Uciekła z Syrii do Polski. "Widziałam zabawy dzieci w zabijanie i wojnę. Nie chciałam tego dla mojego syna"

Ma 35 lat, przez 33 lata mieszkała w Syrii, bo jej mama w stanie wojennym wyjechała z Polski. Hamida jako dorosła kobieta z mężem i dzieckiem uciekła z Syrii do Lublina. Jak zacząć budować życie od zera?

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Hamida Alsayed dość dobrze mówi po polsku, zadbała o to jej mama. - Urodzona jestem w Polsce, ale w stanie wojennym 1981 roku moja mama, która jest pediatrą, wyjechała ze mną do Syrii. Ojciec jest Syryjczykiem, miał tam rodzinę, mieszkanie. I wyjechali na kilka miesięcy, przynajmniej taki był plan. Mama miała zamiar przeczekać w Syrii, żeby w Polsce się uspokoiło i chciała wrócić. Ale życie zaczęło jej się układać i została.



Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM: Spędziła pani w Syrii praktycznie całe dotychczasowe życie. Dwa lata temu razem z mężem podjęliście decyzję, że wyjeżdżacie.

- Tak, zmusiła nas do tego wojna, niepokój w Syrii, strach przed tym, co będzie jutro. Jak się ma dziecko, to inaczej się podchodzi do takich spraw. Myślałam o synu, jaka go tam przyszłość czeka, bo przecież końca tej wojny cały czas nie widać. Widziałam dzieci, które bawiły się już w wojnę. Brały na przykład kawałek jakiegoś drewna i udawały, że do siebie strzelają, że mają broń. To był taki strach, bo ja nie chcę, by moje dziecko coś takiego przeżyło. Stąd decyzja o wyjeździe do Polski, ja miałam też polskie obywatelstwo.

Na ulicach w pani mieście widać było wojnę?

- My mieszkaliśmy w Latakii nad Morzem Śródziemnym, u nas to się pojawiło nieco później. Czekaliśmy trzy lata, jak trwała już wojna, licząc, że to się zaraz skończy. Cały czas mieliśmy nadzieję, ale było inaczej. I gdy zaczęło się robić i u nas gorąco, na obrzeżach miasta, zaczęły latać rakiety, pojawiały się wybuchy, wystrzały, walki, wtedy zaczęliśmy się już na poważnie zastanawiać nad wyjazdem. Był strach. Nikt z domu nie wychodził na ulice.

To była decyzja niemal z dnia na dzień, że wyjeżdżacie?

- Rozmawialiśmy o tym dwa-trzy miesiące przed wyjazdem. Ale decyzja była szybka, bo trzeba było podjąć ją szybko.

Do Lublina jechaliście w ciemno?

- I tak, i nie. Ja mam jeszcze w Polsce rodzinę - dziadka, który mieszka pod Tomaszowem Lubelskim, daleko na wsi, ma nieduży dom. Tam mieszkaliśmy przez trzy miesiące, stamtąd zapisaliśmy się na studia na KUL, wysłaliśmy dokumenty. To był nasz punkt startowy.

W końcu "wylądowaliście" w Lublinie i tu zaczęliście studia, choć oboje z mężem Asefem byliście już po studiach. Pani była po ekonomii, mąż miał zaliczoną literaturę angielską.

- Tak, byłam po studiach, ale w Syrii jest inny system niż w Polsce. Nasze dokumenty zostały przyjęte, ale zaliczono nam tylko tak jakby polski licencjat. W Syrii jest inaczej - licencjat trwa 4-5 lat, potem przez rok robi się dyplom, a potem jeszcze 4-6 lat, by zostać magistrem. Ja byłam już pod koniec studiów magisterskich, ale nie miałam obrony i musiałam tutaj w Polsce od nowa te studia magisterskie zrobić, dwuletnie. I już je skończyłam, na europeistyce na KUL.

Dobrze mówi pani po polsku, ale czuje się pani Syryjką czy Polką?

- Jak przyjechałam, to myślałam, że będę czuła tęsknotę za Syrią, bałam się, że Polska to może jednak inny świat, jeszcze wtedy gorzej mówiłam po polsku, nie miałam rodziny, znajomych. Ale na dziś nie mogę się skarżyć. Dobrze się tu czujemy, mamy już wielu znajomych, przyjaciół. Polacy są dla nas naprawdę bardzo mili. Nie czujemy się jak cudzoziemcy rzuceni gdzieś w obce miejsce, gdzie nie moglibyśmy się odnaleźć. Może dla męża to jest trudniejsze, bo on jednak nie zna jeszcze dobrze języka, choć praktycznie wszystko rozumie po polsku. Ale jeszcze nie mówi za wiele.

W Syrii zostawiliśmy całą rodzinę, i moją, i męża, znajomych. Ale mieliśmy też swoje miejsce, swój kąt, takie swoje mieszkanie, swój dom. I to jest chyba największa tęsknota. Człowiek w końcu dnia wracał do domu, wiedział, że to jego miejsce i tego nam bardzo brakuje. Tutaj, w Lublinie, już cztery razy zmienialiśmy mieszkanie. A to powoduje, że nie można się poczuć do końca bezpiecznie.

Z czego żyjecie?

- Asef miał pracę, pracował w fundacji przy projekcie przez ostatnie półtora roku, ale teraz już projekt się skończył. Bardzo pomógł nam dr Tomasz Sieniow z KUL, któremu chciałam bardzo, ale to bardzo podziękować. Poza tym Asef był na roku najlepszym studentem, dostawał stypendium, ja też dostawałam. Mieliśmy więc pieniądze, dawaliśmy radę. Teraz jest trochę gorzej, obydwoje szukamy pracy. Chcemy też robić doktorat.

Bardzo pomógł nam KUL, mieszkamy w mieszkaniu uniwersyteckim. Adaś, nasz synek, ma dziś dwa i pół roku, od września jest zapisany do przedszkola. Mówi po arabsku, ale też po polsku i po angielsku, tak go wychowujemy. Tu w Polsce może się czuć bezpiecznie.

Polska ma przyjąć dwa tysiące uchodźców, ale zdania wśród Polaków są podzielone.

- Tak, rzeczywiście, wyczuwam taki strach, że przyjadą Syryjczycy, że może być niebezpiecznie, że pojawi się jakiś terrorysta. Chcę powiedzieć, że przez całe moje życie w Syrii nie widziałam, żeby ktoś strzelał, żeby był jakiś problem. Nie, wprost przeciwnie, było bardzo bezpiecznie, bardzo fajnie nam się tam mieszkało. Muzułmanie i chrześcijanie, wszyscy razem mieszkali. Ja znałam takie rodziny, w których i muzułmanie, i chrześcijanie wielokrotnie modlili się razem.

W Syrii to nie stanowiło problemu, że na przykład muzułmanin brał za żonę chrześcijankę.

- W codziennym życiu nie było różnicy. Nawet u mnie w domu, jak byłam mała, w ogóle nie czułam różnicy, a mama jest przecież chrześcijanką, a ojciec muzułmaninem. Mieliśmy zawsze święta i islamskie, i chrześcijańskie. Z mamą chodziłam do kościoła. Nie było problemu. Syria to nie jest Arabia Saudyjska. Kultura, obyczaje, życie - są bardzo zbliżone do europejskiej, do tego co jest tutaj, w Polsce. Ale jest w Polsce problem z pewną niewiedzą. Czasem niektórzy mnie pytają, jak tam żyłam, czy mieszkałam w namiocie, na Saharze, jak beduini, czy miałam samochód albo mieszkanie? Normalnie żyliśmy, jak ludzie. I być może ten strach przed przyjęciem uchodźców jest związany z taką właśnie pewną niewiedzą.

A nie ma się czego bać. W Polsce kiedyś też był stan wojenny, też ludzie uciekali, potrzebowali pomocy. Powiem w ten sposób, że większość osób, które walczą w tej chwili w Syrii, które są terrorystami, to są ludzie spoza Syrii. Afganistan, Pakistan, Tunezja - różne kraje. Zdecydowana większość Syryjczyków to naprawdę bardzo mili ludzie, otwarci, emocjonalni, wychowywani w kulturze zbliżonej do europejskiej.

A jak pani słyszy, żeby przyjąć tylko chrześcijan do Polski?

- To dla mnie dziwne. Każdy z nas jest człowiekiem i jeśli potrzebuje pomocy, to ma prawo ją dostać. W Syrii chrześcijanie stanowią 9-10 procent.

A Polska do dla pani?

- Duże serce, które nam okazano.

Jeśli ktoś chciałby w jakiś sposób pomóc pani Hamidzie i jej rodzinie, prosimy o kontakt z autorką tekstu, pod adresem problem@tok.fm

DOSTĘP PREMIUM