Lekarz: Dziś mało kto płaci za in vitro. Do klinik wróciły pary, które wcześniej rezygnowały

Ujęcie kwestii związanych z in vitro w ustawie zamiast w rozporządzeniu to krok w dobrym kierunku - uważają lekarze, którzy przeprowadzają zabiegi. Projekt ustawy jest gotowy, 10 marca ma trafić pod obrady rządu. Zakłada m.in., że in vitro będzie możliwe po wyczerpaniu innych metod leczenia prowadzonych przez minimum rok. Zabiegi będą dostępne nie tylko dla małżeństw, lecz także dla par, które nie są małżeństwem.
Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM: Prawdopodobnie jeszcze w marcu pod obrady rządu trafi projekt ustawy w sprawie in vitro. Zakłada zabiegi dla małżeństw, ale również dla tych par, które małżeństwem nie są. Jak to wyglądało do tej pory w ramach rządowego programu?

Dr Szymon Bakalczuk, współwłaściciel Centrum Leczenia Niepłodności "Ovum" w Lublinie, które realizuje rządowy program zapłodnienia in vitro: Sytuacja jest taka, że jest bardzo dużo par żyjących w trwałych związkach, a niemających ani ślubu kościelnego, ani ślubu cywilnego. Droga do in vitro refundowanego dla takich par po decyzjach rządowych, wprowadzeniu ustawy, będzie stała otworem. Ale trzeba powiedzieć, że już w tej chwili też formalnie nie jest wymagany ślub. Teraz to ma się znaleźć w ustawie, tak że będzie to usankcjonowane prawnie.

Dzięki tej ustawie znajdziemy się w rodzinie państw, w których nie obowiązuje "wolnoamerykanka", tylko jest absolutnie przejrzyste prawo. Każdy będzie wiedział, dlaczego dany ośrodek zachowuje się tak, a nie inaczej, co wolno, a czego nie wolno.

Bo w tej chwili w bardzo wielu elementach leczenia niepłodności ośrodki same sobie ustalały reguły postępowania. My stosowaliśmy się do wytycznych European Society of Human Reproduction, czyli tak zwanego Towarzystwa Europejskiego ESHRE, i to są reguły zarówno w sprawozdawczości, jak i w postępowaniu. Natomiast nie ukrywam, że były komercyjne ośrodki, których te reguły nie obowiązywały.

Jak dużo par, które się do państwa zgłaszają, to pary, które nie są małżeństwem?

- Generalnie można powiedzieć, że jest to 30, nawet 40 proc. par i są to pary z naprawdę wieloletnim stażem w związku i starania się o dziecko. Po miesiącach, a nawet latach niepowodzeń, po wędrówkach do różnych specjalistów trafiają do specjalistycznych ośrodków zajmujących się leczeniem niepłodności - dla nas ważne jest to, że są w trwałym związku.

Panie doktorze, realizujecie program rządowy. Jak się sprawdza i czy widzicie jakieś jego wady?

- Program rządowy stworzył dla bardzo wielu par jedyną i pierwszą szansę poczęcia potomstwa. Obserwujemy powrót do kliniki bardzo wielu par, które - jak nam się wydawało - z innych przyczyn zrezygnowały z dalszego leczenia. A dziś już wiemy, że zrezygnowały z powodu niemożności pokrycia finansowych kosztów programu in vitro w czasie, gdy miał on charakter komercyjny. W tej chwili para ma refundowane zarówno leki, jak i czynności medyczne, kliniczne i biologiczne. Jedynym problemem dla ośrodków lubelskich jest zbyt mała liczba programów in vitro, które możemy wykonać w ciągu roku. Nie doceniono zarówno potencjału medycznego Lubelszczyzny, jak i potrzeb, które u nas występują.

Mówi pan o tym, że wracają pary, które przerywały terapie z powodów finansowych. Wcześniej brały kredyty, wyjeżdżały do pracy za granicę?

- O kredytach raczej nie mówiły, ale wyjazdy za granicę były bardzo częste. Miałem takie pary, które przerywały leczenie, nie wiedziałem, co się z nimi dzieje. Po roku czy półtora wracały i mówiły, że pracowały w Wielkiej Brytanii czy Irlandii i wreszcie mogą kontynuować działania związane z in vitro. I największą dla nas radością było, gdy udawało się takim parom odnieść sukces.

A w tej chwili, po wprowadzeniu rządowego programu, macie przypadki par, które płacą za in vitro?

- To są naprawdę pojedyncze przypadki. Są to pary, które nie spełniają kryterium włączenia do programu rządowego, czyli np. gdy kobieta ma więcej niż 40 lat czy jej partner całkowicie nie posiada plemników, a w programie rządowym nie można korzystać z nasienia dawcy.

W tej chwili w ustawie ma się znaleźć zapis, że dopiero po 12 miesiącach stosowania innych metod będzie się można starać o in vitro. Jak pan to ocenia?

Dzisiaj program rządowy przewiduje, że dla par z bezwzględnymi wskazaniami to jest 12 miesięcy, powyżej 35. roku życia kobiety - też jest 12 miesięcy, a u wszystkich innych par to nawet 24 miesiące innych prób leczenia niepłodności. I to się zgadza z naszymi założeniami. Bo my nigdy nie byliśmy zwolennikami, aby para, która się u nas pojawia, już na pierwszej wizycie miała proponowane in vitro.

Bywa, że pary proszą i pytają: "Ale dlaczego mamy czekać aż 12 miesięcy?"?

- Tak, bywają takie rozmowy. Miałem nawet parę, która w tej sytuacji podjęła decyzję o podejściu do programu komercyjnego. Uznali, że próbują już więcej niż rok, finansowo mieli takie możliwości. Dla nich in vitro zakończyło się sukcesem, więc ich decyzja na swój sposób była słuszna.

Pracujemy z parami niepłodnymi już ponad 20 lat i mogę powiedzieć, że tych ludzi charakteryzuje niesamowita determinacja. Pary są gotowe do olbrzymich poświęceń, przyjeżdżania na każdy wyznaczony termin, stosowania się w pełni do naszych zaleceń. Co ważne, w 95 proc. przypadków olbrzymia jest determinacja obojga partnerów. Czasami mówi się o instynkcie macierzyńskim, ale kandydaci na ojców są równie mocno zdeterminowani jak przyszłe matki.

Mamy w tej chwili w Policach przypadek błędu, pomyłki przy in vitro. Sprawa głośna w całej Polsce.

- Wiemy, że tego typu przypadki na świecie się zdarzały, w Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych, wcześniej czy później coś takiego musiało się zdarzyć i w Polsce. W mojej ocenie przyczyna leży po stronie ludzkiej. Ktoś mógł popełnić błąd oznakowania. Ja nie wyobrażam sobie jednak, by nie stosować podwójnej kontroli. Najpierw sprawdzenie dowodu osobistego, potem na specjalnych paskach wydrukowanie danych: imię, nazwisko, kod danej pary. Następnie dwie osoby sprawdzają, czy pobiera się właściwe komórki jajowe i właściwe plemniki do łączenia w zarodek. I na koniec - czy właściwy zarodek zostaje przekazany właściwej parze. U nas kontrola jest wielokrotna, wypracowaliśmy określony schemat działania i mamy nadzieję, że taka sytuacja w naszym ośrodku w Lublinie jest niemożliwa.

Czy to jest tak, że gdy informacja o pomyłce pojawia się w mediach, pary zaczynają o to pytać, mieć wątpliwości? Zaczynają się bać?

- Ja się z czymś takim nie spotkałem, ale nie wykluczam, że gdzieś w podświadomości par ten problem istnieje. Chciałbym jednak wierzyć, że mają do nas zaufanie, dlatego do nas przychodzą i wierzą w to, że my takiego błędu nie popełnimy.

DOSTĘP PREMIUM