Orbitowski: My, "szpetni trzydziestoparoletni", to dziwne pokolenie, ani mężczyźni, ani dzieci. Nie bawimy się jak kiedyś [WYWIAD]

- Postawiłem krzesło na stole, na krześle otwartego na tekście laptopa i puściłem na full jakiś bardzo hałaśliwy metal. Zbudowałem ścianę dźwięku, żeby się odgrodzić od świata (żeby się "wyciszyć"). Robiłem dziwne rzeczy i raz na jakiś czas podchodziłem do komputera, żeby zapisać jedno zdanie. I tak powstała cała "Szczęśliwa ziemia" - mówi pisarz Łukasz Orbitowski w wywiadzie dla TOK FM.
Książka w wersji elektronicznej dostępna w promocji TUTAJ>>

Łukasz Wojtusik: Recenzenci chwalą "Szczęśliwą ziemię", twoją ostatnią powieść. A dla ciebie, z tego co wiem, napisanie tej książki było męką, którą porównywałeś z porodem.

Łukasz Orbitowski: Zorientowałem się, że czasy, kiedy człowiek po prostu siadał, pisał i spod paluszków wyciekały mu kolejne powieści, odeszły już dawno w niepamięć. Chyba nie ma nic nudniejszego jak opowieść o tym, jak powstaje książka.

Niektórzy pisarze mówią, że sobie "pyknęli" książkę, że wena przyszła nagle i napisali. A ty się zmagasz...

- To trudny proces. Biorę się za tematy, których nie potrafię podjąć, i piszę książki, których nie potrafię napisać. Zawsze używam metafory z trójboju siłowego, a konkretnie z wyciskania na ławce prostej: powiedzmy, że do tej pory wyciskałeś 115 kg, a teraz chcesz podnieść 120 kg. Sam nie jesteś w stanie, prosisz kolegę, by za tobą stanął i uniósł ci te kilka kilo. I tak podnosisz raz za razem, przez parę tygodni i nagle się orientujesz, że możesz już samemu podnieść 120 kg. Co wtedy powinieneś zrobić? Oczywiście dołożyć pięć kilo i znów poprosić kolegę o pomoc. Tak samo jest z literaturą. Podejmuję się tematów i szukam formy, która w momencie rozpoczynania pracy nad książką jest zwyczajnie za trudna. Uczę się, jak to zrobić, w procesie prób i błędów.

"Szczęśliwą ziemię" przepisywałem cztery razy: najpierw nie zgadzał się język, a jak go wymyśliłem i to przepisałem, okazało się, że historia jest do niczego. Zacząłem sobie to wszystko układać od nowa, ale doszedłem do wniosku, że brakuje temu tak zwanej iskry bożej, więc jeszcze musiałem ją z siebie wykrzesać, co, jak na osobę niewierzącą, jest dość trudnym zadaniem (śmiech). Potem zrobiłem z siebie idiotę, bo w którymś momencie nie byłem w stanie usiąść przy klawiaturze i klepać tej książeczki. Postawiłem krzesło na stole, na krześle otwartego na tekście laptopa i puściłem na full jakiś bardzo hałaśliwy metal. Zbudowałem ścianę dźwięku, żeby się odgrodzić od świata (żeby się "wyciszyć"). Chodziłem wokół stołu, machałem głową, rękami, robiłem dziwne rzeczy i raz na czas podchodziłem do komputera, żeby zapisać jedno zdanie. I tak powstała cała "Szczęśliwa ziemia". Nie mam firanek, mieszkam w centrum miasta, ciekawe, co pomyśleli o mnie sąsiedzi (śmiech).

Pytanie, co na to wydawca. Miałeś moment, kiedy pomyślałeś sobie: "nie, nie, ja zwracam zaliczkę, nie chcę mieć z literaturą nic wspólnego"?

- To wyznanie poczyniłem wydawcy po fakcie (śmiech). Miałem taki moment, że usiadłem w domu i pomyślałem: "o Boże, nie dałem rady! Pani w sklepie nie sprzeda mi teraz jedzenia, dziewczyna mnie rzuci, przyjaciele się odwrócą, więc lepiej będzie oddać wydawcy te pieniądze, przeprosić i pojechać do Nigerii, pomagać ludziom, żyć w buszu". Ale potem zaczęły się pojawiać entuzjastyczne recenzje i tak jak cierpienie było ogromne, tak teraz pieszczota jest ekstatyczna.

Lubisz być głaskany i gilgotany przez krytyków?

- Nie tylko przez krytyków. Ja jestem w ogóle bezbronny wobec pieszczot (śmiech).

Bezbronne są także postacie w twojej książce. Na początku opowieść o dojrzewaniu, potem o jego konsekwencjach. Próby ucieczki z małego miasteczka. Dlaczego zdecydowałeś się spojrzeć na Rykusmyku, małą mieścinę nie wiadomo gdzie?

- Dwa mocne zdarzenia zogniskowały moją śmieszną książeczkę. Pierwsze jest oczywiście związane z kumpelstwem. Piętnaście lat temu prowadziłem coś w rodzaju domu otwartego: mieszkałem blisko Rynku, cały czas przychodzili do mnie ludzie. Drzwi się nie zamykały, ciągle ktoś przychodził, oczywiście z flaszeczką, dużo dymu było, bójki, ludziom na głowie pękały butelki od jabcoka... Było naprawdę ostro. I tak przez kilka lat. Stąd wyłoniła się grupa ludzi, z którą przyjaźnimy się do dziś.

Bawiliśmy się pysznie, opowiadaliśmy sobie o swoich marzeniach, mieliśmy poczucie, że świat nie stawia oporu. A potem każdy odpłynął ku swojemu życiu. Ja założyłem rodzinę, ta rodzina mi się rozpadła, więc wynająłem mieszkanie w Krakowie i po dziesięciu latach znów zacząłem mieszkać sam. I tak przyjaciele wrócili nagle do mojej zaczarowanej chaty. Potem zaczęli mnie odwiedzać w Warszawie, teraz przyjeżdżają nawet do Kopenhagi. Spotykamy się znowu po latach, ci sami, ale nie ci sami, podobni, niepodobni, w sytuacji, która jest identyczna, a jednak zupełnie inna. To był pierwszy impuls do napisania tej książki.

A co do Rykusmyku, sprawa jest bardzo prosta: z takiego Rykusmyku pochodzi moja była żona, tam teraz mieszka mój synek i ja tam jeździłem, jako młody zakochany, jako mąż. Potem, już po rozstaniu, zacząłem odwiedzać mojego dzieciaczka, wynajmowałem sobie pokój w hoteliku, na tydzień, na pięć dni, i spędzałem całe dnie z dzieckiem. Ale przychodził wieczór...

I zaczęły budzić się demony...

- Tak! Po diabła siedzieć w hotelowym pokoiku?! Zacząłem się włóczyć. Poszedłem na spacer nad rzekę, wpadłem do knajpy porozmawiać z ludźmi. Patrzyłem, jak żyją, przyglądałem się miasteczku.

Mieszkańcy Rykusmyku chcą się stamtąd wyrwać, tak jak bohaterowie twojej książki?

- Kto tylko mógł, to stamtąd umknął. Mieszkańcy Rykusmyku pracują poza nim: wyjeżdżają do Legnicy, Wrocławia, Wałbrzycha. Teraz sytuacja się trochę zmieniła, ale gdy przyjechałem tam jakieś cztery lata temu, to była tam głównie taka trójpolówka: lombard-spożywczy-ciucholand, lombard-spożywczy-ciucholand - i tak przez całe miasteczko. Teraz za pieniądze z Unii Rykusmyku odpicowali, ale bieda została. Pisząc "Szczęśliwą ziemię" najbardziej obawiałem się tego, że książka może zostać odebrana jako paszkwil. Bo my, tak zwani inteligenci, lubimy sobie szydzić z prostaczków. A ja jestem człowiekiem, który szydzi z inteligentów, a dla prostaczków ma szacunek (śmiech).

"Szczęśliwa ziemia" jest o dojrzewaniu, szwendaniu się, piciu i pewnej tajemnicy, której nie możemy zdradzić, bo to ona zaważy na dalszych losach bohaterów...

- Tę książkę jest w ogóle trudno streścić... Jeśli książkę da się streścić, znaczy, że jest słaba. Jeśli powieść Grahama Mastertona mogę streścić w ciągu pięć minut, w sposób kompetentny, nieujmujący treści, to po co Masterton ją w ogóle napisał? Książka jest po to, żeby ją czytać.

A w "Szczęśliwej ziemi" czytamy o dolnośląskich bohaterach, którzy szukają szczęścia, ziemi szczęśliwej. Ona niestety nie dla wszystkich jest ziemią obiecaną, nie dla wszystkich szczęśliwą.

- Tytuł książki miał być inny - oryginalny brzmiał "Krótkie życia kpiarzy i szyderców".

Dobre...

- Ale doszedłem do wniosku, że życia moich bohaterów, owszem, są krótkie, ale to ani kpiarze, ani szydercy, więc trzeba było zmienić. W tekście zobaczyłem zbitkę "szczęśliwa ziemia". Wszyscy dążymy do szczęścia, ale mało kto wie, jak to zrobić. Doskonale wiemy, czego chcemy, ale nie wiemy, czego potrzebujemy. Mam taką metaforę żeglarską: każdy chce płynąć ku ziemi szczęśliwej, i wsiada na łódkę, ale zapomina o jedzeniu, o kompasie, o zabraniu na pokład kogoś jeszcze do pomocy w wędrówce - po prostu płyniemy sobie do tej ziemi szczęśliwej, a tak naprawdę donikąd.

Dokąd zmierza Orbitowski pisarz? Nie jesteś wystylizowany, a teraz trzeba wyglądać! Trzeba "zapomnieć ludzi, a bywać u osób, krawat mieć ślicznie zapięty..."!

- Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałem, że bycie Orbitowskim, czyli tym rubasznym, sprośnym, trochę źle mówiącym, wielkim chłopem, to jest jedyne, co potrafię dobrze robić. Kiedyś próbowałem nosić marynarki, ale wszyscy mnie prosili, żebym je zdjął i wrócił do T-shirtów.

Byłem kiedyś na kolacji branżowej, wśród bardzo ważnych osób, które chciały mi dać dużo pieniędzy za jakiś projekt. Mój przyjaciel, Szczepan Twardoch, który wcześniej odbył podobną rozmowę, powiedział mi jedno: "Orbitowski, ubierz się dobrze, bądź bardzo miły i mów dużo komplementów". Więc byłem miły i mówiłem dużo komplementów, i nagle dyrektor pewnej instytucji, człowiek naprawdę bardzo poważny, powiedział: "Panie Łukaszu, niech pan już przestanie być miły". Przestałem. Wieczór potoczył się bardzo przyjemnie. Jeśli więc chcesz mi powiedzieć, że się nie wpisuję w standardy bycia pisarzem, czy też nie jestem marzeniem dziewczyn z działu promocji wydawnictwa - to tak, masz rację.

Ale z drugiej strony pisanie to twój chleb, musisz konfrontować się z rzeczywistością, choćby przez internet.

- To jest takie biczowanie się kawałkiem atłasu...

W jednym z internetowych wpisów podsumowujesz: "najgorsza jest gigantyczna fura żalu i frustracji wylewająca się za każdym razem, gdy odpalam kompa". Jednocześnie właśnie w internecie promujesz swoją książkę, piszesz bloga...

- Zakładając go, nie wiedziałem co robię (śmiech) - gdybym teraz mógł nie mieć bloga, to bym go nie miał. Blog jest jak zdrada - raz zdradzisz żonę i już do końca życia jesteś niewiernym mężem. Raz założysz bloga - jesteś blogerem. Poprzedni wydawca mnie nakłonił do tego, żebym miał profil na Facebooku. I teraz oczywiście, jak idiota, wchodzę ciągle i sprawdzam lajki. Wydaje mi się, że każdy twórca ma mocno wryty w siebie wątek narcystyczny. Trochę się prężymy przed lustrem, napinamy, jak goście na siłowni po treningu, a potem przychodzi myśl: "rany boskie, stoję sobie w samych majtkach i patrzę na swoje mięśnie". Jestem trochę skonfundowany. Nawet tym, że siedzimy, rozmawiamy i że mnie słuchasz. Jestem skonfundowany tym, że mam bloga i ktoś do mnie pisze, i tak dalej, i tak dalej.

Czyli jesteś taką tragiczną postacią...

- Tak. Jestem potwornie tragiczną postacią, szlajam się po świecie, zarabiam dużo pieniędzy, mam czytelników i ludzie mnie uwielbiają. Wydaje mi się, że każdy człowiek z gułagu jest, w porównaniu ze mną, szczęśliwy (śmiech).

Tymczasem jeden z twoich głównych bohaterów mówi: "Niedługo umrę, taka jest prawda, rozsmaruję na ścianie adios amigo". To młody człowiek.

- Czy jest poważniejszy temat od śmierci? Skończyłem niedawno trzydzieści sześć lat, wszedłem do internetu, sprawdziłem średnią życia w Polsce - siedemdziesiąt dwa lata - jestem dokładnie w połowie!

A "Szczęśliwa ziemia" to powieść dla tych, którzy są dokładnie w połowie: dobrze pamiętają lata osiemdziesiąte, grali w Quake'a, szwendali się po sadach, zamkach i knajpach. Są po trzydziestce i włączyło im się myślenie - "hej, to jest ten czas, teraz się ustatkujemy, wskoczymy w garnitur, przywileje, pieniądze...".

- Ludziom się wydaje, że jeśli założą na siebie garnitur zadań, jakoś się obudują, to groza życia zostanie okiełznana. Nie zostanie, nic tego nie okiełzna. Będzie tylko gorzej. Gdy dopadnie nas czterdziestka, pomyślimy: "dobra, mam jeszcze drugie tyle". Potem przyjdzie pięćdziesiątka - "OK, to może jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat i do widzenia". A w wieku pięćdziesięciu trzech położy cię zawał serca. "Szczęśliwa ziemia" to książka o tym, że z jednej strony fajnie jest być pełnym pasji, młodym wewnętrznie człowiekiem, a z drugiej dobrze jest być odpowiedzialnym i podejmować wyzwania, jakie niesie życie. Ale jak pogodzić te rzeczywistości? My, tak zwani "szpetni trzydziestoparoletni", jesteśmy dziwnym pokoleniem, zawieszonym między dojrzałością a chłopięcością: ani z nas mężczyźni, ani dzieci, ani nie potrafimy się już tak bawić, jak się bawiliśmy, ani nie jesteśmy władni dźwignąć tych zadań, które w naszym wieku dźwigali nasi ojcowie czy dziadkowie. Jesteśmy tacy jak w mojej książce.

I nie wiemy, kiedy to się wszystko skończy, na tym polega zabawa. A gdyby Orbitowski przestał pisać, to co?

- Jeśli będę na tyle mądry i zdrowie mi dopisze, to zajmę się czymś innym. Lubię pracę fizyczną. Doskonale bym się odnalazł, pracując na budowie (już kiedyś tak robiłem). Mógłbym stać na bramce w jakimś klubie. Nie miałbym raczej problemów z rezygnacją z życia, które teraz wiodę. Oczywiście w sytuacji, w której nie umiałbym już pisać. Bo sytuację, w której mógłbym pisać tylko do szuflady, odebrałbym w kategoriach nieszczęścia.

Współpraca: Kamila Kosmalska

Łukasz Orbitowski (ur. 1977) - autor niezliczonej liczby opowiadań i dwunastu książek, w tym między innymi Święty Wrocław (Srebrne Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, nominacja do Nagrody im. Janusza A. Zajdla) i Widma (Złote Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego). Orbitowski jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Młoda Polska" 2012. Jego ostatnia książka "Szczęśliwa ziemia" ukazała się jesienią 2013 roku nakładem wydawnictwa SQN. Łukasz Orbitowski pisze felietony dla "Gazety Wyborczej" i "Nowej Fantastyki". Mieszka w Kopenhadze.



DOSTĘP PREMIUM