Członek grupy Monty Python: Polacy wiedzą, po co jest poczucie humoru. Z czego bym się dziś śmiał? Z fundamentalizmu

- Z czego bym się dzisiaj śmiał? Z tego, z czego w "Żywocie Briana". Jest tam skecz o Narodowym Froncie Wyzwolenia Judei. Ludzie zbierają się w grupy, wzajemnie się nakręcają, kłócą się, ale potem nie za bardzo pamiętają, czym ta grupa miała się zajmować. To jest wciąż coś, czym trzeba się zajmować - fundamentalizm we wszystkich odmianach - mówi w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz Michael Palin, jeden z założycieli grupy Monty Pythona.
Agnieszka Lichnerowicz, TOK FM: Zacznijmy od dowcipu. Jaki był ostatni śmieszny dowcip, jaki pan usłyszał? Pytam, bo czasy trudne i nie ma zbyt wielu dobrych żartów.

- Mam taki, dość śmieszny. Jest o papudze, która mieszkała w burdelu. Pewnego dnia ktoś ją kupił i zabrał do domu. Papuga rozgląda się wkoło i zadowoleniem wykrzykuje: "O, jak ładnie!". Do domu wchodzi mąż z żoną, a papuga zobaczywszy ich, krzyczy: "O! Cześć Kevin!".

Zamienił pan Monty Pythona na podróżowanie. Pisze pan o dość poważnych sprawach, jednak potrafi sprawić, że są zabawne. Który kraj jest najzabawniejszy?

- Myślę, że muszę wymienić Wielką Brytanię. Aby naprawdę zrozumieć humor, musisz świetnie znać kraj, znać każdy szczegół, znać go lepiej niż ktokolwiek inny. Anglia ma te swoje różne akcenty i dialekty, choćby z Manchesteru czy Liverpoolu, i każdy opowiada żarty o sobie nawzajem. Poza tym, jest jeszcze kilka krajów, które biorą siebie dość poważnie, jak np. Francja.

Lub Polska.

- Nie jestem pewny, słyszałem parę dowcipów w Polsce. I wydaje się, że Polacy dużo się śmieją.

Naprawdę?

- Ciągle powtarzają, że nie mogą czegoś zrobić, nie dają rady, nic nie działa. Myślę, że to świetny początek dla żartów, tu właśnie humor jest potrzebny.

"Jak się masz Polaku? Właściwie niezbyt dobrze".

- To może być śmieszne! Jest świetnie, właśnie ktoś przejechał mojego psa, dach dziurawy i jest mokro, ale poza tym mam się świetnie! Myślę więc, że tak naprawdę Polacy mają niezłe poczucie humoru. I wiedzą, po co jest poczucie humoru, rozumieją to, jak można wykorzystywać humor, gdy coś idzie źle. Innym krajem, który ma niezłe poczucie humoru, są Czechy. Oni tam z jakiegoś powodu potrafią się tym bawić. Potrafią się śmiać z siebie i z historii. Nie postrzegają tego jako braku lojalności, ale uważają, że to humor czyni życie znośnym.

Polacy traktują wszystko bardzo serio: swoją historię i siebie samych. To nas bardzo odróżnia od Czechów, których filmy i literatura są jednak nad Wisłą bardzo popularne. Trochę im zazdrościmy, że oni potrafią...

- Francuzi biorą siebie bardzo serio. Myślałem, że Niemcy podobnie. Ale potem kupili Monty Pythona i bardzo lubili "Rybkę zwaną Wandą", zmieniłem więc o nich zdanie. To bardzo zabawni ludzie.

Monty Python jest też bardzo popularny w Polsce.

- Wiem, bo Polacy kojarzą mnie właśnie z Monty Pythonem. A to przecież było 40 lat temu. Polska przecież w 1961 była wciąż w Układzie Warszawskim.

Monty Python brał na cel swoich skeczów religię, media, rodzinę czy klasę średnią. Z czego dziś byście się śmiali?

- Myślę, że z tego samego, z czego śmialiśmy się w "Żywocie Briana". Jest taki skecz o Narodowym Froncie Wyzwolenia Judei. Ludzie zbierają się w grupy, wzajemnie się nakręcają, są coraz bardziej wściekli, kłócą się, ale potem nie za bardzo pamiętają, czym ta grupa miała się zajmować, a nawet co oznacza skrót w nazwie ich grupy. To jest wciąż coś, czym trzeba się zajmować. Fundamentalizm we wszystkich odmianach.

Inny dobry temat to technologie. Naszym życiem dowodzą kable, guziki, kody i hasła. To jest dosyć absurdalne. Mamy wrażenie, że ułatwiają nam życie i dają nam wielką wolność, ale w pewien sposób nas też więżą. Uważam, że powinniśmy się śmiać z Google'a i Amazona i wszystkich tych wielkich firm. One stały się wszechmocne. Kontrolują nasze życia i nie ma alternatywy. Nie da się pobrać pieniędzy z banku, jeśli nie pamiętamy hasła. To ogranicza naszą wolność bycia innym i niezręcznym. A humor jest o byciu niezręcznym, byciu innym, byciu trudnym. Jeśli wszystko stanie się takie wygładzone, to nie będzie już miejsca na humor na świecie.

A kryzys? Wściekłość na banki?

- To też może być śmieszne. Myślę, że Python mógłby się tym zająć. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest absurdalna. Przecież wszyscy ci wykształceni i wyszkoleni ekonomiści nie zauważyli, że krach się zbliża. I tu znów pojawia się technologia. Myślę, że ludzie po prostu nie pojmują tych wszystkich algorytmów, bo komputer wszystko za nas robi. A to jest już martwy świat dla komedii. Trochę o tym piszę w swojej książce "Prawda". O tym, jak korporacje rozporządzają naszym życiem.

Jeden z recenzentów porównał nawet pana książkę do "Wiernego Ogrodnika" Le Carrégo. Ale myślę, że to również opowieść o celebrytach i sławie.

- Sława to coś, z czym trudno sobie poradzić. Ona ogranicza. Oczywiście, jestem szczęściarzem, bo mogłem robić komedie, piszę książki i podróżuję. Jednak już nie mogę usiąść wieczorem z kuflem piwa w angielskim pubie i poczytać książki. Ludzie zaraz dosiadają się pogadać. Nie jestem tak wolny, jak wtedy, gdy nie byłem rozpoznawalny. Ale - patrząc na to szerzej - to prawda, że media kreują idealne postacie. Ludzi, których reszta ma naśladować, którzy dobrze wyglądają, zachowują się jak należy. Ale jednocześnie media gdzieś ten ich autorytet podcinają. Piszą, że wcale nie są tacy fajni, bo tu romans, tam wpadka.

Musimy więc uświadomić sobie, że nikt nie jest idealny i trzeba się pogodzić z niedoskonałościami. Bohater mojej książki, ekolog Hamish Melville rozumie, co to jest sława i o co w niej chodzi. Nie jest nią zainteresowany i dlatego nie czyta gazet.

To ciekawe, że wybrał pan na bohatera celebrytę walczącego o ekologiczne kwestie. Nie aktora, polityka czy nawet pisarza.

- Wybrałem ekologa, bo oni są generalnie postrzegani jako walczący po właściwej stronie. Poza wyjątkami przyczyny ich działań są całkowicie słuszne: przestańmy niszczyć lasy deszczowe, nie niszczmy świata rdzennych plemion, przestańmy niszczyć otoczenie pod dyktando bankierów. Ale ten przemysł ekologiczny jest przecież ogromny. Jak z Narodowym Frontem Wyzwolenia Judei - różne grupy ekologiczne, różni aktywiści walczą o swój udział w tej ekologicznej bitwie. Sięgają więc czasem po bardzo dwuznaczne metody i idą na dwuznaczne kompromisy. A ja w mojej książce piszę o prawdzie, o próbie znalezienia jej i poznania. Dlatego pomyślałem, że wybranie ekologa może być intrygujące. Gdybym za bohatera wybrał bankiera, to poszukiwanie prawdy byłoby zbyt proste. Przecież wszyscy znają prawdę o bankierach...

Mamy postideologiczne czasy. Dziś wszystko wydaje się względne. Łatwo się pogubić, nie ma się czego złapać.

- Ale nie sądzę, że to powinno powstrzymywać nas przed angażowaniem się i opowiadaniem po właściwej stronie. Ja tylko piszę, że powinniśmy być rozsądni i myśleć za siebie. Żyjemy 24 godziny na dobę otoczeni informacjami, powinniśmy jednak podchodzić do nich krytycznie, myśleć na własną rękę, szczególnie, że wiele jest w tym komercji i reklamy i prawda łatwo gdzieś tam ginie.

Trzeba więc poświęcić trochę czasu, żeby zrozumieć sytuację. Tu chodzi też o zrozumienie natury ludzkiej. I to też trochę mnie martwi. Te uproszczenia i kategoryzowania. Tymczasem my, ludzie, jesteśmy niezwykle skomplikowani i różni. I to jest nasz skarb, a nie zagrożenie. Monty Python też się tym interesował. Duży głos krzyczy, że wszyscy jesteśmy indywidualistami, na co tłum odpowiada: "Tak, jesteśmy!". Tylko jeden cichy głos się wyłamuje: "Ja nie". Na co wszyscy go uciszają.

