"Kiedy górnicy podpisywali porozumienia sierpniowe, byli bohaterami. Gdy dziś palą opony, są najgorszymi mendami"

Co wspólnego ma górnik protestujący pod Sejmem z kasjerką w hipermarkecie i wykładowcą akademickim? Co jest "największą organizacją pracodawców" w Polsce? Rozmawiamy o tym z Jarosławem Urbańskim, socjologiem, działaczem związkowym, autorem książki "Prekariat i nowa walka klas".
Trzy lata temu Guy Standing, brytyjski ekonomista z London University, opublikował głośną książkę "Prekariat. Nowa, niebezpieczna klasa". Opisywał w niej zróżnicowaną grupę ludzi, których łączy doświadczenie niepewnej, pozbawionej podstawowych zabezpieczeń pracy. Chodziło mu m.in. o pracujących tymczasowo, zatrudnionych w niepełnym wymiarze pracy, samozatrudnionych, pracowników call center czy stażystów. Samo słowo "prekariat" to połączenie terminu "proletariat" z angielskim "precarious", co oznacza "niebezpieczny", jak i "niepewny".

Jarosław Urbański, socjolog, aktywista związany z ruchem anarchistycznym i działacz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego "Inicjatywa Pracownicza", wydał właśnie "Prekariat i nową walkę klas". Jak sam zapewnia, to pierwsza polska książka poświęcona temu zagadnieniu.

Krzysztof Lepczyński: Chyba coś przesypiamy, skoro książki o prekariacie piszą u nas związkowcy, a nie akademicy.

Jarosław Urbański: Świat akademicki na pewno dużo przesypia. U młodych naukowców nie znajdziemy dziś odpowiedzi na ważne pytania nie tylko o prekariat, ale w ogóle na temat pracy. Po 1989 r. praca przestała być w centrum zainteresowań nauk społecznych.

Stwierdzono, że po transformacji jest pozamiatane?

- Niektórzy socjologowie w zasadzie stwierdzili wtedy, że teraz to wszyscy awansują materialnie i staną się klasą średnią. A dziś się okazuje, że to był awans na kredyt. Teraz zaczynamy go spłacać i pojawiają się odruchy niezadowolenia, które mogą przybrać formę strajków pracowniczych albo manifestacji, jak te z 11 listopada. Bo to dwie strony tego samego medalu.

Ludziom łatwiej się dyskutuje o polityce niż o pracy. Mówiąc brutalnie: łatwiej rozmawia im się o tym, kto kogo ma złapać za ryj. A jak ma wyglądać podział dochodu narodowego? Czy umiemy na ten temat dyskutować? O tym rozmawiać już nie potrafimy.

Po co dyskutować o prekariacie?

- Wprowadzając do dyskusji ten temat, zaczynamy w ogóle dyskutować na temat problemu ustroju pracy: jak to ma funkcjonować? To nigdy nie zostało sprecyzowane. Kiedy dokonywano pewnych form instytucjonalnego uelastycznienia rynku pracy, nigdy nie pytano, do jakiej granicy to ma dojść. Bo naiwnie się zakłada, że istnieją ekonomiczne mechanizmy regulujące tę kwestię. Pomijane są mechanizmy społeczne, które mogą się przejawiać na przykład w powrocie do koncepcji bardziej autorytarnych albo przeciwnie - bardziej egalitarnych i szanujących swobody.

Elastyczność to podstawa współczesnego kapitalizmu. Mało tego, wciąż słychać głosy, że musi być jeszcze bardziej elastycznie.

- Pytanie, na ile ta elastyczność, "utowarowienie pracy", nie zagrozi samym podstawom tego systemu. Rządy i wysocy urzędnicy unijni już się zorientowali, że nadmiar elastycznych form zatrudnienia prowadzi do totalnej atomizacji, zupełnego braku lojalności nie tylko pracownika wobec pracodawcy, ale też obywatela wobec państwa. Bo nie ma żadnego spoiwa.

Twierdzi pan, że państwo jest opiekuńcze, ale w stosunku do biznesu. Że przygotowuje infrastrukturę przedsiębiorcom, a pracownicy są pozostawieni sami sobie.

