"Przecież robię, co mogę..." - rozmawiamy z doręczycielem InPost

Pan Jacek był listonoszem Poczty Polskiej, dziś jest pracownikiem InPostu. Jak mówi, pracuje tu od kilku lat. A to, co dzieje się dzisiaj, przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Nie wyklucza, że po prostu odejdzie. Nie chce podać, z jakiej jest miejscowości (spore miasto), by nikt go nie namierzył.
Mój rozmówca zna różne krytyczne uwagi dotyczące dostarczania przesyłek z sądów i prokuratur po 1 stycznia. Czyli od czasu, gdy umowę na to ma już nie Poczta Polska, ale Polska Grupa Pocztowa, we współpracy z InPostem i RUCH-em. Z częścią uwag się zgadza, ale z częścią nie.

Najpierw do adwokatów, potem do zwykłych obywateli

Pan Jacek podkreśla, że "wytyczne" kierowników są takie, by w pierwszej kolejności dostarczać przesyłki do kancelarii prawnych, a dopiero w drugiej do zwykłych obywateli. Potwierdza jednocześnie, że rzeczywiście listy czy paczki do prawników są przynoszone raz na kilka dni, bo inaczej się nie da. - Jeśli ja mam pod sobą trzy rejony doręczeń, to w każdym z nich jestem raz na trzy dni - wyjaśnia. Przesyłek jest bardzo dużo, a pan Jacek już teraz pracuje po kilkanaście godzin.

Dla doręczyciela liczy się czas. - Dlatego, jak muszę np. w kancelarii u któregoś z adwokatów wyjaśniać, dlaczego mnie wczoraj nie było, czy kiedy będę, to ten czas tracę - mówi.

Doręczenia po godzinie 20? "Możliwe, by nie dostać kary"

Od stycznia drastycznie wzrosła liczba przesyłek poleconych, które musi realizować prywatny dostawca. Wcześniej, jak wynika z relacji mojego rozmówcy, miesięcznie dostarczał takich listów poleconych około 500-600. W tej chwili dziennie dostaje ich około 150, a był dzień, gdy miał ich do rozniesienia 280. - To są ogromne ilości. Dlatego wcale się nie dziwię, że może być tak, że niektórzy doręczyciele pojawiają się w porze późnowieczornej - mówi pan Jacek.

A ważne, by doręczyć w terminie, by nie dostać kary. Jak pisaliśmy, sądy mają pierwsze sygnały, że przesyłki docierają do adresatów np. po godzinie 20.00. - Doręczycielowi zależy, bo dostarczyć pismo osobiście, bo dostaje za to większe pieniądze niż za zostawienie awiza. A wieczorem łatwiej kogoś zastać - tłumaczy pan Jacek. W jego przypadku dostarczenie przesyłki sądowej ze "zwrotką" to zarobek 70 groszy, a pozostawienie awiza - tylko 20 groszy.

Pan Jacek podkreśla, że wszystko tak naprawdę zależy od ludzi. Jeśli doręczyciel jest nowy (a w tej chwili jest takich wielu), nie zna tematu, nie rozumie powagi sytuacji, to mogą zdarzać się "wpadki". Od Was, czytelników wiemy, że znajdujecie np. awizo rzucone na chodnik. Pan Jacek przyznaje, że awizo może być zostawione poza skrzynką - ale musi to być widoczne dla odbiorcy miejsce.

Na wielu "zwrotkach" (czyli potwierdzeniach odbioru), jak wynika z informacji z sądów, są też błędy: brak podpisu, brak daty, brak informacji o tym, kto odebrał. - Osoba, która doręcza, jest często nowa, ma mało czasu, zapomina. Ale potem każda zwrotka jest przecież jeszcze sprawdzana, pewne rzeczy można uzupełnić, więc nie powinno się zdarzać, aby do sądu trafiały pisma z błędami - mówi pan Jacek.

"Każdy z nas ma GPS, jesteśmy sprawdzani"

Pan Jacek nie zgadza się z zarzutami, że pisma nie są doręczane, chociaż ktoś jest w domu - że "listonosz" w tej sytuacji zostawia awizo, nawet nie pukając do drzwi. - Każdy z nas ma GPS, nasi przełożeni doskonale wiedzą, gdzie byliśmy, a gdzie nie. GPS jest bardzo dokładny, do 3 metrów, więc to naprawdę łatwo sprawdzić w systemie, jak doręczyciel wywiązuje się ze swoich obowiązków - mówi.

Zdarza się, że odbiorcy mają pretensje, że korespondencja jest noszona w starych, brudnych reklamówkach. Mieliśmy takie sygnały od Państwa. Potwierdza to nasz rozmówca: doręczyciele nie mają - tak jak listonosze Poczty Polskiej - firmowych toreb. Każdy nosi w tym, co ma. Pan Jacek ma swoją torbę, ale u innych bywa różnie.

Nasz rozmówca przyznaje, że część osób, do których trafia, jest agresywna, bywa, że wulgarna, nie kryją emocji, które wyładowują na doręczycielu. - A ja przecież robię, co mogę - mówi. I dodaje, że jego zdaniem, doręczycieli powinno być o połowę więcej. Wtedy nie byłoby zastrzeżeń.

Porównywanie tego, co w Polsce z tym, co w Anglii? "Nietrafione"

Kilka tygodni temu Polska Grupa Pocztowa, odpowiadając na nasze pytania, napisała m.in., że taki system - system odbioru przesyłek w punktach komercyjnych (sklep, kiosk, punkt ksero) - sprawdza się w Wielkiej Brytanii. Prezes PGP dowodził, że w Niemczech, Szwecji, Holandii czy Wielkiej Brytanii odbiór korespondencji w punktach usługowych jest rzeczą normalną.

- Punkty te nie dość, że są znacznie dłużej czynne, to są zlokalizowane po drodze, zaś ich powszechna dostępność jest bardzo wygodna dla klientów. Wkrótce także i w Polsce wiele osób na pewno doceni bliskość i wygodę odbioru korespondencji w przysłowiowym "kiosku" - informował kilka tygodni temu prezes PGP Leszek Żebrowski.

Praktyka, jak na razie, pokazuje coś zupełnie innego: piszecie Państwo o nielicujących z korespondencją z sądu punktach jej odbioru (lombard, stoisko monopolowe, sklep z "gumowymi penisami i plastikowymi biustami"); piszecie o sklepach, które są czynne tylko do godz. 17 (gdy Państwo jesteście w pracy); o tym, że listy leżą na "wierzchu" między gazetami i krzyżówkami; o tym, że macie awizo, jedziecie pod wskazany adres, a tam nikt nic o tym nie wie i żadnej korespondencji tam nie ma.

Czy rzeczywiście to, co jest w Anglii, można porównać do tego, co mamy u nas? Dostałam w tej sprawie maila od pana Andrzeja. "Placówki te rzeczywiście w większości wypadków znajdują się w sklepach typu off-licence (od nazwy sprzedawanych tam farmaceutyków dostępnych bez recepty) i będących odpowiednikiem polskich sklepów osiedlowych. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że placówki te zajmują miejsce całkowicie oddzielone od powierzchni handlowej i dysponują infrastrukturą właściwą dla placówki pocztowej, w szczególności okienkami pocztowymi, wrzutniami etc." - pisze w mailu pan Andrzej. Jak podkreśla, nie ma sytuacji, żeby listy były wydawane na przemian z codziennymi zakupami czy prasą. "Właściwie jedyną rzeczą łączącą te dwie działalności jest wspólny lokal. I trudno naprawdę porównywać to do kiosku Ruchu" - pisze internauta.

*Imię doręczyciela zostało zmienione. Wysłaliśmy do InPost pytanie dotyczące zamieszania z przesyłkami - jak tylko dostaniemy odpowiedź, od razu ją opublikujemy

Nowy blog - Anna Gmiterek-Zabłocka zajmie się Twoją sprawą! >>
Kliknij, by przeczytać artykuł

DOSTĘP PREMIUM