczne.

O pana książce, także w Polsce, mówi się że to literacka symfonia. Do muzyki w literaturze wraca pan nie tylko w "Wyznaję", ale także choćby w powieści "Winter Journey" [niewydanej jeszcze w Polsce - przyp. aut]. Muzyka pomaga pisarzowi?

- W moim przypadku - zdecydowanie tak. Pozwala mi się odnaleźć. Chodzi o właściwą perspektywę, punkt widzenia. Są pisarze, którzy żeby się odnaleźć, muszą przeczytać choćby stronę innego pisarza. Przeczytanie jakiegoś wiersza, wysłuchanie konkretnego utworu muzycznego ułatwia wejście w literacki trans.

Przejdźmy do motywów łączących fikcję z rzeczywistością. Jedna z głównych ścieżek pana powieści oparta jest na motywie skrzypiec. Ciągle pan na nich gra?

- Nie, nie gram (uśmiech). To znaczy gram tak słabo, że lepiej powiedzieć, że w ogóle nie gram (śmiech).

Chciał pan kiedyś grać świetnie, być najlepszym? Tak jak bohater pana powieści?

- Chciałem. Chciałem być papieżem, lotnikiem, pasterzem. I kompozytorem, pianistą i skrzypkiem... w końcu zostałem pisarzem.

Boję się zapytać, kim pan nie chciał być... "Wyznaję" to powieść strukturalnie wielowątkowa, polifoniczna, rozgrywająca się na wielu planach, w wielu przestrzeniach historycznych. Jak pan to robi?

- Nie wiem. Nie ma przepisu, nie ma dobrej metody, jak pisać książkę tego rodzaju. To raczej efekt pewnej postawy.

Pana przedostatnią powieść i "Wyznaję" dzieli siedem lat... pisania?

- Tak, zajęło mi to sporo czasu. I na tym polega właśnie moja postawa jako pisarza - każdego dnia coś odkrywam, a to sprawia, że dostosowuję strukturę do tego, co się właśnie pojawiło, co właśnie napisałem. W ten sposób powstaje budynek: nie według wcześniej zaplanowanego projektu, bardziej na zasadzie koordynacji elementów, które muszą do siebie pasować.

W pana książce pojawia się problem odpowiedzialności za zło, trudności w jego odkupieniu. W jakim stopniu jesteśmy odpowiedzialni za przeszłość?

- Jesteśmy odpowiedzialni tylko za nasze czyny. Nie możemy ponosić winy za działania naszych rodziców i wydaje mi się, że to jasno wynika z historii przedstawionej w "Wyznaję". W przeciwnym razie odpowiedzialność za czyny przodków paraliżowałaby nasze działanie. Wszystkie narody miały ciemne karty w historii. Wszystkie miały imperialistyczne pokusy, epizody przemocy. Człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny i do tego musi się ograniczyć. Mamy pozornie obiektywne kary: tyle lat więzienia, taki a taki mandat, czy grzywna. To też jakaś forma odpowiedzialności. Są oczywiście jeszcze ludzie pokroju Adriana Ardevola, którzy mają wyolbrzymione poczucie odpowiedzialności. Za wszystko.

A żądza pożądania... rzeczy.

- To też bardzo ludzkie. Chcielibyśmy mieć absolutnie wszystko, co jest w naszym zasięgu. Czy to z zawiści, czy z innych powodów. Z braku samozadowolenia. Kiedy jesteśmy dziećmi i prosimy o loda, kiedy brat dostanie drugiego takiego samego, natychmiast chcielibyśmy go sobie przewłaszczyć. Mimo że już go mamy. Dorosłość polega na opanowaniu tego uczucia, trzeba je trzymać w ryzach, ograniczyć.

W "Wyznaję" nie brak też literackich nawiązań... pana główny bohater ma takie samo imię jak bohater "Doktora Faustusa" Tomasza Manna.

- Tak, to był jeden z powodów, dla których Adrian Ardevol otrzymał to imię.

U Manna Adrian Leverkühn zawiera pakt z diabłem, by napisać idealną kompozycję. Ja się trochę boję, bo w Polsce mówią, że pana książka to kompozycja idealna [uśmiech].

[śmiech]

Boję się pytać dalej..... jak powstało "Wyznaję"?

- Mamy taką umowę z diabłem: o pewnych rzeczach nie rozmawia się publicznie (śmiech). Ale jest pewna różnica między jednym i drugim Adrianem. Ardevol nie wierzy w diabła i dlatego nie mógł zawrzeć żadnej umowy. Ze mną jest podobnie.

Chcesz przeczytać "Wyznaję" i "Głosy Pamano"? Sprawdź książki >>

Religia w pana książce nie przynosi ukojenia, nie staje się antidotum na zło, o którym pan pisze.

- To jeden z problemów, z którym Adrian musi się zmierzyć, gdy zastanawia się nad źródłem zła na świecie. Dla niektórych ludzi religia może być ukojeniem. W innych przypadkach taką samą rolę odgrywa wrażliwość artystyczna, lub po prostu otwarta postawa w stosunku do innych ludzi. Adrian uważa, że religia nie może być panaceum na wszystkie nieszczęścia świata. To fałszywe. Mój bohater zadaje wiele pytań i nie znajduje odpowiedzi. Ze mną jest podobnie, zadaję pytania, by czytelnik się nad nimi zastanowił.

I gdzie on ma szukać odpowiedzi na pytania choćby o współczesną, choć starawą nieco Europę? Pisze pan o niej, przyglądając się choćby inkwizycji czy II wojnie światowej. Skala się zmieniła, nadal jednak jesteśmy areną konfliktów, również w Europie. Wciąż stawiamy pytania, ciągle nie mamy odpowiedzi?

- Ja jej nie mam. Gdy po II wojnie światowej były głosy, że Shoah już się nie powtórzy, okazało się, że to nieprawda. Wszystko wróciło: w Kambodży, na Bałkanach, w Ruandzie. I dlatego Adrian, ja chyba również, dochodzimy do wniosku, że to po prostu część ludzkiej natury. Począwszy od zwykłego, codziennego egoizmu, aż do przemocy na różnych poziomach politycznych, społecznych... Człowiek, który ma skłonności sadystyczne, może dokonać wielkiego zła, wymówkę znajdzie w polityce lub religii. I nad tym właśnie zastanawia się Adrian, ja się zastanawiam. Wielu ludzi o tym myśli, ale bardzo trudno jest znaleźć odpowiedź. Gdybyśmy ją znali, natychmiast wprowadzono by ją w życie.

Sięganie do przeszłości jest dla pana ważne?

- W takim samym stopniu jak dla każdego - trzeba wiedzieć, skąd się wywodzimy. Jako pisarz muszę się odwoływać do dokumentacji. Zwłaszcza w wielowątkowej powieści. Trzeba też uważać, by zapał dokumentalisty nie zabił pisarza, autora. Najważniejsze są postaci i ich losy.

Po naszej rozmowie wybiera się pan do szczególnego miejsca, obozu Auschwitz Birkenau. W Krakowie można spotkać ludzi, którzy oferują wycieczki do Oświęcimia, do Auschwitz. Jak mówić o miejscach pamięci, by nie przedstawiać ich jako atrakcji turystycznej?

- W żadnym razie nie jest to atrakcja. Ale też nie możemy pokryć milczeniem istnienia takich miejsc, to jednak miejsca pamięci.

Trochę się o pana martwię... niektórzy krytycy ochrzcili pana książkę arcydziełem, najważniejszą powieścią początku XXI wieku. Teraz może pan spocząć na laurach i już nic więcej nie pisać...

- Teraz zajmę się grą na skrzypcach (śmiech).

Grając na nich, będzie pan miał zajęte obie ręce, ale jako sławny pisarz może pan przecież dyktować... (uśmiech). O czym będzie kolejna książka?

- Nie wiem, jaka będzie następna powieść, to się wyjaśnia dopiero w trakcie pisania (uśmiech). Może pan nie wierzyć, ale moje pisarstwo jest bardzo intuicyjne.

Muszę do końca być z panem szczery, niektórzy krytycy w Polsce napisali też, że pana książka to wielka książka, ponieważ.... ma blisko 800 stron. Co pan na to?

- Nie jest wielka, tylko gruba (śmiech).

DOSTĘP PREMIUM