Błękitna Karta nie działa dobrze, ale kobiety, które uciekły od mężów-oprawców, przekonują: Warto spróbować [ICH HISTORIE]

Tymczasem NIK ma zastrzeżenia do Niebieskiej Karty, czyli dokumentu zakładanego wtedy, gdy w domu jest przemoc. Zdaniem kontrolerów Niebieska Karta nie do końca działa tak, jak powinna. Najwyższa Izba Kontroli zwróciła uwagę na to, że procedury są często zbiurokratyzowane i długo trwają. To zniechęca ofiary bicia i poniżania.


Niebieska Karta to dokument, który zakładają np. policjanci, pracownicy socjalni, pedagodzy czy lekarze całej rodzinie, w której jest problem przemocy. I, jeśli zajdzie taka potrzeba, jest ona uzupełniania. Obszerna dokumentacja Niebieskiej Karty jest niezbędna, ponieważ niejednokrotnie stanowi ona dowód w sprawie w sądzie, a mniej szczegółowe dane mogłyby nie mieć wartości dowodowej.

System nie działa dobrze

Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika jednak, że odpowiednie instytucje wciąż mają problemy ze sprawnym udzieleniem pomocy. Przewlekłe i zbiurokratyzowane procedury działają demotywująco zarówno na ofiary, jak i na tych, którzy chcą im pomóc - napisano w raporcie Izby.

Izba badała funkcjonowanie wprowadzonych ustawą z 2010 roku i rozporządzeniem z 2011 r. przepisów, które zakładają połączenie w ramach zespołów interdyscyplinarnych kompetencji wszystkich instytucji odpowiedzialnych za przeciwdziałanie przemocy w rodzinie. Instytucje te mają współpracować już od momentu policyjnej interwencji. - To rozwiązanie na razie nie sprawdza się w praktyce - ocenia NIK.

Niełatwo uciec

Osobom, które dotyka problem przemocy w rodzinie, oprócz strachu towarzyszy lęk przed tym, co się stanie, kiedy od oprawcy ucieknie. Pojawiają się pytania: co potem? z czego będę żyć? gdzie zamieszkam? co będzie, jak mąż jednak mnie znajdzie? Bo po ucieczce jest trudno, ale - jak przekonują - uciec warto.

O tym, że po ucieczce nie jest łatwo, dobrze wie pani Danuta, która była z mężem-oprawcą kilkanaście lat. Wytrzymała tak długo, ja mówi, ze względu na dzieci. Chciała, by miały za sobą najważniejsze egzaminy w życiu, takie jak choćby matura. W końcu uciekła, tylko z tym, co akurat miała pod ręką, w tym materacem, który okazał się przebity.

Przyznaje, że po ucieczce pojawiło się mnóstwo problemów. Mąż zaczął jej udowadniać, że ją znajdzie. - Miałam cięte opony w samochodzie, rysowaną karoserię, odkręcane śruby kół, mimo że zmieniałam miejsca zamieszkania - mówi nasza rozmówczyni.

Jak podkreśla, z przemocy naprawdę warto się wyrwać, choć trzeba mieć świadomość, że problemy nie skończą się z dnia na dzień. - Nie należy się łudzić, że ucieczka będzie łatwa, ale warto być zdeterminowanym. I mimo różnych załamań i wątpliwości warto dążyć do tego, by móc w końcu głębiej oddychać - mówi pani Danuta.

"Miłość z podbitym okiem"

Swoje doświadczenia opisała w pracy wysłanej na konkurs organizowany przez posłankę Elżbietę Radziszewską i prezydent Radomska, Annę Milczanowską, pod hasłem "Miłość z podbitym okiem? Listy nadziei. Twoja historia może uratować komuś życie". Opisała i ten konkurs wygrała.

Dziś pani Danuta wiele spraw już pozamykała, dostała rozwód z wyłącznej winy męża, mężczyzna ma też wyrok za znęcanie nad rodziną. - Ale w praktyce wygląda to w ten sposób, że mąż zajął cały nasz dom, nie ma szans na eksmisję, a ja już nie mam siły na podejmowanie tej sprawy - mówi. Dodaje jednak, że nie chciałaby cofnąć czasu, by było tak jak kiedyś.

Mąż policjant lubił bić po twarzy

Anna Stropa to żona policjanta. Uciekła razem z dziećmi, córką i nastoletnim synem, przed rokiem, w dniu, gdy mąż wrócił pijany i porozbijał w domu kilka szyb. - Szkło było wszędzie - mówi pani Ania. Wcześniej doświadczała przemocy fizycznej i psychicznej. - Mój mąż mnie bardzo lubił bić po twarzy, ale też w klatkę piersiową, by nie było śladów. Prześladował mnie psychicznie: że się do niczego nie nadaję, że przyszłam ze śmietnika i tam jest moje miejsce - mówi ofiara, która ma średnie wykształcenie, pracuje w urzędzie pracy.

Dla pani Anny ucieczka też nie była końcem drogi przez mękę. - Problemów jest dużo, ale nie mam wątpliwości, że było warto. Choć miałam chwile załamania, dlatego, że np. w sądach czasami próbuje nam się udowadniać, że wcale nie jesteśmy ofiarami przemocy. I miałam takie myśli, że nie dam rady - mówi. W jej przypadku siłę dały jej dzieci. - Płakały i błagały: "mamo, nie wracajmy do ojca" - dodaje.

Sąd zrobił im "prezent": wizyty taty w niedziele

Nie wrócili, ale mieli nadzieję, że problemy z ojcem się skończą. Jednak się nie skończyły, bo sąd "dał im tatę w prezencie, na niedziele". - Wizyty były na zasadzie obelg i wyzwisk - opowiada pani Ania. Mąż walczył też przed sądem o jedno z dzieci. - A gdy sąd zapytał, dlaczego tylko o jedno, to powiedział, że tak właściwie to jest mu wszystko jedno, które dziecko dostanie - słyszymy. Ostatecznie nie dostał żadnego, a dzieci nie chcą mieć z nim nic wspólnego.

"Mam wspaniałego męża. Tak mówiłam znajomym"

Ewa Stachura z Podkarpacia przyznaje, że była ślepa z miłości. - Spędziliśmy razem 22 lata, ale to było piekło. Ja udawałam, że nic się nie dzieje, ukrywałam siniaki, mówiłam wszystkim, że mam wspaniałego męża, a to była nieprawda - mówi pani Ewa. Wyrwała się z przemocy, bo znalazła ludzi, którzy jej pomogli.

Dziś ma pracę, skończyła studium, zrobiła prawo jazdy i rozstała się z mężem. Ale i u niej problemy się nie skończyły. - Zaczął mi rzucać kłody pod nogi. W pracy wmawiał ludziom, że kradnę, pomawiał mnie, co było nieprawdą. Wynajął kogoś, żeby mnie śledził. - opowiada. Przez męża straciła mieszkanie. Gdy razem z dziećmi uciekła, mąż nie płacił czynszu i doszło do eksmisji. - Paranoją jest to, że w sądzie usłyszeliśmy, że ja z dziećmi świetnie sobie radzimy i nam się nic nie należy, a mężowi przyznano mieszkanie socjalne - dodaje pani Ewa.

Ofiara przemocy poszła do policji, by pomagać innym

Katarzyna spod Krakowa to dziś świeżo upieczona policjantka, która liczy, że będzie mogła pomagać ofiarom przemocy. Dobrze zna jej smak, bo sama doświadczyła poniżania. - Ciągle słyszałam od męża, że jestem zerem, że jestem nikim, śmieciem. Uciekłam, gdy córka dorosła, to znaczy skończyła 11-12 lat, i zaczęła wychodzić z pokoju i stawać w mojej obronie. Nie mogłam pozwolić na to, by ktoś krzywdził moje dzieci - mówi dziś pani Kasia.

Przyznaje, że po ucieczce jest ciężko, ale przynajmniej spokojnie. - Nie wyprostowałam jeszcze wszystkich spraw. Mam sprawę w sądzie rodzinnym, toczy się też sprawa o eksmisję czy przeciwko mężowi o znęcanie nad nami. Dużo jeszcze przede mną, ale teraz mam siłę do walki - mówi nam pani Katarzyna.

Specjaliści przyznają: ucieczka nie jest łatwa, ale warto się zwrócić o pomoc

- Z całą pewnością taka ucieczka to decyzja trudna. Kobieta wychodzi ze środowiska sobie znanego, a czeka ją nieznane. Ale to nie znaczy, że to "nieznane" jest nie do przejścia. Tylko trzeba dać sobie pomóc - mówi Agnieszka Zielińska z Centrum Interwencji Kryzysowej w Lublinie. Jak podkreśla, jest wiele instytucji, które chcą i mogą pomóc. Warto przy tym skorzystać z pomocy terapeutycznej, by znaleźć w sobie argumenty do pokonywania problemów.

DOSTĘP PREMIUM