W ostatnich latach zajmuje się pan podróżowaniem. Ale mam wrażenie, że trochę się pan też z tego naśmiewa. Na przykład, gdy jeden z bohaterów deklaruje w Indiach, że podczas podróży "szuka prawdziwych ludzi". Mam wrażenie, że słyszałam tę deklarację zbyt wiele razy, że ktoś "szuka prawdziwego życia i prawdziwych ludzi". Ale wszyscy w tym "poszukiwaniu" podążają tą samą trasą...

- Ta fraza "szukam PRAWDZIWYCH ludzi" rzeczywiście wydaje się takim sloganem alternatywnych podróżników. Ja nigdy go nie używam, bo to bez sensu.

No, bo kto jest PRAWDZIWYM człowiekiem?

- Melville, mój ekolog, odpowiada na to, że PRAWDZIWI ludzie nie są zawsze tacy, jakimi byś chciał, żeby byli. Chodzi mi to, że nie można podróżować komfortowo i wybierać, czego się chce nauczyć, a czego nie. Podróżowanie to często niekomfortowy proces. Można zgubić drogę, nie zna się języka. Ludzie, których spotykasz, nie są bardziej prawdziwi niż ty sam. To po prostu ludzie.

Wracając do Europy i Wielkiej Brytanii: przeprowadziło się tam wielu Polaków. I chyba stali się łatwym celem do żartów.

- Nie, nie sądzę. Rzeczywiście, kiedyś dowcipy zaczynały się: "Był sobie, Anglik, Irlandczyk i Szkot"...

U nas: "Był sobie Polak, Rusek i Niemiec".

... u nas teraz zaczynają się "Był sobie Anglik, Irlandczyk i Polak". Wydaje mi się, że Polacy, którzy przyjeżdżają do Anglii, nie ośmieszają się tak łatwo. Przyjeżdżają, żeby pracować. Jestem jednak przekonany, że jeśli spytasz Polaków, co ich śmieszy w Anglikach, to będzie ciekawsze.

Na przykład my, Polacy, lubimy chodzić na grzyby do lasu. A brytyjskie tabloidy skomentowały to informacją, że Polacy są tak biedni, że muszą chodzić do lasu...

- To jest bardzo typowe. Świeże jedzenie?! A feee... Ktoś musiał zabić świnię, żeby je mieć. Nie myślą o tym, że mięso w supermarketach też jest od świni. Nie wiemy już, skąd pochodzi jedzenie. A ta uwaga była ksenofobiczna.

Monty Python często naśmiewał się z klasy średniej. Jak bardzo brytyjskie społeczeństwo zmieniło się od tego czasu?

- Sporo. Ludzie nie czują się odpowiedzialni za otoczenie, tylko za swój sklep. A reszta? Wystarczy, że płacą podatki. Choć jeśli się uda, to starają się i tego unikać. Osłabło to poczucie wspólnoty. Szczególnie wśród ludzi biedniejszych. Kiedyś związki zawodowe miały nawet kluby, gdzie ludzie przychodzili na papierosa i piwo. Teraz jesteśmy otoczeni przez zdrowotnych świrów. Teraz widzimy, co jest dla nas lepsze, ile ma kalorii. Biegać czy chodzić? Mieć botoks czy nie? Oto jest pytanie. Stajemy się niesamowicie narcystyczni. Ja sam nie wiem, jak się w tym znaleźć. Myślę jednak, że powinniśmy pamiętać o tym, że jesteśmy częścią ludzkiej społeczności.

Społeczeństwo coś znaczy. Thatcher kiedyś powiedziała, że nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, tylko są jednostki. To nieprawda. Bardzo ważny jest też ten czysto fizyczny kontakt z ludźmi. Wirtualny świat, w którym nie widzisz ludzi, jest okropny.

Czy świat jest dziś mniej czy bardziej zabawny niż w latach 60., w czasach Monty Pythona?

- Nie wiem, jak to ocenić. Humor opiera się na tym, co idzie źle, zależy od represji, z którą musisz sobie radzić. Stara, powojenna Brytania była autorytarna: Kościół, armia, politycy, wszyscy bardzo szacowni, to była świetna podstawa dla humoru. Teraz mówimy bardziej otwarcie o różnych sprawach. A najlepsze dowcipy powstają, gdy nie można o czymś otwarcie mówić...

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM