"Przychodzi pacjentka. Mówi, że nie słyszy. Widzę w uchu perforację i wiem, że może być przemoc w rodzinie" [LEKARKA O OFIARACH PRZEMOCY]

- Nie jest zwolenniczką "formalizowania" tematu przemocy i zakładania wielu Niebieskich Kart. Jej zdaniem ważniejsze jest to, by to w osobie doświadczającej przemocy obudzić siłę do zmian, by chciała rozpocząć tę "wojnę". O przemocy, jak ją rozpoznać i jak z nią walczyć, wśród dorosłych, ale też wśród dzieci - mówi dr Anna Dzioba z Praktyki Lekarza Rodzinnego "Życie w Lublinie".
Anna Gmiterek-Zabłocka: Pani doktor, rozmawiamy o reagowaniu lekarzy na przemoc. Lekarze mają uprawnienia do zakładania Niebieskich Kart, ale jak wynika ze statystyk, robią to bardzo rzadko, w porównaniu z policją czy pracownikami socjalnymi. Jak to jest w pani przypadku? Wiem, że jest pani przeciwnikiem takiego - nazwijmy to - formalnego zamykania przemocy w pewne ramy.

Anna Dzioba z Praktyki Lekarza Rodzinnego "Życie w Lublinie": Tak, to prawda. Wychodzę z założenia, że moim zadaniem jako lekarza jest przede wszystkim zdiagnozowanie i wychwycenie tego, że przyczyną problemów zdrowotnych danej osoby jest to, że ona doświadcza przemocy.

Ale jak to stwierdzić?

- To rzeczywiście nie jest takie proste. Rzadko zdarza się, by pacjentka wchodziła do gabinetu i od progu mówiła "mąż mnie bije".

Czy w ogóle to się zdarza?

- Czasami tak, choć muszę przyznać, że gdy ktoś mówi o tym tak wprost, to budzi to pewne podejrzenia. Ja się wtedy zastanawiam, czy to do końca prawda, czy to jest czysta sprawa, czy przypadkiem ta osoba nie chce mnie "użyć" np. przy rozwodzie czy w sądowej walce o dziecko. Bo takie rzeczy się zdarzają. Czasami bywa też w związkach tak, że oboje partnerzy się biją, natomiast przemoc - oczywiście może być różna - ale mówimy o niej wtedy, gdy jedna z osób występuje w jakimś stosunku zależności od tej drugiej osoby.

Rozumiem, że najczęściej jednak nie słyszy pani już na wstępie "doświadczam przemocy"?

- Tak, rzeczywiście, takie osoby najczęściej nie mówią tego wprost, choć zgłaszają się z jakimś problemem. Na przykład zgłasza się pacjentka z suchą perforacją błony bębenkowej, mówi, że od kilku dni nie słyszy, ja badam ją i nie widzę żadnego stanu zapalnego tej błony bębenkowej, a widzę perforację (przedziurawienie np. na skutek uderzenia - przyp. red.), to zawsze zadaję pytanie, w jaki sposób to się stało i czy nie było jakiegoś konfliktu rodzinnego. Moje podejrzenie wzbudzają też dziwne urazy i tłumaczenia kobiety, że spadła ze schodów albo się poślizgnęła. I też pytam wprost.

I co pani doktor słyszy?

- Rzadko kobieta przyznaje wprost "tak, mąż mnie pobił" czy mówi, że to się w domu zdarza. Często te osoby sa zawstydzone faktem, że to się wydarzyło; obawiają się, jakie będą dalsze konsekwencje tego, chcą uniknąć konfliktu.

Ale pani zdaniem, lekarz - pytając o przemoc w domu - powinien to pytanie sformułować wprost? Kawa na ławę?

- Myślę, że tak. I nie należy się zrażać tym, że pacjentka/pacjent zaprzeczy. Bo zaprzeczają często, ale to pytanie zadane wprost oznacza dla tej osoby, że to jest temat, na który po pierwsze może ze mną porozmawiać. A po drugie, że ja się nie wstydzę o to pytać, że z mojej strony nie ma jakichś osądów wobec tej. Oswajamy ten temat. Oczywiście, czasami jest to proces, bywa, że bardzo długi, trwa nawet kilka lat.

Pani doktor, co z diagnozowaniem przemocy?

- Czasami jest tak, że nie ma ewidentnych znamion, urazów, ale są inne objawy: obniżony nastrój, "choroby bez choroby" np. dolegliwości ze strony kręgosłupa lędźwiowo-krzyżowego. Badania są prawidłowe, daję różne leki, pacjentka jest po rehabilitacji, a ja słyszę "pani doktor, nic nie pomaga". I wtedy naprawdę często się trzeba zastanowić, czy to jest tylko ten kręgosłup, czy może ten kręgosłup jest tylko markerem jakiegoś większego problemu? Bywają też przypadki, że ktoś nie pojawiał się w przychodni rok czy dwa i okazuje się, że teraz, nagle w ciągu dwóch miesięcy odbył osiem wizyt. I też zadaję sobie pytanie "dlaczego"?

Zatrzymajmy się na chwilę przy Niebieskich Kartach i pewnym takim urzędowym, formalnym podejściu do problemu.

- Uważam, że Niebieska Karta jest potrzebna i w pewnych sytuacjach naprawdę powinna być użyta. Ale... Ci, którzy wpisali lekarzy do tej ustawy, nawet z nami o tym nie porozmawiali - to po pierwsze. Po drugie, relacja lekarz-pacjent, jest inna niż policjant-petent. Ja muszę wziąć więcej czynników pod uwagę. Dla mnie ważna jest zgoda czy chęć tej osoby do pokierowania tą sprawą w sposób urzędowy. Ta osoba jest przede wszystkim moim pacjentem. Żeby moje postępowanie było skuteczne, nie wystarczy, że wypełnię druk Niebieskiej Karty. Ja muszę wypracować z osobą, której problem dotyczy, zgodę na takie, a nie inne postępowanie, na moje działania, które chcę podjąć.

Chociaż formalnie, zgodnie z prawem, pani nie musi mieć jej zgody.

- To prawda, ale jeżeli wypełnię Niebieską Kartę i na tym koniec, to w jaki sposób ja traktuję pacjentkę - podmiotowo czy raczej przedmiotowo? Czy ona ma coś w tej sprawie do powiedzenia czy też nie ma? Nie ma, a mieć powinna.

Oczywiście, pomijam ekstremum, sytuacje bardzo dotkliwego pobicia pacjentki, która się zgłasza. Może się zdarzyć, że chwycę za długopis i wypełnię odpowiedni druk. Ale tak naprawdę w każdej sytuacji moim celem jest uruchomić proces, w którym osoba doświadczającą przemocy mogłaby to przerwać. Natomiast nie mam na celu zrujnowania jej związku czy doprowadzenia tego oprawcy przed sąd. Ja chcę pomóc tej osobie, zmienić jej sytuację. Oczywiście, czasami nie ma innego wyjścia niż rozstanie, ale to nie jest takie proste.

Pamięta pani pacjentkę, która się wahała, bała, miała opory?

- Miałam pacjentkę, która doświadczała przemocy, wiedziałam, że jest ośrodek interwencji kryzysowej i tam ją wysłałam. Ona wraca do mnie i mówi "pani doktor, ja nie mogę swojego życia zmienić". Ja ją pytam, dlaczego nie, a ona mi odpowiada, że musiałaby się wyprowadzić z domu i musiałaby zostawić w nim szafkę, półkę i wersalkę. Takimi kategoriami myśli, dla niej to cały świat i nie wyobraża sobie, by go zostawić. I ja muszę popatrzeć na to jej oczami i zrobić to, co można, by jednak zmienić jej punkt widzenia.

Dziś zdarza się pani wysyłać pacjentki do terapeuty?

- Tak, ale wysyłam je do konkretnej osoby i mówią, że są ode mnie. Po to, by taka kobieta mogła zacząć proces terapeutyczny.

Bywa, że kobiety zaczynają się przed panią otwierać, opowiadać o swojej traumie?

- Bywa, ale nigdy mi się nie zdarzyło, by było to na pierwszej wizycie. Miałam pacjentkę, która pracowała 10-11 lat, aby się wydostać z tego zaklętego kręgu. Choć jednocześnie nigdy nie rozmawiałyśmy o szczegółach jej doświadczeń, bo to byłoby zbyt bolesne. Ale wydostała się z przemocy, nabrała pewności siebie, zmienił jej się nastrój. I wyszła z tego jako zupełnie inny człowiek. Zaznaczam jednak, że w każdym przypadku trzeba podchodzić indywidualnie, bo tu nie ma jednej sztampy. Naprawdę. Każda sytuacja jest inna.

Ofiary dotkliwego pobicia - co z nimi?

- Czasami są to rzeczy idące niestety pokoleniowo. Słyszę od kobiety, że jak mężczyzna się zdenerwuje, to ma prawo przyłożyć. Ja jej wtedy odpowiadam - że to nie jest normalne rozwiązywanie konfliktów. Bo przecież różnice zdań w małżeństwie występują dość często.

A rozumie pani tych lekarzy, którzy w ramach reakcji na przemoc wypisują kobiecie jedynie maść na siniaki?

- Ja zawsze w takiej sytuacji rozpoczynam rozmowę i pytam wprost, jak to się stało. Oczywiście, w części przypadków winny jest alkohol, bo ktoś się np. pod wpływem alkoholu przewrócił, ma otarcia, siniaki, złamane żebro.

A jak pani ocenia takie podejście, że założenie Niebieskiej Karty to donoszenie na swojego pacjenta?

- Powiem w ten sposób: dla mnie nie byłoby ważne, że ten mąż, który stosuje przemoc, też jest moim pacjentem. Bardziej byłoby dla mnie istotne, czy ta kobieta, której to dotyczy, zgadza się na założenie takiej karty, podjęcie konkretnych działań. Bo ja mam świadomość, że wypisując kartę, uruchamiam pewien cykl działań, które mogą mieć określone konsekwencje. I myślę, że te nasze, lekarskie wątpliwości wynikają też z tego, że widzieliśmy różne sytuacje i to powoduje, że jesteśmy ostrożni w ferowaniu wyroków i osądów. Moim zdaniem najważniejsze jest uruchomić w samej kobiecie takie procesy, żeby ona chciała pójść na tę "wojnę" - bo przecież to nie my zostaniemy ostatecznie z takim partnerem czy mężem, w domu, w nocy. Tylko ona z nim zostanie.

Pani doktor, porozmawiajmy o przemocy wobec dzieci. Pani jest lekarzem w Lublinie, przy ulicy Lubartowskiej - to rejon niecieszący się dobrą sławą. Zdarzają się pani dzieci z rodzin przemocowych?

- Zwracam uwagę na agresywne zachowania rodziców wobec dzieci. Na przykład wtedy, gdy rodzic w gabinecie lekarskim szarpnie dziecko czy krzyczy na nie albo używa wulgarnych słów. Wtedy reaguję. Nie trafiają natomiast do mnie dzieci pobite. Raz miałam tylko taką sytuację, że zauważyłam dziwne urazy u niemowlęcia. I rodzice mówili, że spadło z wersalki, ale mnie to nie przekonywało. Miałam też kilka przypadków, gdy współpracowałam z pracownikami MOPR przy odbieraniu dzieci, które ostatecznie trafiały do opieki zastępczej. I bez wątpienia to powoduje, że po pewnym czasie rodziny już wiedzą, że tu jest taka nieznośna baba, która bardzo pilnuje.

I przekazują sobie takie informacje?

- Tak, bo ja bardzo pilnuję badań diagnostycznych, gdy rodzice ich nie wykonują. Albo nie byli w poradni specjalistycznej, choć powinni być. Wtedy wysyłam pielęgniarkę środowiskową na wywiad. I ci rodzice już wiedzą, że ja będę pilnowała, zapiszę w kalendarzu, kiedy mają wizytę i to sprawdzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że w dzielnicy jest taka informacja, że ja jestem nieznośna, jeśli chodzi o pilnowanie i część rodziców z dziećmi się do mnie nie zapisuje.

Ale to chyba powinna być normalność - pilnowanie, sprawdzanie, jednym słowem zaangażowanie.

- No, pewnie tak. Co zauważyłam? Że w tej chwili takich rodzin trudnych, z problemami mam mniej niż na początku.

Uciekają od pani?

- Tak, uciekają, ale ja się nie zmienię. W przypadku dzieci zawsze przyświeca mi taka myśl, że jeśli rodzice im nie pomagają, to ja muszę pomóc, bo jeśli ja im nie pomogę, to nikt im nie pomoże. Bo one dla najważniejszych osób w ich życiu są nieważne albo są mało ważne.

Pani doktor, Niebieska Karta może być niepotrzebna?

- Miałam taki przypadek pacjentki, która dała córce klapsa. Rzecz naganna. Córka zgłosiła to w szkole, bo wiadomo, że dzieci są uświadamiane. A ja znam tę rodzinę od wielu już lat. I myślę, że ten klaps to musiała być jakaś sytuacja ekstremalna. Tymczasem, bardzo szybko zareagowała szkoła, wypełniono Niebieską Kartę. W efekcie, w piątkowy czy sobotni wieczór wpadło do mieszkania dwóch policjantów, pod bronią. Intencje były może dobre, ale stres dla całej rodziny był przeogromny. Wiem, że jeden z policjantów dokonał przemocy słownej wobec mojej pacjentki - wrzeszczał na nią, że "pani bije dzieci"; osaczył ją krzykiem. Traumatyczne doświadczenie dla wszystkich, łącznie z dziećmi. I pacjentka opowiedziała mi o tym, bojąc się, co teraz będzie. Najważniejsze jest jedno: sam druk Niebieskiej Karty nie załatwi za nas myślenia, współodczuwania, rozumienia sytuacji, wywiadu, ludzkiej mądrości w tym wszystkim.

DOSTĘP PREMIUM