Brudziński zarzuca fałszerstwo wyborcze. "Krzyżyk na kciuku? Litości!"

Poseł PiS Joachim Brudziński sugeruje, że wyniki eurowyborów zostały sfałszowane. Doprecyzował, że krzyżyki na palcach pomogły Platformie wygrać. - Sam wielokrotnie pracowałem w komisjach przy okazji wyborów parlamentarnych, prezydenckich i samorządowych. Wypowiedzi polityka wywołują we mnie uśmiech politowania - pisze Marcin Derlukiewicz, dziennikarz portalu Gazeta.pl. - Pan poseł nie wie chyba, jak wygląda praca w komisji wyborczej.
PiS przegrało kolejne wybory i najwyraźniej nie potrafi się z tym pogodzić. Nie po raz pierwszy tuż po ogłoszeniu wyników próbuje, tym razem głosem posła Joachima Brudzińskiego, sugerować, że doszło do oszustwa wyborczego.



Nie chcę wchodzić tutaj w dywagacje na temat tego, czy jakakolwiek władza w III RP mogłaby się posunąć do takich zachowań, choć zakładam, że jednak nie i że PiS również żadnych oszustw nie próbował, gdy miał ku temu okazję. Problem z wypowiedzią posła Brudzińskiego jest inny.

Krzyżyk na kciuku? Litości!

Jak wszystkie teorie spiskowe także ta żeruje na niedoinformowaniu społeczeństwa - w tym wypadku na tym, że większość obywateli prawdopodobnie nie wie, jak dokładnie wygląda procedura liczenia głosów na poziomie obwodowej komisji wyborczej. Sam wielokrotnie pracowałem w komisjach przy okazji wyborów parlamentarnych, prezydenckich i samorządowych, więc wypowiedzi polityka wywołują we mnie uśmiech politowania.

"Aresztowane" długopisy, ołówki w ruch

Krzyżyk na kciuku? Litości. Na początek, tuż po zakończeniu głosowania, następuje "aresztowanie" wszystkich znajdujących się na sali długopisów. Całe liczenie, notowanie, spisywanie liczb odbywa się tylko i wyłącznie za pomocą ołówków. I samo to mogłoby w zasadzie wystarczyć, żeby niedawną konferencję PiS wyśmiać. Ale to zbyt ważna sprawa, żeby nie pójść dalej.

Głosowanie się kończy, drzwi do sali komisji zamykane są na klucz. Nikt nie może tu wyjść ani wejść, a więc i niczego wnieść lub wynieść, aż do sporządzenia ostatecznego protokołu. Później następuje zapieczętowanie urny z głosami. W drugiej kolejności liczy się głosujących na podstawie rejestru, w którym każdy podpisuje się przed otrzymaniem karty. W tym samym czasie liczy się też karty niewykorzystane i sprawdza, czy różnica się zgadza, by wykluczyć na przykład możliwość kradzieży.

Po wykonaniu tych czynności niewykorzystane karty pieczętuje się, aby nikt nie mógł ich ukradkiem dorzucić po otwarciu urny. Gdy wiadomo dokładnie, ile kart wydano, otwiera się urnę i przystępuje do właściwego liczenia najpierw samych tylko kart. Dopiero gdy zostanie ustalone, czy w urnie nie ma nadmiarowych głosów, przystępuje się do liczenia głosów oddawanych na poszczególnych kandydatów.

Bardzo ważne jest w tym wszystkim to, że wszyscy członkowie komisji pracują na widoku, patrzą sobie na ręce, każda grupa kart jest sprawdzana przez różnych członków komisji, tak by wykluczyć możliwość, że ktoś się "przypadkiem" pomylił przy liczeniu głosów oddanych na nielubianego kandydata.

Głosy, które uznawane są z nieważne, trafiają na osobny stos, który jest sprawdzany wspólnie, przypadki niejednoznaczne są dyskutowane. Przy okazji głosów nieważnych - pamiętacie jeszcze krzyżyk na palcu posła Brudzińskiego? Nawet jeśli zrobiłby go sobie tuż przed odebraniem długopisu, to zanim dostałby jakąkolwiek kartę do ręki, ów krzyżyk dawno by mu już wysechł lub się rozmazał. Ten sposób naprawdę działa tylko na konferencji prasowej, panie pośle.

Komisja patrzy sobie na ręce

Na każdym kroku pracy komisji mamy dbałość o szczegół i wzajemną kontrolę. Dlaczego trzeba to wiedzieć? Wszystko skonstruowane jest tak, żeby wykluczyć możliwość dokonania oszustwa przez jedną osobę. Jeśli tylko przestrzegane są podstawowe procedury, do popełnienia przestępstwa potrzebna zmowa całej komisji. Trudno podejrzewać, że w sytuacji, w której część jej członków jest rekomendowana przez komitety wyborcze, a na sali często jest jeszcze obserwator (najczęściej z ramienia partii posła Brudzińskiego), by do czegoś takiego mogło dojść. Każdemu, kto choć raz pracował w komisji, trudno by było wyobrazić sobie pojedynczy przypadek, a co dopiero zaawansowany, zakrojony na szeroką skalę proces, który mógłby istotnie wpłynąć na przebieg wyborów!

Tak. Możemy krytykować tempo liczenia głosów

Jeśli zaś chodzi o nieufność do Państwowej Komisji Wyborczej. Tak, tempo prac centrali może rodzić krytykę, ale nie podejrzenia. Dlaczego? Po policzeniu głosów oddanych na poszczególnych kandydatów komisja obwodowa sporządza protokół, a karty z głosami pieczętuje. Protokół w wersji elektronicznej wysyłany jest do komisji okręgowych, w wersji pisemnej wywieszany do wglądu na drzwiach budynku komisji obwodowej. Każdy może przyjść i sprawdzić go już wieczorem w dniu wyborczym. Każdy wreszcie może porównać te dane z danymi udostępnionymi później na stronie PKW!

Jeśli ktoś naprawdę boi się oszustw, może wysłać swoich przedstawicieli pod drzwi każdej z ponad 27 tys. komisji i wszystko sobie spisać i później zsumować. Tak, to jest bardzo pracochłonne, ale my, obywatele, mamy możliwość weryfikacji wyników podanych przez PKW. Dobrze zorganizowana partia spokojnie sobie z tym zadaniem poradzi w kilka dni. I szczerze mówiąc, lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby poseł Brudziński oszczędził nam występów przed kamerami, tylko ruszył w teren sprawdzać te protokoły.

DOSTĘP PREMIUM