Czwórka rodzeństwa czeka na adopcję. Dziadek nie może ich wziąć do siebie. Przez wiek. "Przecież do końca życia w domu dziecka nie będą?"

Jest ich czworo, mają różne temperamenty, różny wiek, różne zainteresowania. Ale jest też coś, co je łączy: więzy krwi i chęć bycia razem. Za wszelką cenę. Weronika, Mariusz, Kinga i Natalka. Czwórka rodzeństwa z domu dziecka w Lublinie. A! I najważniejsze! Nie można zapomnieć o dziadku.
Zacznijmy od przedstawienia głównych bohaterów tej historii: Weronika w tym roku skończy 7 lat, chodzi do zerówki; o dwa lata starszy jest Mariusz; potem jest czwartoklasistka Kinga i wreszcie najstarsza - Natalka, która chodzi do piątej klasy. - To są wesołe, uśmiechnięte i kochane dzieci - mówi Aneta Topyła, wychowawczyni z domu dziecka. I od razu dodaje: bardzo ważną rolę spełnia dziadek. W "bidulu" rzadkością jest, że ktoś odwiedza przebywające tu dzieciaki. W tym przypadku jest inaczej. Dziadek jest u nich regularnie, przynajmniej raz w tygodniu. Z reguły co tydzień zabiera dzieci do siebie, na weekendy. Wielokrotnie odwoził też wnuki na basen czy na jazdę konną (zajęcia organizowane przez placówkę). Ostatnio był u jednej z dziewczynek na występie z okazji Dnia Dziadka. - Dziadek jest bardzo zżyty z dziećmi, bardzo z nimi związany i dzieci z dziadkiem też. Widać, że chciałby dobra dla całej czwórki - mówi wychowawczyni.

Skąd dzieci w placówce? Bo w domu alkohol, libacje, "towarzystwo"

Natalka, Kinga, Weronika i Mariusz trafili do domu dziecka niecałe półtora roku temu. Tata ciężko zachorował i zmarł, a matka nie radziła sobie z wychowaniem pociech. Pan Kazimierz, dziadek dzieci, jest ojcem ich taty. Po śmierci syna u wnuków był praktycznie codziennie. Widział, że działo się tam bardzo źle. Był alkohol, obce towarzystwo, awantury. - Co zajadę, to synowa pijana. Nie dbała o dzieci. Chodziły głodne. Ja początkowo to nawet nie dowierzałem, że nie mają co jeść - opowiada. Przyznaje, że bywały nawet przypadki, że matka zostawiała dzieci, zamykała je i znikała.

To pan Kazimierz doprowadził do zabrania maluchów matce. - Tego dnia byłem tam chyba ze cztery razy, ale mi nie otwierała. Wiedziałem, że jest towarzystwo - opowiada dziadek. Zawiadomił dzielnicowego, ale drzwi do mieszkania były zamknięte. - Dzwoniłem na telefon synowej, było go słychać, a ona nic. A my słyszeliśmy dzieci. Policjanci mieli wyważać drzwi - mówi. Ostatecznie matka otworzyła, dzieci pojechały do dziadka, który chciał być dla nich rodziną zastępczą. Ale sąd na dłuższą metę nie zgodził się, by dzieci mogły zostać u pana Kazimierza. Jeden z argumentów: wiek dziadka.

Dom dziecka: "Ogromne poczucie bezpieczeństwa i bliskości"

Cała czwórka trafiła więc do placówki. Na szczęście nie jest to wielki moloch, ale domek jednorodzinny, funkcjonujący w ramach większej całości. Dzieci mają dużo miejsca do zabawy, dom jest przestronny, same sprzątają, gotują wspólnie z wychowawcami, przy domku jest trochę zieleni. Ale to jednak tylko placówka.

