''Fotoradary działają. W ciągu dwóch lat liczba zdjęć, które za wykroczenia robiliśmy kierowcom, spadła nawet trzykrotnie''

Najczęściej fotoradary łapią tych, którzy przekraczają dozwoloną prędkość od 11 do 30 km na godzinę. Ale są i tacy, którzy jadą czterokrotnie szybciej, niż powinni. Przed nami wakacje. O fotoradarach rozmawiamy z Łukaszem Majchrzakiem z Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym - to część Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego.
Anna Gmiterek-Zabłocka: Jak dużo zdjęć zrobiły fotoradary Inspekcji Transportu Drogowego w ciągu pięciu miesięcy tego roku?

Łukasz Majchrzak, Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym: Do właścicieli pojazdów wysłaliśmy około pół miliona wezwań informujących o tym, że zostało popełnione wykroczenie, z prośbą o wskazanie, kto prowadził pojazd w tym momencie. Bo to osoba, która kierowała, może zostać ukarana mandatem za przekroczenie prędkości. A nie zawsze jest to właściciel pojazdu.

W ciągu pięciu miesięcy wystawiliśmy ponad 170 tys. mandatów. Skala jest dość duża, ale ona odzwierciedla skalę problemu, jakim jest przekraczanie prędkości w Polsce.

Jak to jest z tą liczbą zdjęć robionych przez fotoradary? Ta liczba rośnie, spada?

- Można powiedzieć o pewnej prawidłowości. W połowie 2012 roku, gdy rozpoczynaliśmy instalację 300 nowych urządzeń zakupionych z unijnego projektu, jeden fotoradar wykonywał w ciągu doby średnio około 60 zdjęć. Dziś są to mniej więcej 22-23 zdjęcia dziennie na jedno urządzenie. To oznacza, że udało się przekonać ponad połowę kierowców do tego, żeby w tych miejscach, gdzie te urządzenia są zamontowane, zdejmowali nogę z gazu. A taka postawa musi się przełożyć na poprawę bezpieczeństwa na drogach.

Ponad 170 tysięcy mandatów to ogromna liczba. Przed nami wakacje. W których miejscach w Polsce fotoradary robią najwięcej zdjęć?

- Są trzy takie miejsca, gdzie naruszeń jest najwięcej. To jest miejscowość Miodne, Stara Dąbia i miejscowość Rudzienko. To tacy w pewnym sensie niechlubni rekordziści.

Niechlubni rekordziści to także kierowcy. Co jakiś czas słyszymy, że ktoś jechał dwa czy trzy razy szybciej, niż powinien. Co wynika z waszych zdjęć? Jakie są te prędkości?

- W ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku najwyższe przekroczenie prędkości, jakie zarejestrowaliśmy, popełniła osoba, która jechała motocyklem. W miejscu, gdzie dopuszczalna prędkość to 50 km na godzinę, jechała 214 km/h. W takiej sytuacji nikt nie ma szans na to, by wyjść cało z ewentualnego wypadku. Przewrócenie się motocykla oznacza wyłącznie śmierć. Nie ma możliwości oszukania praw fizyki. To widać na podstawie symulacji wypadków drogowych, ile względnie waży ludzkie ciało w trakcie wypadku.

Również jeśli chodzi o samochody osobowe, możemy mówić o prędkościach około 200 km na godzinę. I to nie jest jeden przypadek, tylko jest to "x" przypadków, nie są to sytuacje odosobnione. Na szczęście, w ogólnej liczbie zdjęć, które mamy, te, gdzie przekroczenia prędkości wynoszą ponad 50 km na godzinę, stanowią niewielki odsetek.

Jakich przekroczeń jest najwięcej? Co mówią statystyki?

- Najwięcej jest przekroczeń prędkości w przedziale od 11 do 30 km na godzinę - 50,6 procent; dalej między 31 a 40 km na godzinę - i to jest 34,3 procent. W dalszej kolejności pomiędzy 41 a 50 km/godz. - 9,6 procent. I na ostatnim miejscu są przekroczenia powyżej 50 km na godzinę - 5,5 procent.

Jeśli teraz, w wakacje, przekroczymy prędkość i fotoradar nas przyłapie, czego możemy się spodziewać?

- Wezwania z Inspekcji Transportu Drogowego, które zostaje wysłane do właściciela pojazdu. W takim wezwaniu prosimy o wskazanie, kto nim kierował. I tu możliwości są dwie: właściciel może przyznać, że to on siedział za kierownicą, i to jest jedna pula spraw. Drugą część stanowią sprawy, gdzie właściciel wskazuje innego kierującego pojazdem. I wtedy do takiej osoby, wskazanej przez właściciela, wysyłamy pismo z informacją o tym, że zostało popełnione wykroczenie. I czekamy na odpowiedź: na zgodę na przyjęcie mandatu bądź na odmowę. Jeśli taka osoba odmówi przyjęcia mandatu, sprawa trafia do sądu.

Na forach internetowych czy w portalach społecznościowych jest wiele wpisów o tym, że niektórzy płacą za to, by swój mandat - wezwanie z inspekcji - "odsprzedać". Na przykład zawodowi kierowcy, dla których punkty karne, przekroczenie ich limitu może oznaczać koniec pracy na jakiś czas. Czyli Kowalski dostaje zawiadomienie, że dopuścił się wykroczenia, i szuka osoby, która powiedziałaby w inspekcji "tak, to ja kierowałem tego dnia". Weryfikacja jest możliwa?

- My w naszych postępowaniach opieramy się na informacjach przekazanych nam przez właściciela czy kierującego pojazdem. To jest oświadczenie woli, które niesie za sobą skutki prawne. Jeśli mamy sytuację, że właściciel - mężczyzna mówi "tak, to ja kierowałem" albo wskazuje kolegę, a okazuje się, że na zdjęciu jest kobieta, to wzywamy taką osobę do siebie i wyjaśniamy. Każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie.

Może być też tak, że mężczyzna kierował i mężczyzna się zgłasza, tyle że to dwie różne osoby.

- Bazujemy na informacji, którą dostajemy od właściciela. W sytuacji, gdy na zdjęciu jest mężczyzna w średnim wieku i taki sam mężczyzna wypełnia oświadczenie dla nas, to my nie mamy możliwości porównania tego zdjęcia z hipotetyczną bazą zdjęć 20 milionów kierowców, by stwierdzić, czy na pewno ten Jan Kowalski, który przyznał, że to on prowadził, jest tym samym Janek Kowalskim, który rzeczywiści siedział za kierownicą. Byłoby to z praktycznego punktu widzenia niemożliwe.

Czy zdarza wam się wyłapać próby oszukania Inspekcji Transportu Drogowego i czy kierujecie takie sprawy do sądu, by to sąd ostatecznie rozstrzygnął, kto jest na zdjęciu?

- Zdarzały się takie przypadki, choć nie są one częste. Ale rzeczywiście były sytuacje, gdy musieliśmy podjąć odpowiednie kroki, mające na celu ustalenie, kto rzeczywiście pojazd prowadził. Bo, jak wspomniałem, mandat za przekroczenie prędkości może być nałożony wyłącznie na osobę, która kierowała, a nie na właściciela pojazdu.

DOSTĘP PREMIUM