Dr Kubicki: Czy podwyżki zasiłków dla opiekunów niepełnosprawnych NAPRAWDĘ rozwiążą ich problemy? [OPINIA]

Jak pomagać niepełnosprawnym? Nie mówmy, ile rząd może wydać. Rozmawiajmy, co chcemy osiągnąć. Nie dajmy się też przekonać, że rząd wydający dwa razy więcej pieniędzy stara się dwa razy bardziej. Wprawdzie to, ile wydajemy na niepełnosprawność, jest ważne, ale nie jest informacją pierwszoplanową. Kluczowa jest odpowiedź na pytanie, co przez to chcemy osiągnąć - pisze dr Paweł Kubicki, socjolog.
Podwyższenie świadczeń pielęgnacyjnych powinno pomóc w zmniejszeniu liczby gospodarstw domowych z dzieckiem z niepełnosprawnością posiadających dochód poniżej minimum egzystencji. Jednak dla części osób poprawa sytuacji materialnej będzie iluzoryczna, bo stracą uprawnienia do wsparcia z pomocy społecznej, przekraczając kryterium dochodowe. Wiele rodzin nie wyjdzie też z ubóstwa liczonego nie poziomem dochodów, a poziomem zaspokojenia potrzeb materialnych. Dlatego że wysokość świadczenia nie uwzględnia realnie ponoszonych kosztów opieki oraz zróżnicowanych potrzeb opiekuńczych poszczególnych rodzin.

1. Podwyżki to pułapka dla opiekunów

Jeśli celem zwiększenia wydatków na świadczenia pielęgnacyjne miało być zwiększenie aktywności zawodowej czy ułatwienie godzenia ról rodzinnych i zawodowych, to świadczenie pielęgnacyjne nic tutaj nie zmieni. Wręcz przeciwnie, może pogorszyć wskaźniki aktywności zawodowej opiekunów, wytwarzając klasyczną pułapkę świadczeniową. Trudno będzie bowiem oprzeć się pokusie, by przynajmniej w pierwszym okresie po diagnozie dziecka, na etapie organizacji wsparcia, nie przejść na świadczenie. Jeszcze trudniej będzie na rynek pracy wrócić.

Państwo może się rozleniwić

Podwyżka nie wpływa też w żaden sposób na poziom dostępu do rehabilitacji zdrowotnej ani do edukacji. W tej ostatniej może wręcz zaszkodzić, jeśli szkoły uznają, że stała obecność rodzica pozwala na skierowanie dziecka na nauczanie indywidualne w domu. Trudno też jednoznacznie określić, czy samo zwiększone świadczenie wpłynie na to, że dziecko z niepełnosprawnością będzie miało większą szansę uzyskać fachowe wsparcie. Możemy mieć bowiem do czynienia z efektem wypychania, gdzie sama obecność rodzica - głównie matki - zwalnia państwo z budowania systemu dziennych placówek, jak i oferowania terapii, a zawodowych rehabilitantów i terapeutów zastępuje "uzawodowiona" matka.

Pieniądze są, tylko na co się je wydaje?

Przykładem tego, że pieniądze nie muszą przekładać się na poziom i jakość wsparcia, jest subwencja oświatowa. Na ucznia niepełnosprawnego kwota subwencji jest uzupełniona o dodatkową kwotę wynikającą z rodzaju niepełnosprawności: stanowi ona od 1,4- do 9,5-krotności stawki bazowej (w 2014 r. 5 242 zł rocznie) na ucznia. Owa kwota uzupełniająca zwana wagą przeliczeniową naliczana jest dla samorządu na podstawie orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Samorząd zgodnie z zasadami wydatkowania subwencji ma pełną dowolność w sposobie jej podziału. Poza przypadkami, kiedy uczeń trafi do placówki niepublicznej, kiedy to subwencja zamienia się w dotację. Tym samym przykładowy uczeń z autyzmem (waga 9,5), który trafił do pierwszej klasy publicznej ogólnodostępnej szkoły rejonowej we wrześniu 2013 r. i został zgłoszony do systemu informacji oświatowej, to dodatkowe 49 798 zł dla gminy.

Rodzice narzekają

Jednocześnie całkowicie zgodnie z obowiązującym prawem uczeń ten może mieć tylko dwie godziny zajęć rewalidacyjno-wychowawczych w tygodniu i nic więcej. Może też mieć, przy staraniach rodziny i dobrej woli samorządu, indywidualnego nauczyciela wspomagającego. Niezależnie od tego, jakiego wsparcia potrzebuje, jak i - co ważniejsze - jakie wsparcie otrzyma w rzeczywistości, gmina otrzyma taką samą kwotę. Mimo takich środków na subwencje rodzice dzieci z autyzmem masowo narzekają na poziom i zakres oferowanego im w placówkach publicznych wsparcia, a samorządy zasłaniają się brakiem pieniędzy na oświatę. Łączne wydatki na dodatkowe wagi przeliczeniowe dla wszystkich uczniów orzeczeniowych z różnymi niepełnosprawnościami to około 4 mld złotych rocznie.

Co chcemy zyskać? Podyskutujmy. To ważne

Dlatego nie dyskutujmy tylko, czy wydamy 1, 2 czy 5 miliardów złotych. Kluczem jest pytanie, po co mamy je wydać? Co jest naszym celem? Czy zwiększenie kwot pozwoli go zrealizować? W jaki sposób rozliczymy wykonawców? Niestety, nigdzie w debacie publicznej nie słyszałem odpowiedzi, a przykład subwencji pokazuje, że nawet duża skala wydatków może się mieć nijak do zapewnienia odpowiedniego wsparcia. Nie mówiąc już o realizacji jakichkolwiek celów.

DOSTĘP PREMIUM