Jak udowodnić, że dom seniora działa "na dziko"? Urzędnicy: Nie jest łatwo

Dyrektor Wydziału Polityki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie mówi TOK FM, że zlikwidowanie nielegalnie działającego domu seniora nie jest proste. Pomimo że od 2010 roku obowiązują przepisy, które z założenia miały m.in. spowodować, że nie będzie domów "na dziko". Ale nie spowodowały - takie domy są i bywa, że ich właściciele nie chcą ich zamykać. Nawet mimo nakładanych, niemałych kar finansowych.
Najwięcej problemów z domami "na dziko" mieli w ostatnich czterech latach urzędnicy wojewody mazowieckiego. Jak poinformowała nas rzecznik wojewody, Ivetta Biały, kontrolerzy nałożyli kary na kwotę ponad 1,3 mln zł. Przy czym jest tak, że pierwsze kary mogą wynieść 10 lub 20 tys. zł (w zależności od liczby mieszkańców takiej placówki). Jeśli jednak urzędnicy stwierdzają, że dom nadal działa, mimo nałożonych kar - wtedy właściciel musi się liczyć z jeszcze surowszym potraktowaniem - "recydywiści" otrzymują kolejną karę w wysokości 40 tys. zł. W woj. mazowieckim w ostatnich latach takich kar, 40-tysięcznych, było szesnaście.

Podobnie jest w większości pozostałych regionów Polski - domy seniora działające bez pozwolenia wojewody wciąż się zdarzają. Urzędnicy trafiają na nie m.in. po sygnałach od "życzliwych" sąsiadów, ale też sami przeglądają ogłoszenia w prasie czy w internecie, z reklamą takich placówek. Bywa, że aby wejść do danego domu, muszą prosić o pomoc policję, bo właściciel nie chce ich wpuścić.

"Właściciele tłumaczą np., że to nie żaden dom opieki, ale kwatery prywatne"

Bywa i tak, że nie jest łatwo cokolwiek właścicielowi takiej placówki udowodnić. A dowody muszą być twarde, bo inaczej decyzja administracyjna o zamknięciu danego obiektu może zostać podważona. - Właściciele bardzo często próbują przekonywać, że nie jest to wcale placówka całodobowej opieki, ale wynajem stancji, kwatery prywatne czy agroturystyka, czyli takie formy, które naszym rygorom miałyby nie podlegać. Udowodnienie tego, że jest tak a nie inaczej w postępowaniu administracyjnym bywa trudne - mówi dyrektor Albin Mazurek.

Dlaczego nielegalne nie mogą być legalne? Wymogi, standardy, winda

Założenie legalnie działającego domu opieki - z punktu widzenia formalnego - nie jest trudne. Nie jest wymagana jakaś ogromna "biurologia". Są jednak określone standardy, które trzeba spełnić. - Jeden z problemów, który stanowi dużą przeszkodę, to winda. Jeśli dom opieki mieści się w budynku, gdzie pokoje są na górze, to winda jest obowiązkowa, a wiadomo, że to duże koszty - mówią nam urzędnicy z Lublina.

Na Lubelszczyźnie w ubiegłym roku zlikwidowano jeden "dom opieki", w samym Lublinie, przy ul. Biernata. Działał bez żadnych pozwoleń, a warunki w nim pozostawiały bardzo wiele do życzenia. - Higiena była na nieodpowiednim poziomie, były problemy z wyżywieniem, z zapewnieniem opieki całodobowej. Tam była tylko jedna osoba z personelu na 11 czy 12 osób, które przebywały - mówi Albin Mazurek. Podkreśla, że prywatne domy opieki są potrzebne, bo seniorów jest coraz więcej, ale placówki muszą spełniać określone wymogi.

"Za małe porcje posiłków, za mało pielęgniarek"

Jeden z podopiecznych nielegalnego domu przy ul. Biernata trafił do prowadzonej przez gminę placówki przy ul. Kosmonautów. Ojca przywiozła córka. - Mówiła o swoich wątpliwościach dotyczących standardów, które w tym domu panowały. Były też wątpliwości dotyczące jakości potraw, wielkości porcji. Nie było też wiadomo, ile jest opiekunek, pielęgniarek - mówi Jacek Jabłczyński, dyrektor gminnej placówki. - Te prywatne domy w jakiejś części działają na zasadzie wolnej amerykanki - dodaje.

W tych placówkach, które zachowują standardy i mają pozwolenia, muszą być spełnione określone wymagania. Z reguły wymagany jest mniej więcej jeden opiekun na 2-3 podopiecznych, w tym pielęgniarki, opiekunki medyczne czy terapeuci i pracownicy socjalni. W przepisach jest też mowa choćby o wielkości pokoju dla seniora. - Nie może być mniej niż 6 metrów na jedną osobę w pokoju wieloosobowym i 9 metrów, jeśli jest to pokój jednoosobowy. Tak mówi ustawa - wyjaśnia dyrektor Jabłczyński. Na miejsce w jego placówce czeka się w tej chwili około roku.

DOSTĘP PREMIUM