Były prezes stadniny w Janowie: spotykam się z pytaniem, czy bojkotować aukcję. Odpowiadam: przyjedźcie, bo ktoś inny kupi dobre konie

Były prezes Marek Trela, odwołany nagle i niespodziewanie, dziś po kilku tygodniach od odwołania, założył własną firmę i jest niezależnym doradcą hodowli koni. Ma zaproszenia z całego świata. Nam opowiada o tym, czy wierzy, że śmierć dwóch klaczy to przypadek, czy w karmie mogły być antybiotyki, dlaczego nie pozostawił po sobie następcy? Odpowiada też na nasze pytanie, czy już na stałe opuścił Janów Podlaski.
TOK FM: Panie Marku, czy wierzy pan w to, że śmierć dwóch klaczy w ostatnich tygodniach - chodzi mi o Prerię i Amrę - to przypadek? "Rzeczpospolita" napisała, że w karmie dla koni mogły być niedopuszczalne antybiotyki.

Marek Trela, były prezes Stadniny Koni w Janowie Podlaskim: Myślę, że mimo wszystko tak, to był jednak przypadek. Te wiadomości na temat obecności antybiotyku są szokujące, to się absolutnie nie powinno zdarzyć. Tym bardziej, że - jak napisano - znaleziono je w owsie. Pytanie więc, skąd ten owies pobrano, skąd pobrano próbki - to oczywiście pytanie dla śledczych. Natomiast ja, jako lekarz weterynarii i hodowca z wieloletnim doświadczeniem, wiem, że trzeba widzieć połączenie między przyczyną i skutkiem.

Jak pan to widzi w przypadku śmierci Prerii, czyli tego pierwszego konia?

- Przyczyną śmierci Prerii był skręt jelit cienkich i tu można byłoby się teoretycznie doszukiwać jakichś błędów żywieniowych. Z tym, że z tego co mi wiadomo wynika, że klacz się świetnie czuła wieczorem jedząc kolację, a dosłownie dwie godziny później zaczęły się gwałtowne bóle. Tego nie sposób wywołać antybiotykiem.

A Amra, czyli drugi koń?

- Amra pojechała do Warszawy, do porodu, wróciła stamtąd i - o ile się nie mylę - dwa dni później dostała skrętu okrężnicy wielkiej. To schorzenie występujące prawie wyłącznie u klaczy po porodzie. To są zdarzenia tragiczne, ale trudno je łączyć bezpośrednio z obecnością czegokolwiek w paszy. Oczywiście, wieczorem, jak tylko dotarła do mnie wiadomość, poszukałem w literaturze o zatruciu substancjami, między innymi tym wskazywanym antybiotykiem i tam są bardzo konkretne objawy. A tu był skręt, i w jednym, i w drugim przypadku. Jako lekarz weterynarii, na pytanie, czy taka substancja byłaby w stanie wywołać skręt okrężnicy wielkiej, odpowiedziałbym, że jestem prawie w 100 procentach pewny, że nie byłaby w stanie go wywołać.

Z jakiego powodu w boksach z końmi nie ma monitoringu? Bo pojawiają się takie argumenty, że wtedy byłoby wszystko jasne, nagrane, zarchiwizowane.

- Jesteśmy przedsiębiorstwem rolnym, stadnina składa się z kilkunastu budynków stajennych, mamy nocnego stróża, w ciągu dnia cały czas ktoś jest. Poza tym, przecież jeżeli ktoś chciałby zaszkodzić koniom, nie miałby problemu. Janów odwiedzają tysiące ludzi i podanie czegokolwiek koniowi, który przychodzi, łasi się, spodziewa się łakoci - nie jest kłopotem. Pamiętam, że prababka Pianissimy - Pilarka, była przeze mnie leczona na ciężkie zatrucie spowodowane zjedzeniem nie wiem ilu kilogramów czekolady. Czekoladę podały jej panie z wycieczki z fabryki słodyczy.

Naprawdę nie jesteśmy w stanie wszystkiego dopilnować. Moje prawie 40-letnie doświadczenie z pobytu w Janowie wskazuje, że stróż absolutnie wystarczał. Na czas porodów dokładaliśmy jeszcze jednego człowieka. Kamery w Janowie są, ale tylko w bramie wjazdowej czy w hali udojowej u krów, w oborze.

Dwie klacze, które padły to konie Shirley Watts. To pana dobra znajoma - jest pan z nią w kontakcie - co mówi?

- Rzeczywiście, rozmawiamy. Na ile mogę, staram się jej pomóc.

Pomóc w czym?

- Chociażby służę jej radą, bo musi podjąć decyzję, czy zostawić w Janowie swoje dwie pozostałe klacze. A decyzja nie jest prosta. Obie klacze są w tej chwili w ciąży, na pewno bezpieczniej by było, gdyby zostały. Ale jednocześnie, sytuacja, która się wytworzyła, już takiego bezpieczeństwa nie zapewnia. Dlatego chyba lepiej, żeby one już wróciły do Anglii. Pani Shirley za te cztery klacze, które trafiły do Janowa, zapłaciła prawie milion euro, dała nam je na rok za darmo, żebyśmy mogli wziąć źrebaka, na zasadzie dobrej współpracy ze stadniną. I jak ja teraz wyglądam, gdy dwie z tych klaczy już nie żyją? Czuję się tak jak pani Shirley.

Ile może kosztować Skarb Państwa śmierć tych dwóch koni? Pan podpisywał umowę z Shirley Watts.

- Nie wiem, czy pani Shirley będzie dochodzić roszczeń i ewentualnie na jakiej zasadzie.

Ale w umowie jest mowa o ewentualnym odszkodowaniu?

- Nie mam autoryzacji drugiej strony, by o tych szczegółach dotyczących umowy rozmawiać, byłaby to duża lekkomyślność z mojej strony.

Czy zna pan podobne historie, gdzie konie padały, w innych stadninach, i były odszkodowania?

- Jest tak, że albo konie są ubezpieczone, albo właściciel konia ponosi ryzyko jego utraty. Tak zwykle bywało. Wiadomo było, że jeśli dzierżawimy konie, często najlepsze na świecie, nikt nas nie pytał, czy jest tu bezpiecznie, czy je ubezpieczamy, każdy po prostu wiedział, że u nas są bezpieczne i ryzyko było po stronie właściciela.

A konie Shirley Watts były ubezpieczone?

- W kontrakcie było zawarte, że właściciel ubezpieczy konie.

Minister rolnictwa zapowiada zmiany w zarządzie stadniny w Janowie, być może będzie konkurs. Wystartuje pan?

- Nie wiem, za dużo padło słów, nie zawsze odpowiedzialnych, za dużo rzeczy się dowiedziałem, by śmiało odpowiedzieć "tak, będę startował".

Ale teoretycznie mógłby pan odpowiedzieć "nie, nie wystartuję"

- Mógłbym tak odpowiedzieć gdyby nie to, co mnie spotkało po odwołaniu. Mnie i cały nasz team, czyli szefa stadniny w Michałowie i panią Annę Stojanowską. Mam gigantyczne poparcie z całego świata, które czuję i które daje mi ogromną odpowiedzialność. To, co dla mnie było ważne, okazało się, że jest ważne dla hodowców z całego świata. Dlatego nie mogę powiedzieć tak po prostu "nie, nie będę się już tym zajmował".

Wróćmy na chwilę do dnia pana odwołania i dni kolejnych. Emocje, nerwy, nieprzespane noce?

- Dowiedziałem się o odwołaniu o godz. 15 w piątek, a o 8 rano następnego dnia wylatywałem. Leciałem z jednej strony jako sędzia, z drugiej - jako prelegent na konferencji, gdzie mówiłem o tradycji polskiej hodowli państwowej, więc było to dla mnie trudne. Ale najbardziej trudna była ta sytuacja dla mojej żony, bo na nią spadły te telefony zewsząd.

Dziś bywa pan w Janowie? Bo wiemy, że miał pan opuścić mieszkanie na terenie stadniny.

- Na razie wciąż jeszcze tam mieszkam, jestem w trakcie pakowania się i wyprowadzki z terenu stadniny. Zgodnie z porozumieniem, do 19 maja mam opuścić to mieszkanie. Ale Janowa jako takiego nie opuszczę. Postanowiliśmy z żoną, że skoro spędziliśmy tam ostatnie 40 lat życia, Janów stał się nam bliższy niż Warszawa, więc będziemy tam dalej mieszkać.

Po pana odwołaniu pojawiały się zarzuty, że był pan osobą, która nie pozostawiła następcy, że nikogo pan do tego nie przygotowywał i to błąd.

- W tej chwili, nie mogę o tym mówić, bo nie chcę nikomu zrobić przykrości. Janów był pełen ludzi, którzy pracują z końmi i wśród tych osób na pewno upatrywałem kogoś, kto to po mnie przejmie. Trzeba powiedzieć, że aby prowadzić hodowlę koni, trzeba się temu całkowicie poświęcić. A znalezienie takiego kogoś nie jest wcale łatwe. Wydaje mi się, że miałem już wyklarowaną postać, która by to po mnie przejęła, ale nie chcę tego mówić w tej chwili po tym, co się stało.

Ale ta osoba wciąż jest w Janowie?

- Nie chcę nawet żadnych sugestii podawać. Być może kiedyś będzie można do tego wrócić. Teraz jest to i tak bezcelowe.

Tegoroczna aukcja będzie podobna do ubiegłorocznej, gdy pan był jeszcze w stadninie? Z niektórych miejsc na świecie słychać głosy, że na aukcję nie przyjadą.



DOSTĘP PREMIUM