Formalnie są turystami, oficjalnie uchodźców w Libanie nie ma. "Do Europy? Nasze miejsce jest w Syrii" [REPORTAŻ]

Syryjskich uchodźców w Libanie nie ma - przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie to 20 proc. ludności kraju. Według prawa są tymczasowo lub nielegalnie. Ofiary wojny, która w Syrii trwa już 5 lat, mieszkają w garażach i namiotach. Żyją z dnia na dzień nadzieją, że kiedyś wrócą do swojego kraju.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Bire, Północny Liban, kilka kilometrów od syryjskiej granicy. Wystarczy wejść na dach któregoś z budynków, by zobaczyć Syrię.

Posłuchaj



Życie toczy się powoli, działają sklepy, restauracja. W tym niespełna dziesięciotysięcznym miasteczku mieszka drugie tyle uchodźców. Syryjczyków. W surowych, wilgotnych, betonowych garażach bez okien wegetują często całe rodziny. Jedna przy drugiej. Trochę intymności i pozorów domowej atmosfery dają zasłony powieszone na ciężkich, metalowych garażowych drzwiach. Zazwyczaj otwartych, żeby wpuścić do środka choć trochę światła.

Czynsz za garaż? 150 dolarów miesięcznie. Ci, których nie stać (albo ci, który nie dostają pomocy od organizacji humanitarnych) rozbijają namioty, za co płacą właścicielom ziemi - około 50 dolarów.

W Libanie nie ma dużych, zorganizowanych obozów dla uchodźców. - Libańczycy nigdy na to nie pozwolą - mówi Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. - W tym kraju jest już osiem obozów dla uchodźców z Palestyny, którzy przyjechali tu w 1948 roku i do tej pory są tu uchodźcami. Dla Libańczyków to trwały element krajobrazu, więcej do tego nie dopuszczą - dodaje.

Liban nie podpisał konwencji ONZ o statusie uchodźcy, dlatego Syryjczycy formalnie są tu tylko turystami. To oznacza, że muszą regularnie odnawiać pozwolenie na pobyt. Koszt - 200 dolarów. Jeśli tego nie zrobią, mogą zostać w każdej chwili aresztowani lub wydaleni do Syrii, nie mają też prawa do oficjalnej pomocy humanitarnej, pracy czy opieki zdrowotnej, która w Libanie jest płatna.

Pytanie Fatimy

- Moja rodzina została w oblężonym Homs. Dzwonimy do siebie, kiedy tylko możemy: raz-dwa na tydzień - opowiada 55-letnia Sahar. - Martwię się o nich. Wiem, że czasami nie mają co jeść. Elektryczność jest włączana raz na kilka dni. Sahar w Syrii była krawcową. Snajper trafił ją w ramię. Musiała uciekać razem z chorą matką. - Ja jestem już stara, mam 80 lat, ledwo mogę wstać. Co mi tu pozostało? Tylko umrzeć - mówi Fatima. - Tam byliśmy razem, całą rodziną. Tęsknię za nimi - dodaje.

Uśmiech Zaynab

Nastarszy syn Zaynab, Anwar, ma 15 lat. Pracuje w kamieniołomie, od 6 rano do 20. Zarabia 10 dolarów dziennie. Z tego żyje cała rodzina. - Jest taki chudy, że wygląda jak dziesięciolatek. Ja wiem, że on już przegrał swoją przyszłość, ale co mam zrobić? Nie mamy z czego żyć. Zdarza się, że jemy tylko fasolę - spuszcza wzrok.

Wchodzimy do "domu" Zaynab. Kilka betonowych schodków i jesteśmy w środku. Wnętrze wygląda jak wszystkie tutaj. Pod zimnymi, betonowymi, odrapanymi ścianami materace, dywan, kilka podręczników. Trochę zabawek i ubrań zwiniętych w kącie. Jest jedną z niewielu osób, która się uśmiecha.

Wita nas uśmiechnięta, postawna kobieta. Jasna połyskująca na srebrno chusta szczelnie zakrywa jej włosy. Ma 35 lat, ale wygląda starzej. Do Bire przyjechała z syryjskiego Hama. - Uciekaliśmy zaraz kiedy zaczęło się bombardowanie: ja, mąż i czwórka dzieci. Ale męża aresztowali na granicy, przez pomyłkę. Takie samo imię nazwisko było na czarnej liście wojska - opowiada Zaynab. - Nie mam z nim żadnego kontaktu. Nie wiem, co się z nim dzieje. To trwa już 2 lata - jej oczy zachodzą mgłą.

- Wszystko przypomina jej syryjski dom. Śni o nim każdego dnia. Ale domu w Hama już nie ma, spłonął podczas bombardowania. Pytam, czy chciałaby pojechać gdzieś dalej, na przykład do Europy. - Do Europy? Nie, to niemożliwe, nasze miejsce jest w Syrii - Zaynab zawiesza głos.



Poza tym wyjazd byłby niemożliwy. Sam paszport kosztuje 1000 dolarów.

Priorytet Georginii

- Straszyli nas, że jeśli nie wyjedziemy, będzie rzeź. Grozili śmiercią. Mówili, że mogą z nami zrobić wszystko - zgwałcić, zabić, wszystko... - Ricie trzęsą ręce, nie może powstrzymać łez.

Szacuje się, że 10 proc. Syryjczyków to chrześcijanie. To także mniejszość, którą po wybuchu rewolucji dotknęły prześladowania.

Georginia i Michael razem z dwiema córkami 10-letnią Martim i 20-letnią teraz Ritą do Bejrutu uciekli z syryjskiej Hasake. Pięć lat temu.

- Siedzieliśmy w domu, kiedy nagle zaczął się ostrzał - Georginia gestykuluje. - Później, kiedy strzały się uspokoiły, wyszłam do apteki kupić dla córeczki lekarstwa. Nagle zobaczyłam, że ścigają nas mężczyźni na motorach, z nożami. Uciekłyśmy do pierwszej bramy, którą jakiś dobry człowiek nam otworzył - opowiada.

Georginia mocno wierzy w Boga. Modli się za swoich prześladowców. Mówi, że opętał ich szatan. Nie rozumie tego. Teraz każdy jej dzień jest podobny do kolejnego. Ma cukrzycę, tak jak mała Martim, która dodatkowo cierpi na epilepsję. Niedawno skończyła 10 lat, ale jest bardzo krucha. Nie chodzi do szkoły, tam mogłoby jej się coś stać. Leki kosztują kilkaset dolarów miesięcznie, nie mówiąc o wizytach u lekarza. Rita, pracuje dorywczo jako sprzedawczyni, Michael czasem też coś złapie. Ale pieniędzy nie ma nawet na podstawowe potrzeby. Cała rodzina mieszka na 20 kw.

- Kogo Bóg przywołał na ziemię, tego Bóg nie opuści. Czy to możliwe żebyśmy cierpieli bardziej niż Jezus Chrystus? Dla mnie najważniejsze jest, żeby moja córka, moja Martim była zdrowa - Georginia już nie próbuje opanować łez.

Zdecydowanie Mahmuda

Mahmuda spotykamy na drodze z Aidamoun do Bire. Czapka z daszkiem, tatuaż na przedramieniu, jest niewiele po trzydziestce. Wyprzedza nas quadem. Pożyczył od sąsiada. Inaczej nie ma jak się poruszać, bo w walkach stracił obie nogi. - Jeden pocisk dostałem w plecy, drugi trafił mnie w nogi. To było trzy lata temu podczas oblężenia Damaszku - opowiada, gdy zatrzymujemy się na chwilę na poboczu.

- Zabrali mnie do szpitala polowego. Tam nie było nikogo, kto potrafiłby mi pomóc, zahamować krwotok, dlatego lekarz odciął mi obydwie nogi tuż nad kolanami. To było zaraz po ataku chemicznym, w sierpniu 2013, wtedy kiedy siły Assada rozpyliły sarin - opowiada.

Do Libanu uciekli też walczący opozycjoniści i dezerterzy z wojsk Assada. Wciąż się boją. Syryjskie służby specjalne sprawnie działają także tutaj.

Mahmud walczył po stronie Wolnej Armii Syryjskiej. Jego ucieczka z oblężonego Ghuta pod Damaszkiem trwała trzy miesiące i kosztowała kilka tysięcy dolarów. Uciekał tunelem, w góry, na granicy z Libanem znów musiał zapłacić za dokumenty. Ściągniecie żony i trójki dzieci to kolejne tysiące dolarów.

- My w swoim kraju jesteśmy uciemiężeni przez reżim Assada, oni mają wszystko, my nie mamy nic - mówi.

Co by zrobił, gdyby mógł cofnąć czas? - Oddajcie mi nogi, a wrócę walczyć za swój kraj - mówi prostując się i patrząc mi prosto w oczy.

*

Większość uchodźców w Libanie nie myśli o migracji do Europy. Ci Syryjczycy, którzy wybierają się w podróż szlakiem bałkańskim to w większości bogatsi ludzie, których stać na opłacenie przemytników, fałszywych dokumentów. - Dlatego tak ważna jest pomoc tu, na miejscu - tłumaczy Wojciech Wilk. - Do tego jest pięciokrotnie tańsza niż pomoc socjalna dla uchodźców w Europie. My m.in. pomagamy zapłacić uchodźcom czynsz za wynajmowane pomieszczenia, dzięki czemu nie muszą się martwić o dach nad głową, nawet jeśli to tylko garaż - wyjaśnia.

Obecnie ponad połowa Syryjczyków to uchodźcy, wojna zmusiła do ucieczki ponad 11 mln ludzi. Statystycznie to migracja na większa skalę niż choćby podczas ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku czy wojny w Bośni i Hercegowinie. To największa katastrofa humanitarna od czasów II wojny światowej.

Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) działa w Libanie od 2012 roku. Od tego czasu zabezpieczyło dach nad głową dla ponad 15 tysięcy uchodźców, m.in. dzięki autorskiemu programowi dopłacają Syryjczykom do czynszu za wynajmowane przez nich pomieszczenia. Dostarczają im także pieców i opału przed zimą oraz podstawowej opieki medycznej.

Numer konta dla tych, którzy chcą wesprzeć PCPM: 18 1140 1010 0000 5228 6800 1001.

DOSTĘP PREMIUM