Dom dziecka praktycznie od początku szuka dla dzieci rodziny adopcyjnej czy zastępczej, bo mają uregulowaną sytuację prawną. Matka jest pozbawiona władzy rodzicielskiej, od dnia zabrania jej dzieci w ogóle się nie pojawiła. - Ale znalezienie nowej rodziny w polskich realiach dla całej czwórki jest praktycznie niemożliwe. A my nie chcemy dzieci rozdzielać, tym bardziej że są bardzo razem zżyte - mówi Lidia Goguł, wicedyrektor domu dziecka. Przyznaje, że pracownikom placówki szczególnie zależy na tym, by wnuki nie straciły kontaktu z dziadkiem. - To są bardzo bliskie relacje, mocne, dzieci się cieszą, jak dziadek przychodzi. Chętnie jeżdżą do niego spędzać weekendy - mówi Lidia Goguł. Dodaje, że bardzo ważne są też relacje między samymi dziećmi: czują się potrzebne, jedne pomagają drugim. - Poczucie bliskości i bezpieczeństwa we własnym gronie jest niezwykle ważne - dodaje dyrektorka.

Dzieci? Otwarte, zaradne, ciekawe świata. Utalentowane

Dzieci są otwarte i bardzo komunikatywne. Szczególnie Kinga. Pięknie śpiewają, Natalka chodzi na lekcje chóru. - Dzieci są bardzo chętne do udziału we wszystkich zajęciach. Chętnie uczestniczą w różnych naszych wyjściach. Mają swoje uzdolnienia, choćby muzyczne czy teatralne - mówi wychowawczyni, Aneta Topyła.

Czy się między sobą kłócą? Pewnie, że tak, jak w każdym rodzeństwie. - Ale po minucie się godzimy - zapewnia Kinga. I dodaje, że na co dzień stara się pomagać, choćby Mariuszowi. - Podpowiadam mu w lekcjach, na przykład gdy się zastanawia, ile to jest 5 razy 5 - dodaje.

Najmłodsza Weronika to indywidualistka, która bardzo lubi się przebierać. - Ma tyle różnych ciuchów, że nie wie, w co się ubrać. Wieczorem wybiera jedną rzecz, a rano już jej to nie pasuje - opowiada z uśmiechem starsza z sióstr.

Gotowanie? To jedna z ich pasji: "Improwizujemy w kuchni"

Kinga z Natalką bardzo lubią sprawdzać swoje umiejętności kulinarne. - Jak przyjeżdżają do mnie, to obowiązkowo robią sałatki, różne, najczęściej po kilka do obiadu. A i kotlety już potrafią usmażyć. Uczą się tego w domu dziecka - wyjaśnia pan Kazimierz. Dziewczyny potwierdzają, że do gotowania są pierwsze. - Każda z nas się pcha, każda chce swoją sałatkę. Można powiedzieć, że improwizujemy - mówi Natalka. - Ale zawsze jest u nas czosnek - wtrąca swoje trzy grosze Kinga.

Dzieci jeżdżą konno, świetnie pływają, na działce u dziadka hodują rośliny. - Każda wie, który kwiatek jest czyj. Troszczą się o nie, podlewają - mówi dziadek.

Z czym kojarzy się słowo "dom". Natalka: "Moje skojarzenie to miłość"

Natalka jest najstarsza, najwięcej rozumie, chciałaby znaleźć nowy dom, nową rodzinę. - Tutaj to nie jest zbyt fajnie. A ja chciałabym, żebyśmy mieli nową rodzinę, miłość i żeby nikt nas nie rozdzielił - mówi Natalka. - Zależy mi, żeby to była rodzina serdeczna, kochana, żeby dzieci miały dobrze. Bo przecież do końca życia chyba w domu dziecka nie będą? - zastanawia się pan Kazimierz. I od razu stawia swój "warunek" - żeby nie odbierać wnuczkom i wnukowi kontaktu z dziadkiem.

Dom dziecka rozważał rozdzielenie dzieci, ale w tej chwili nie bierze tego pod uwagę. Rozważana była też adopcja zagraniczna, ale na takie rozwiązanie - co jest zrozumiałe również dla wychowawców - nie zgadza się dziadek. Stąd dalsze poszukiwania rodziny, która chciałaby pomóc.

DOSTĘP PREMIUM