- Największą organizacją pracodawców w Polsce jest samo państwo. Jednak klasa polityczna zaczyna już patrzeć trochę innym okiem na związki zawodowe. Bo okazuje się, że mimo utyskiwania związki zawodowe, przynajmniej w Polsce, są jednym z trwałych elementów organizacji społecznej. Tylko one grupują jeszcze tak dużo osób, partie polityczne nie są organizacjami masowymi. Przy tym rozchwianiu systemu okazuje się, że przydaje się jakieś spoiwo społeczne.

Związki zawodowe przeżywają kryzys i same są sobie winne. Ale są tymi miejscami, gdzie kumuluje się kapitał społeczny. Gdzie indziej go nie widać.

"Kapitał społeczny"? Autobusy podchmielonych panów jeżdżą pod Sejm, żeby palić opony. Do tego angażują się w dziwne polityczne projekty, trwoniąc resztki zaufania, a media epatują doniesieniami o wypłatach związkowych notabli. Czy związki nie są już spalone?

- Pali je właśnie to, że pan tak mówi. To kolejna sucha gałązka do ognia trawiącego związki.

Mówię o tym, jaki jest dziś wizerunek związków. Nie mówimy o idei, ale o tym, do czego zostały sprowadzone.

- To wynik wojny dyskursywnej.

Którą pracownicy przegrali.

- David Ost w "Klęsce Solidarności" cytuje Lecha Wałęsę. Powiedział mniej więcej tak: nie zbudujemy gospodarki i wolnej Polski, jeśli będziemy mieli silne związki zawodowe.

Dyskurs osłabiania związków, które nie mogą być za silne, zbyt roszczeniowe, jest obecny u zarania tego systemu. I ta sytuacja się nie zmieniła, wciąż się wyciąga narrację, że związki szkodzą.

Najbardziej negatywnymi skojarzeniami obarczone jest górnictwo. Mówi się, że manifestanci są podchmieleni, ale nie mówi się, że na początku lat 90. było 400 tys. górników, teraz jest 100 tys., czyli 75 proc. z nich straciło pracę. Ich branża się rozpada, pojawia się pytanie o przyszłość.

Ale nie pyta się już o przyszłość wielu pracowników różnych innych zakładów, które upadły wcześniej. Może trzeba wyjść szerzej, nie ograniczać się do górników?

- Kiedy górnicy i stoczniowcy podpisywali porozumienia sierpniowe w 1980 r., byli bohaterami. Teraz, jak palą opony, są najgorszymi mendami. A chyba to są ci sami ludzie. Bo nie sądzę, by górnik z 1980 r. był krystalicznie czystym człowiekiem, który nagle stał się nie wiadomo kim.

Mój maleńki związek Inicjatywa Pracownicza kilka lat temu współpracował z górniczym Sierpniem '80. Za pieniądze tych górników organizowaliśmy wielką kampanię, docierając do Polaków wyjeżdżających na Zachód. Informowaliśmy o warunkach pracy, organizacjach, gdzie mają się zwrócić. My to zrobiliśmy, nikt wcześniej się tego nie podjął.

Media nawet to podchwyciły, ale nie przypomina się, że Sierpień '80 nie tylko pali opony, ale potrafił ostrzec pracowników, co czeka ich w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii. I to jest ta zmiana, wyjście poza branżowe ograniczenia. Choć dla niektórych związków jest to trudne. Związkowcy bywają zahukani i to jest ich słabością.

Miało być o prekariacie, mówimy o górnikach.

- Górnik też jest prekariuszem. Jest zagrożony, należy do branży, która jest demontowana.



Kto jeszcze się znalazł za granicą prekaryzacji?

- Pracownicy handlu, artyści, pracownicy kultury i edukacji od nauczycieli po pracowników wyższych uczelni. Praca, która wymagała wysokich kwalifikacji, zmienia charakter. Edukacja stała się przemysłem z charakterystycznymi próbami kontroli czasu pracy, outsourcingiem, traktowaniem pracowników nauki czy oświaty jak pracowników na hali montażowej. To deprecjonowanie pracy o dotychczas wyższym statusie społecznym.

Druga grupa to tania siła robocza z terenów wiejskich, która zaczyna funkcjonować jako pracownicy przemysłowi. Następuje tu wbrew pozorom pewna unifikacja. Wszyscy zaczynają mieć podobne biografie. Obojętnie, czy to pracownik za ladą, nalewający piwo w londyńskim barze, czy pracownik na hali fabrycznej - on studiuje lub studiował. Są nawet tacy, którzy pootwierali przewody doktorskie. Wszyscy są w tej samej sytuacji: niestabilnych form zatrudnienia.

Mówiąc o prekaryzacji, mówimy o wspólnym doświadczeniu, sytuacji, jaka nas zastała na rynku pracy. To tworzy ze współczesnych pracowników spójną i zwartą klasę. Ona doświadcza nowej sytuacji, stawia jej opór, wychodzi na ulicę i szuka czegoś, co pozwoliłyby połączyć wysiłki, aby zmienić warunki pracy. Chodzi na przykład o to, co u nas pojawia się pod hasłem walki z umowami śmieciowymi.

Nie idzie pan za daleko? Pan mówi o wspólnocie, a członkowie prekariatu raczej nie mają świadomości, że tworzą potencjalnie zwartą grupę. Nie działają razem.

- Nie chodzi o to, jak oni się czują, ale jak o tym rozmawiamy. Twierdzenie, że dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza była spójna i świadoma swojej solidarności, jest mitem. Ona była bardzo podzielona i zróżnicowana. Kiedy jednak wszyscy zaczęli dostrzegać, że to wspólny problem, że pojawia się wielki ruch robotniczy, zmieniło się postrzeganie rzeczywistości. Dziś jesteśmy w miejscu, w którym niechętnie się przyznaje, że ta historia się powtarza. Społeczeństwo klasowe wcale nie odeszło do lamusa i nie było mistyfikacją. Ta dyskusja musi powrócić i media, a nawet świat nauki nie są przygotowane na dyskusję, co dalej.

A świadomość nie pojawia się znikąd. Ona się pojawia wraz z jakimiś formami protestu.

Kto miałby tym protestem kierować? Już mówiliśmy o związkach zawodowych, są stłamszone.

- Historia Polski dowodzi, że robotnikom nie są potrzebne związki zawodowe, żeby wszcząć protest. W 1970 i 1980 r. pracownicy potrafili się zorganizować bez związków, a nawet wbrew nim.

Ćwierć wieku wpajania indywidualizmu tego nie zmieniło?

- Oczywiście, że tak. Ale w PRL też się mówiło, że system komunistyczny uczy egoizmu. Mówiło się, że to świat bez wartości. Teraz problem nie leży więc w zaszczepieniu indywidualizmu w naszej świadomości, ale w przerzucaniu ciężaru opieki społecznej na jednostkę. Na jej barki została zepchnięta cała odpowiedzialność za sytuację ekonomiczną. W tym sensie jednostka się indywidualizuje. Ludzie są strukturalnie ograniczeni i zatomizowani.

Czeka nas rewolucja?

- Mówiąc o rewolucji, mamy wyobrażenie mas wychodzących z fabryk. Tych fabryk już nie ma i wątpliwe, by to tak wyglądało. Ale można zapytać, czy już nie mamy z nią do czynienia. Na południu Europy, w Chinach, w Bangladeszu, pracownicy już wychodzą na ulice. A to, że nie potrafimy odczytać wspólnego mianownika, skąd bierze się ten opór społeczny, nie znaczy, że tego wspólnego mianownika nie ma.

Statystyki dowodzą, że fala protestów nie opadła, ale wręcz przybrała na sile. Europa przestała być pępkiem świata, ta rewolucja nie musi dokonać się tutaj. Nie musi też dokonać się pod hasłami liberalnymi czy demokratycznymi. To mogą być, niestety, rozwiązania autorytarne.

To byłaby jakaś odpowiedź na niepewność, której wielu doświadcza.

- Na niespełnioną obietnicę: "awansujecie do klasy średniej". Ale nie awansowali. I reagują autorytarnymi ciągotami. To doświadczenie, które znamy: z kryzysu systemowego mogą wyniknąć wielkie szanse, jak też różne koszmary.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM