Narodowcy nie chcą policji na Marszu Niepodległości. "Wybielanie przemocy, ideologiczna praca"

- Jeśli policjanci tego dnia muszą pracować w Warszawie, to niech trzymają się na pewien dystans - powiedział Krzysztof Bosak, organizator Marszu Niepodległości. Funkcjonariuszy ma zastąpić sformowana przez narodowców straż. - Bosak wykonuje ideologiczną, PR-ową pracę, tłumacząc: "My nie jesteśmy agresywni". Próbuje wybielić część przemocową Ruchu Narodowego - tłumaczy w rozmowie z Tokfm.pl socjolog, dr Łukasz Jurczyszyn.
Krzysztof Bosak, jeden z organizatorów tegorocznego Marszu Niepodległości zaapelował, by odbył się on bez udziału policji. Ma ją zastąpić sformowana przez narodowców straż.

- Straż będzie wykonywać polecenia przewodniczącego zgromadzenia w ramach ustawy. Co do policji, to tam, gdzie jej nie było w zeszłym roku, to było spokojnie. Stąd nasz apel, aby na samym marszu się nie pojawiała. Jeśli policjanci tego dnia muszą pracować w Warszawie, to niech trzymają się na pewien dystans - mówił Bosak.

Co chcą osiągnąć organizatorzy Marszu Niepodległości? Pytamy o to dr. Łukasza Jurczyszyna, socjologa zajmującego się konfliktami i ruchami społecznymi.

Krzysztof Lepczyński: Dlaczego Krzysztof Bosak chce, aby policja podczas Marszu Niepodległości trzymała się "na dystans"?

Dr Łukasz Jurczyszyn: - To kolejny etap wzmożonej mobilizacji szeroko rozumianego ruchu narodowego i podkreślanie obywatelskiej strony tego ruchu. Bosak chce powiedzieć: "Nie jesteśmy niebezpieczni, nie jesteśmy prowodyrami wszystkich zajść, to druga strona jest elementem destabilizującym". Bosak chce pokazać, że po stronie narodowców są nie tylko neonaziści i kibole, ale też przychylni im młodzi ludzie dbający o pokój, pracujący z młodzieżą.

Jak to się ma do kontrowersyjnych działań narodowców, choćby przerywania wykładów?

- To jego strategia. A fakty są takie, że radykalna część tego środowiska, w tym część środowiska kibicowskiego, jest prowodyrem aktów przemocy chociażby w ramach tego marszu. Widzimy, jak część kibiców piłki nożnej jest jawnie infiltrowana przez ideologię narodową i ultranacjonalistyczną. Faktom nie można zaprzeczyć, dlatego Bosak wykonuje ideologiczną, PR-ową pracę tłumacząc: "My nie jesteśmy agresywni". Próbuje wybielić część przemocową, nieciekawą dla ogółu społeczeństwa. To jest bardzo trudne, bo nie da się zapanować nad tak heterogenicznym środowiskiem. Nie da się wymazać wszystkich antysemickich i rasistowskich haseł, w pełni ich kontrolować.

Ten zabieg wizerunkowy ma szanse powodzenia?

- Trzeba obserwować dynamikę tej inicjatywy. Pamiętajmy, że to niesłychanie różnorodne środowisko. Są napięcia między liderami różnych struktur, między wszechpolakami, NOP-em, ONR. Nie sądzę, by Bosak mógł przeforsować jedną opcję - to nie będzie łatwe.

Mówił pan o kolejnym etapie mobilizacji. Dziś policja ma trzymać dystans od narodowców, jutro oni będą dystansować się od państwa? Stworzą własne państwo w państwie?

- Nie szedłbym tak daleko. Jeżeli oni chcą kreować wizerunek bardziej odpowiedzialnej siły politycznej, nie mogą stanąć totalnie w opozycji do instytucji państwowych. To by ich skazało na izolację. Dobrym przykładem jest ONR w Brzegu, który stał się zwykłym stowarzyszeniem. Choć niósł ze sobą hasła antyeuropejskie, jednocześnie starał się o granty unijne, żeby mieć pieniądze na działalność. Liderzy rosnącego w siłę ruchu narodowego zdają sobie z tego sprawę. Oni będą musieli grać na dwa ognie. Z jednej strony chcą być antysystemowi, z drugiej - chcą być widziani jako realna siła polityczna, z którą władza musi się liczyć i pertraktować.

Z policją nie pertraktują.

- Policja to szczególna instytucja. Jako instytucja siłowa, pierwszego kontaktu, budzi szczególny sprzeciw. Dwa lata temu, kiedy w Warszawie były duże zamieszki, na miejscu działali policjanci z Biura Operacji Antyterrorystycznych. To potęgowało spiralę napięć. Zauważono, że młodzi ludzie negatywnie reagowali na obecność policjantów w kominiarkach. Nie chcąc prowokować młodzieży, rok temu nie użyto jej już w dużej skali.

Czyli jest coś w tym, o czym mówi Bosak. Ale czy nie przesadza z tym dystansem?

- Ten dystans nie powinien być tak duży, na pewno. Koniec końców jeśli na ulicy znajdzie się antyfaszysta brutalnie bity przez ultranacjonalistę lub odwrotnie, na pewno rozglądają się za policją, która jest w stanie im pomóc.

Straż narodowców przyrównywana już była do paramilitarnych bojówek. Jest się czego bać?

- Widziałem coś podobnego w północnej Rosji. Tam organizatorzy pogromów etnicznych zorganizowali straż. Rosyjski przykład pokazał chwiejność tej struktury, która nie ma trwałej kontynuacji. Ona nie funkcjonuje na co dzień. Nie wiem, jak będzie w tym przypadku, bo ten pomysł staje się stałym elementem promowanym przez narodowców. Wczorajsze słowa to dowód, że próbuje się zbudować trwałą formację.

Która przyciągnie młodych?

- Obserwując dezorientację młodych ludzi, brak kręgosłupa moralnego, takie oddolne, silnie zideologizowane formy organizacyjne są typowym przykładem wspólnoty, która daje pomysł na znalezienie sensu w życiu czy zorganizowanie czasu. W Rosji na początku przemian ustrojowych też wszyscy myśleli, że ruch nacjonalistyczny to kontrolowalny, odgórny epizod. A widzimy powtarzające się zamieszki rasistowskie również w Moskwie. Centrum Levady podaje, że 56 proc. Rosjan popiera hasło "Rosja dla Rosjan". To się utrzymuje od kilku lat. A nasz ruch narodowy też ma momentami takie propozycje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM