Prof. Stempin: Obama starał się udowodnić, że za wcześnie na składanie do grobu transatlantyckiego partnerstwa. A wszyscy i tak o szybie

- Zapowiadane przez amerykańską administrację przemówienie jako historyczne wydarzenie euforii nie wywołało. Bardziej niż słowa prezydenta komentuje się postawienie grubej szklanej ściany osłaniającej prezydenta i całej serii kosztownych środków służących zapewnieniu jego bezpieczeństwu w Berlinie - pisze prof. Arkadiusz Stempin.
25 godzin 40 minut trwała wizyta Baracka Obamy w Berlinie. Prezydent USA do stolicy Niemiec przybył we wtorek bezpośrednio ze szczytu G8. W towarzystwie żony i obydwu córek. Michelle Obama z nastoletnimi latoroślami zapoznawała się przy pomniku Holocaustu i murze berlińskim z historią Europy.

W skomasowanej lekcji przy 30 stopniach i prażącym słońcu amerykańskiej First Lady towarzyszył niemiecki First Gentleman, z reguły wiecznie nieobecny na dyplomatycznym parkiecie mąż kanclerz Niemiec, profesor Joachim Sauer.

W tym czasie prezydent USA starał się udowodnić, że składanie do grobu transatlantyckiego partnerstwa, ze względu na przesuniecie się osi świata w rejon Pacyfiku, jest przedwczesne. - Ani Pekin, ani Ankara, ani też Brasilia nie są najlepszymi miejscami do zawierania strategicznych sojuszy - wyjaśnia sens wizyty w Europie Charles Kupchan z prestiżowego US-Institute Council of Foreign Relations.

Nieprzypadkowo też na miejsce przesłania został wybrany Berlin. Skoro prezydent USA ożywienie gospodarcze i nowe możliwości eksportu uczynił priorytetem swojej polityki na drugą kadencję, to nie kto inny niż Angela Merkel jest pierwszym odbiorcą jego słów i najważniejszym partnerem w ambitnym przedsięwzięciu utworzenia strefy wolnego handlu między USA a UE.

Jeśli obydwie strony zdecydują się na ten krok, powstanie największa strefa gospodarcza na świcie. W USA ucichła też jakoś krytyka strategii zaciskania pasa, jaką Angela Merkel zaordynowała unijnym bankrutom z południa Europy.

Brama Brandenburska, przed którą równo przed pół wieku temu prezydent Kennedy zaprzysiągł sojusz transatlantycki na śmierć i życie słowami: "Jestem Berlińczykiem z krwi i kości". Prezydent USA solidaryzował się wtedy z tragedią miasta po przedzieleniu go murem.

I to ona wydała się prezydentowi Obamie najodpowiedniejszym tłem dla przywołania tego samego ducha współpracy, jaki łączył obydwu sojuszników w latach zimnej wojny. Tym razem w obliczu wyzwań XXI wieku: redukcji arsenałów atomowych o jedną trzecią, walki z terroryzmem, zakończeniu wojen w Iraku i Afganistanie. By swoją ofertę uczynić bardziej atrakcyjną, okrasił ją zapowiedzią większego zaangażowania USA w ochronę klimatu i zamknięcia więzienia w Guantanamo - balsam dla niemieckiej duszy.

I absolutne minimum w obliczu kontrowersji o szpiegowski program PRISM, który ściąga brwi wszystkim politykom w Europie. Angeli Merkel najbardziej.

Pierwsze reakcje na przemówienie Obamy przed Bramą Brandenburską są powściągliwe. Zapowiadane przez amerykańską administrację przemówienie jako historyczne wydarzenie euforii nie wywołało. Bardziej niż słowa prezydenta komentuje się postawienie grubej szklanej ściany osłaniającej prezydenta i całej serii kosztownych środków służących zapewnieniu jego bezpieczeństwu w Berlinie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM