Sobolewski: Nie mam żalu, ale krytyczny stosunek do niektórych. Budzanowski nigdy nie powinien być ministrem [WYWIAD]

Nie mam żalu. Raczej do niektórych ludzi mam stosunek bardzo krytyczny. Mikołaj Budzanowski nigdy nie powinien być funkcjonariuszem publicznym, nawet na pięć minut - ocenił w rozmowie z TOK FM b. szef GPW Ludwik Sobolewski niemal rok po swoim odejściu. Komentował też zmiany w OFE: - Tu nie chodziło o finanse publiczne, tylko o wulgarny brak pieniędzy teraz.
Sobolewski był prezesem warszawskiej GPW w latach 2006-2013. W styczniu tego roku walne zgromadzenie Giełdy odwołało go po publikacji "Pulsu Biznesu" o tym, jak on i jego bliski współpracownik Emil Stępień mieli namawiać (korzystając z firmowych adresów e-mailowych) spółki giełdowe do wsparcia filmu Patryka Vegi. Zagrała w nim partnerka Sobolewskiego Anna Szarek. Prezes GPW przyznał się do przyjaźni z Vegą, ale zaprzeczał zarzutom. Minister skarbu Mikołaj Budzanowski był jednak nieugięty: najpierw zawieszenie w pełnieniu obowiązków, potem odwołanie. Minister zgłosił też sprawę do CBA. Oficjalnie Sobolewski został odwołany za nieetyczne zachowanie.

Latem bieżącego roku Sobolewski został prezesem giełdy w Bukareszcie.

Niemal rok po tych wydarzeniach Maciej Głogowski rozmawia z byłym prezesem GPW.

Maciej Głogowski: Bardzo trudno pana spotkać w Warszawie?

Ludwik Sobolewski: - Bywam dość często w weekendy.

Podobno w Bukareszcie też trudno pana spotkać.

- Bez przesady. Ale rzeczywiście, dużo jeżdżę po świecie, bo sytuacja wymaga tego, by być dobrym ambasadorem Rumunii i w jakiejś mierze tez regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a zwłaszcza Polski. Niestety, w ostatnim czasie ci ambasadorowie Polski muszą się też z paru rzeczy tłumaczyć, bo niestety to, co się działo wokół OFE w ostatnich tygodniach i miesiącach, zrobiło nam bardzo złą opinię w świecie.

Zaraz do tego wrócimy. Ale jak to jest być prezesem GPW w Bukareszcie, będąc wcześniej prezesem GPW w Warszawie?

- Zostałem prezesem giełdy w Bukareszcie ze względu na opinię o mojej działalności i - cytuję - osiągnięciach w Warszawie. Świat rynku kapitałowego ceni nie tylko wiedzę teoretyczną, a po prostu doświadczenie, to, co się zrobiło i w czym się uczestniczyło. Te nawiązania do pewnego dorobku nie tylko mojego, ale całej klasy profesjonalnej, która w Polsce działała przez ostatnie lata, są częste. Z tym związane są też nadzieje środowisk finansowych w Rumunii: że tam nastąpi podobna ewolucja czy nawet rewolucja jak w Polsce. Bo to, co stało się w ostatnich latach z giełdą warszawską, jest postrzegane na świecie jako bardzo pozytywna rewolucja.

Czy pan tę giełdę w Bukareszcie traktuje jako przypadek, wypadek...? Zesłanie czy wyzwanie?

- Rok temu nie przyszłoby mi do głowy, że po roku mogę być prezesem Giełdy w innym kraju i że będę się mierzył z takimi wyzwaniami, z jakich większością już poradziłem sobie w przeszłości, ale i z wieloma nowymi. Mój osobisty los przekonuje mnie o prawdziwości tych wszystkich śmiesznych porzekadeł o tym, jak i kogo możemy rozśmieszyć, planując sobie przyszłość. W tym sensie jest to jakiś wypadek czy przypadek. Ale na pewno nie zesłanie. To wielkie wyzwanie i wielka przygoda.

A lubi pan przygody?

- Oczywiście. Chcę też nadać wiarygodność temu, co mówię od kilku miesięcy, że - choć wcześniej chciałem, by w naszym regionie GPW w Warszawie panowała niepodzielnie - dziś chcę, by region ten był nieco bardziej różnorodny, by inwestorzy i wielcy tego świata widzieli coś więcej niż Warszawę. Ale nie żyję jedynie przyszłością, często wracam myślami do tego, co wydarzyło się rok temu. Moja ocena tamtych wydarzeń nie uległa jakiejś radykalnej przebudowie.

Ale też pewnie nikt tego od pana nie wymagał.

- Kiedy niemal rok temu mówiłem bardzo krytycznie o zachowaniach ówczesnego ministra skarbu...

...Mikołaju Budzanowskim...

- osobie, która nigdy nie powinna zostać funkcjonariuszem publicznym, nawet na pięć minut, i gdy mówiłem bardzo krytycznie o reakcji na ówczesne wydarzenia rady GPW oraz gdy mówiłem bardzo krytycznie nt. sprzężenia między głosem pewnego medium i tą akcją, która była prowadzona na bazie pewnych urazów personalnych, to w tej całej krytyce się nie zmieniłem.

Bardzo niejasne.

- Ona miała charakter spokojny, ale wszystkie jej punkty pozostają bez zmian.

Ma pan z jednej strony wielką satysfakcję z tego, że jest jedynym facetem w Europie, który pokierował drugim parkietem. To się raczej nie zdarza na naszym kontynencie i w ogóle takich przypadków na świecie jest bardzo niewiele. Nie wiem, czy to drugi czy trzeci. Z drugiej strony ma pan jakiś żal do ludzi, którzy tu zostali: Zobaczcie, nie chcieliście mnie, a ktoś mnie chciał.

- Nie, nie mam żalu. Raczej do niektórych ludzi mam stosunek bardzo krytyczny. Mam żal innego rodzaju: że pewnych ludzi tu zostawiłem - tych, którzy tworzyli ze mną doskonały zespół. Mam poczucie straty czegoś, co było dla mnie ważne i - może to pewne zarozumialstwo - myślę, że dla nich też było ważne. I w życiu zawodowym, i osobistym. Natomiast jeśli chodzi o poziom mojego zadowolenia z tego, co dzieje się w moim życiu, będę tego bardziej pewny w przyszłym roku. Gdy okaże się, czy udało się wytworzyć nową jakość tam, gdzie pracuję i w pewnym sensie teraz żyję.

Umówmy się za rok na kontynuację tego wątku. A muszę jeszcze zapytać, sam pan dotknął tematu: zmiany w OFE bardzo nam zaszkodziły na świecie?

- Obawiam się, że mówiąc o tym, popadam już w jakiś banał. Ale wszyscy o tym mówią. Już się na ten temat wypowiedziałem: nie uważam, by było to coś drastycznie negatywnego dla rynku finansowego, jeżeli chodzi o merytorykę tych zmian, choć nie uważam, że są one dobre. Ale nie podpisuję się pod stwierdzeniami, że to demontaż, upadek, rozbiórka itd.

Ale...

- ...zdecydowanie potępiam uzasadnienie tych zmian i retorykę, która towarzyszyła ich wprowadzaniu. To było po prostu okropne. To plus pewne merytoryczne rozwiązania, które przyjęto, zrobiły nam bardzo złą reputację w świecie. Podróżując i spotykając się z inwestorami w październiku, byłem o to notorycznie pytany.

I co pan odpowiadał?

- Starałem się tłumaczyć, że to nie jest wariant węgierski, to nie jest nacjonalizacja, to nie jest wywłaszczenie. Oczywiście. Ale chodzi właśnie o komunikację ze światem kapitału, który nas ocenia i na nas patrzy. A dorobiliśmy się tego - przecież chcieliśmy, żeby świat nas zauważył.

Czy w biznesie jest miejsce na to, by - będąc przekonanym, że coś takiego zrobić trzeba, bo system psuje finanse publiczne - sądzić, że warto przeprowadzić taką zmianę?

- Nie wiem, czy pan wyraża swój pogląd czy relacjonuje kogoś, ale jeśli chodzi o finanse publiczne, to należało i należy zrobić wiele innych rzeczy, a dopiero na samym końcu ewentualnie zająć się OFE. Tu nie chodziło o finanse publiczne, tylko o wulgarny brak pieniędzy teraz. A nie o żadne zmiany systemowe. Ludzie, którzy są daleko od Polski, ale blisko jej spraw, doskonale to odczytują. Zrobiliśmy wodę z mózgu paru liderom opinii, ale ludzie patrzący na nasze sprawy demaskują prawdziwy sens tej zmiany.

Na przykład?

- Jestem w pewnym momencie w drodze na konferencję w taksówce z jednym z prezesów giełd na Bliskim Wschodzie i słyszę od niego: "To, co zrobiliście w Polsce z OFE, to jakieś barbarzyństwo". Mówię mu: "Nie, to żadne barbarzyństwo. Ale skąd ty o tym wiesz?" On na to, że czytał w "Forbesie". Pytam, w jakiej edycji. On mówi, że w "Middle East".

(śmiech)

- Kiedy Orban zrobił coś takiego, nikt na to specjalnie nie zwrócił uwagi. Bo to Orban. Ale Polska była tym dobrym modelem.

Chciałbym, by ci wszyscy ludzie, którzy tak mówią, przyjechali tu i zobaczyli, jak wyglądał ten model: zadłużania, przekazywania pieniędzy do ZUS-u, kupowania tych obligacji, tych prowizji od tego...

- Ale rozumne społeczeństwo i rozumni politycy reformują, a nie - pozwalają pewnym problemom rozkwitać, a następnie przeprowadzają jakieś drastyczne posunięcia.

DOSTĘP PREMIUM