On w Grecji harował już dwa lata, żeby przygotować grunt dla rodziny. Ona - Jane - utonęła w czasie przekraczania granicy. Niejedyna [FRAGMENT KSIĄŻKI]

?Jane, można powiedzieć, miała szczęście. Przynajmniej wiemy, jak miała na imię. Wiemy, że on w Grecji, harując, szykował grunt dla rodziny, ona z dzieciakami w Kenii. Umówili się, że najpierw dojedzie do niego sama, pójdzie do pracy, a gdy trochę zaoszczędzą, ściągną dwójkę najmłodszych?
Poniżej przedstawiamy fragment książki Dionisiosa Sturisa "Grecja. Gorzkie pomarańcze", wyd. WAB. Książka jest dostępna w Publio.pl.

Jane, można powiedzieć, miała szczęście. Przynajmniej więcej szczęścia niż cała reszta, która leży w niepodpisanych grobach na cmentarzu w Sidiro, na północnym wschodzie Grecji, niedaleko tureckiej i bułgarskiej granicy.

Wiemy, jak miała na imię, że pochodziła z Kenii, że miała czterdzieści sześć lat i trójkę dzieci - pierwsze urodziła jako szesnastolatka. Że była chrześcijanką, że miała liczne rodzeństwo i kochających rodziców. Że miała męża, który przedstawiał się jako J.K., że to do niego chciała dotrzeć - bo przecież nie widzieli się już ponad dwa lata. On w Grecji, harując, szykował grunt dla rodziny, ona z dzieciakami w Kenii. Umówili się, że najpierw dojedzie do niego sama, pójdzie do pracy, a gdy trochę zaoszczędzą, ściągną dwójkę najmłodszych.

Wiemy, że Jane znaleziono w stanie zaawansowanego rozkładu. W zimnej, brudnej i mętnej wodzie rzeki Ewros. Kilka miesięcy po tym, gdy utonęła. Ciało najwidoczniej musiało o coś zahaczyć, może o złamaną gałąź albo o resztki pontonu, może o starą, porzuconą łódkę - tyle ich tam dryfuje. W każdym razie wystawało z wody i w końcu znaleźli je przerażony rybak albo myśliwy, albo patrol straży granicznej.

Znamy nawet dokładną datę utonięcia - 20 września 2010 roku. Tego dnia Jane ostatni raz skontaktowała się z J.K. Wysłała sms, że jest po tureckiej stronie, w okolicach rzeki, i że wieczorem wsiada do dmuchanego pontonu. "Do zobaczenia"

Czy razem z nią zginęli inni ludzie? Czy była jedyną, którą porwał silny prąd? Dlaczego wpadła do wody? Może łódka zaczęła przeciekać i trzeba było wyskakiwać?

J.K. chciałby też wiedzieć, jakie były ostatnie słowa Jane.

***

Mufti regionu Ewros Mehmet Serif Damadoglou co roku jeździ do Kairu na wielką, międzynarodową konferencję islamską. Za każdym razem mówi do kamer i mikrofonów, które nadają do wszystkich muzułmańskich krajów:

- Nie przyjeżdżajcie do Grecji, bo to żaden raj. Nie znajdziecie pracy. Nic dobrego was tam nie czeka. Grecja jest mała, nie pomieści więcej imigrantów. Już na samej granicy czekają na was pułapki: rwąca, nieprzewidywalna rzeka, zimą lodowata. Możecie łatwo utonąć albo zamarznąć na śmierć. Albo wybuchnąć, gdy staniecie na minę.

Ponieważ mufti nie do końca ufa mediom, apeluje też do Boga. Że skoro już ci ludzie przyjeżdżają, skoro podejmują ryzyko, to niech tak chociaż od razu nie giną.

- Zawsze, gdy kogoś chowam, proszę Boga: niech ten będzie ostatni! Niech tak nie umierają, biedacy, bez imienia i nazwiska, bez wiedzy rodziny, na żer dla zwierząt. Dobry Boże. Już tak prosiłem ze czterysta razy.

W biurze muftiego w Didimoticho - kilka kilometrów od Orestiady - panuje nieporządek. Nie, nie bałagan. Ot, nieład i trochę kurzu. Podobnie jak w jego cmentarnych segregatorach. Niektóre kartki wypadają od razu, niektóre trzymają się na metalowych kołach jedynie na słowo honoru.

Kilkunastu najstarszych kartek - ze starych segregatorów - brakuje, więc gdyby ktoś dziś zainteresował się na przykład grobami z lat dziewięćdziesiątych, niewiele by się z tej dokumentacji dowiedział. Z drugiej strony - kogo by te groby nagle miały zacząć obchodzić? W tamtych czasach zgony na granicy zdarzały się niezwykle rzadko. Najwyżej kilka rocznie - jacyś nieuważni Kurdowie, którzy nastąpili na minę, może kilku Palestyńczyków. Kto by pamiętał?

Nowe segregatory to zupełnie inna historia. Porządniejsze i obszerniejsze. Mufti zaczął je zakładać jakieś pięć lat temu, kiedy imigranci zrezygnowali ze szlaku Izmir - greckie wyspy i odkryli rzekę Ewros. Ponad sto dziewięćdziesiąt kilometrów słabo strzeżonej granicy. Wystarczy dostać się do Stambułu i zapłacić nielegalnym przewoźnikom, którzy dowiozą nad rzekę. Później to już raczej formalność.

- Pewnie sobie myślą: rzeka to rzeka, a morze to jednak morze. Rzeką będzie łatwiej, szybciej i bezpieczniej. Gdyby tak było - wzdycha mufti - my dwaj nie rozmawialibyśmy dzisiaj.

Wszyscy kolejni "N.N." mają swoje kartki spięte metalowym spinaczem. Wśród nich zawsze jest papier ze szpitala w Aleksandropolis:

numer sprawy: 62/A/2012
data sekcji zwłok: 30.03.2012
imię i nazwisko: nieznane
płeć: mężczyzna
wiek: 20-30
przyczyna zgonu: hipotermia
data wydania zwłok: 02.05.2012

Kolejny dokument to spis rzeczy należących do osoby zmarłej. Pakuje się je do przezroczystego worka. Parę ciuchów, może Koran w wersji mini, może zdjęcie kogoś bliskiego. I tyle ma im wystarczyć na nowy początek. Oni przecież nie podróżują z walizkami na kołkach - przemytnicy, każdy to wie, to wrogowie wszelkiego bagażu. Jedna walizka więcej na łódce to jeden człowiek mniej, a każdy człowiek to pieniądze. Można mieć ewentualnie mały plecaczek - a w nim upchane na chama dwie pary majtek, zapasowe skarpetki, koszulkę na zmianę, parę dżinsów, ładowarkę do telefonu. Inne wyjście, gdyby się okazało, że plecaki zakazane - ubrać się na cebulę. Jeden sweter na drugi, bieliznę owinąć wokół głowy. Że grubo ubrani łatwiej pójdą pod wodę? Większość z nich i tak przecież nie umie pływać.

Do worka trafiają też fotografie ciała - zrobione jeszcze, zanim koroner przeprowadzi autopsję.

Bo procedura jest taka: ktoś znajduje ciało. Dzwoni na policję. Policja zawozi je do szpitala w Aleksandropolis. Sekcja zwłok, badanie DNA, odciski palców, zdjęcia. I do lodówki - w nadziei, że zjawi się jakiś krewny lub znajomy, który nazwie ciało. Czasami się zgłaszają, ale rzadko, bardzo rzadko. Chłodnie w szpitalu są tylko cztery, a zwłok ciągle przybywa - więc zdarza się, że prokurator omija nakaz trzech miesięcy przechowywania i szybciej zarządza pochowek. Wtedy przychodzi kolej na muftiego.

Worek grzebie się razem z ciałem. Pisze się na nim numer sprawy - niezmywalnym markerem, gdyby zaszła konieczność ekshumacji.

W segregatorach są też zdjęcia z imigranckiego cmentarza w Sidiro, sześćdziesiąt kilometrów od Didimoticho. Widać na nich kopce usypane ze świeżej, jasnobrunatnej ziemi. Jeden obok drugiego, trzeciego, czwartego.

- Wcześniej chowaliśmy imigrantów na naszych, muzułmańskich cmentarzach: w Adriani, w Didimoticho, w Aleksandropolis, ale ludzie bali się, że za chwilę zabraknie miejsca dla nich samych. - Mufti i lokalna rada muzułmańska postanowili więc znaleźć miejsce na nowy cmentarz. Wybrali nieuprawiany teren po dawnym lesie. Lokalne władze umywały ręce, więc cmentarz powstał bez pozwoleń. Jeszcze do niedawna był nieogrodzony i nieoznaczony. Bramę i płot zamontowano dopiero wtedy, gdy okazało się, że dzikie zwierzęta schodzą się i kopią przy grobach. Powodem mógł być też nagły najazd dziennikarzy.

- Kogo ja tu nie miałem? - mówi mufti, tasując w dłoniach dziesiątki wizytówek. - Brytyjczycy, Holendrzy, Norwegowie, Niemcy, Amerykanie. Największe telewizje i gazety. Poszła plotka i niektórzy pytali o masowe groby. Powtarzam i niech pan też to napisze, że żadnych masowych grobów nie ma i nigdy nie było. Wszystkich grzebiemy oddzielnie.

Raz przyjechała też pewna francuska europosłanka (eurovoulevtina). Oburzała się, że cmentarz taki skromny, że nie ma dobrego dojazdu, że nikt o niego nie dba, nie pilnuje, że skandal.

- Spodziewała się marmurowych nagrobków, kiedy nas ledwo stać na całun. Zresztą co byśmy mieli na tych marmurach pisać? N.N.? Nawet narodowości nie zawsze jesteśmy pewni - po kolorze skóry oceniamy: Pakistan, Afganistan, Irak, Iran, Bangladesz, Syria, Somalia, Erytrea, Algieria. Czasami nawet nie wiemy, czy byli muzułmanami. Z mężczyznami jest łatwiej, bo obrzezani, ale u kobiety nie poznasz. Raz mieliśmy jedną Kenijkę, niedawno. Utonięcie. Pochowaliśmy ją po naszemu, w Sidiro, a pół roku później zjawił się mąż. Mówił, że chrześcijanie, że chciałby przenieść żonę na inny cmentarz.

Nie, mufti nie pamięta, jak się nazywała. Jane czy nie Jane. Umarli przecież do niego nie mówią. Jeśli potrzebuję szczegółów albo informacji o żywych imigrantach, to mam rozmawiać z lokalną policją w Orestiadzie i ludźmi z Frontexu. Wszystko mi powiedzą.

- Tak, tak, dziękuję, już się z nimi umówiłem.

J.K. przez pół roku nie miał od Jane żadnych informacji. Odchodził od zmysłów i przeczuwał najgorsze. Przyjechał z Aten do Orestiady.

Poszedł na policję i opowiedział, o co chodzi. Że wtedy a wtedy, w tym mniej więcej rejonie, że Kenijka, że taka wysoka, szczupła, takie a takie włosy. Dziewięćdziesiąt procent nielegalnych imigrantów to mężczyźni, kobiet jest niewiele, więc może się uda. Szukają i znajdują. Ale dla pewności robią jeszcze badanie porównawcze DNA. Na potwierdzenie trzeba było czekać siedem miesięcy.

Jane. Jego kochana Jane, "great lady", jak o niej mówił, silna, pełna energii, odważna i pracowita.

***

- Ostatni przypadek?

Mufti zerka do segregatora.

- Marzec, koniec ostrej zimy. Młoda dziewczyna z Somalii. Zmarła z wyziębienia. Przepłynęła rzekę, ale w nocy trzymał mróz. Nie wytrzymała do rana. Ludzie znaleźli ją leżącą przy drodze.

A przed Somalijką były kości. Gdy tylko stopniał śnieg, ktoś zauważył porozrzucane obok siebie kości. Na polu minowym. Zbadali je w szpitalu i okazało się, że człowiek musiał nadepnąć na minę. Rozerwało go. Cztery lata tam leżał albo i więcej.

- Wyczyściliśmy je i pochowaliśmy.

Dopóki zwłoki znajdowano sporadycznie, mufti i okoliczni muzułmanie sami organizowali pochówki. Sami obmywali ciała, jeśli jeszcze się do tego nadawały. Sami organizowali trzyczęściowe całuny dla mężczyzn i pięcioczęściowe dla kobiet. Sami kopali groby i wzmacniali je drewnianymi belkami. Później nie dawali już rady. Szczególnie ciężko bywało zimą, bo temperatura spada wtedy do minus dwudziestu stopni. Ziemia zamarza i łopatą jej człowiek nie ruszy. Potrzeba buldożerów.

- Jednej jesieni bez przerwy padało, więc rzeka gwałtownie przybrała i była jeszcze bardziej niebezpieczna niż zwykle. Utonęła cała grupa - dwudziestu pięciu młodych Pakistańczyków. Samo wykopanie grobów zajęłoby nam dwa dni.

Z pomocą przyszło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Atenach, które zaczęło zwracać koszty pochówku. Ale ponieważ lokalni przedsiębiorcy pogrzebowi kłócili się między sobą o każdego denata, władze regionu zorganizowały przetarg na najlepszą ofertę. Musiała być atrakcyjna i zakładać między innymi przewiezienie zwłok ze szpitala, wykopanie grobu, kupno kosmetyków do obmycia ciała. Zgłosiło się dziesięć firm. Wygrał zakład, który wycenił usługę na czterysta pięćdziesiąt euro plus VAT (jedenaście procent).

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM