Maduro przedłuża stan wyjątkowy. Papież wysyła swojego nuncjusza na negocjacje

- Papież Franciszek czuje się emocjonalnie związany z Wenezuelą. Czy pomoc jego nuncjusza pomoże w uwolnieniu więźniów politycznych, którzy trafili za kratki za krytykowanie "dobrej zmiany" Maduro? - zastanawia się prof. Arkadiusz Stempin.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

W Wenezueli posłowie opozycyjnego sojuszu konserwatystów, chadeków, liberałów i związkowców, "Mesa de la Unidad Democrática", poprosili tamtejszego nuncujsza Watykanu arcybiskupa Aldo Giordano o pośrednictwo w sporze z rządzącymi socjalistami. Cel interwencji? Zwolnienie więźniów politycznych. Wizyta liderów opozycji u nuncjusza Giordano nastąpiła po jego spotkaniu z wiceprezydentem kraju Aristóbulo Isturiz, który ze swojej strony sondował możliwości mediacyjne papieskiego przedstawiciela w Wenezueli. W tym momencie nuncjusz dysponował już upoważnieniem papieża Franciszka, od dłuższego czasu silnie zaniepokojonego rozwojem sytuacji w katolickim kraju, leżącym ponadto na kontynencie, z którego sam pochodzi.

Franciszek od dobrych kilku miesięcy nawołuje obydwie strony do podjęcia bezpośrednich rozmów. Uczynił to m. in. w osobistym liście do prezydenta kraju Nicolása Maduro, choć treść epistoły nie została ujawniona. To samo powiedział hierarchom wenezuelskim podczas spotkania z delegacją ich episkopatu w październiku 2015 w Watykanie.

Od ponad dekady Wenezuela tkwi w głębokim kryzysie politycznym i gospodarczym. Społeczeństwo głęboko podzieliły rządy poprzedniego prezydenta kraju Hugo Cháveza (1999-2013). Jego projekt socjalistycznej rewolucji forsował bardziej sprawiedliwy, z uwzględnieniem biedniejszych grup społecznych, podział dochodów ze sprzedaży ropy naftowej - głównego bogactwa kraju. Po jego śmierci (2013) polaryzacja kraju pogłębiła się. Ulice zapełniły się demonstrantami. Polała się krew.

Stan wyjątkowy dłuższy

Przed dwoma laty rządzący socjaliści zapełnili więzienia rzeszą opozycjonistów. Wieloletnie wyroki ferowano za podżeganie do przemocy. Za kraty na 13 lat trafił lider opozycji Leopoldo López. Przeciwko represjom protestowali katoliccy hierarchowie i organizacje pozarządowe. Bez skutku. W grudniu ub. roku opozycja wygrała wybory do parlamentu, zgarniając 2/3 mandatów. Ale następca Cháveza prezydent Nicolás Maduro wyniki wyborów unieważnił, dopatrując się procederu sprzedaży głosów. Prezydent ogłosił stan wyjątkowy i od tej pory obchodzi się bez parlamentu. Zignorował m. in. uchwaloną przez parlament amnestię. W odpowiedzi opozycja zebrała 2 miliony podpisów pod wniosek o przeprowadzenie referendum o odwołanie z urzędu prezydenta, którego kadencja kończy się dopiero w 2019 roku. Maduro wniosek ten też zignorował, twierdząc, że podpisy zostały sfałszowane. W istocie rządzący chcą zyskać na czasie. Jeśli Maduro przegra w referendum za rok, obowiązki głowy państwa przejmie jego socjalistyczny wice - Isturiz. Jeśli referendum odwoła prezydenta w tym roku, zostaną przeprowadzone nowe wybory.

Przed tygodniem wściekła opozycja wezwała do marszu protestacyjnego w stolicy kraju. Został on przy pomocy sił policyjnych i służb specjalnych brutalnie rozpędzony. Nic dziwnego że przy takim napięciu społecznym Maduro o trzy miesiące przedłużył stan wyjątkowy. Oficjalne uzasadnienie? Przezwyciężenie kryzysu gospodarczego. Preferencyjna metoda - upaństwowienie prywatnych firm i zamknięcie ich właścicieli za kraty. Ci bowiem wstrzymali produkcję.

- By sabotować gospodarkę socjalistyczną kraju - oskarżają rządzący socjaliści. Odpowiedź biznesmenów? - Brak niezbędnych importowanych składników do produkcji, a to dlatego, że rząd trzyma rękę na dewizach. W przypadku importowanych drożdży ta nieubłagana logika spowodowała zaprzestanie produkcji piwa. Ale paleta towarów konsumpcyjnych, które zniknęły ze sklepów, jest dużo większa.

Wenezuela w ruinie

Maduro wezwał też wszystkie kobiety kraju, akurat oprócz Kostaryki głównego inkubatora seryjnych zwyciężczyń wszelakich Miss Word, Universum i ich klonów, generalnie kraju kultury "beauty", by zaprzestały upiększania włosów suszarką elektryczną i lokówką przed lustrem, gdyż taki luksus nadwyręża maksymalny stopień energetycznego zasilania socjalistycznego kraju. Za deficyt energii prezydent oskarża prąd zatokowy El Nino. Działalność tegoż wywołuje bowiem brak deszczu, w efekcie, obniżenie się stanu wody w jeziorze Guri, którego elektrownia wodna wytwarza ponad 50 procent krajowej energii.

Opozycja z kolei winą, nie tylko zresztą w sektorze energetycznym, obciąża socjalistyczny sposób gospodarowania krajem. Co po latach rządów Cháveza i Maduro doprowadziło kraj na skraj ruiny.

Z nieuchronnymi demonami: Ukrytym bezrobociem, trzycyfrową, jedną z największych na świecie inflacją, recesją, wzrostem cen, niedoborem towarów i rosnącym zadłużeniem. PKB leci z pieca na łeb. W ub. roku zmniejszył się on prawie o 6 procent. Choć jedna przyczyna zapaści leży faktycznie poza możliwościami prezydenta Maduro: rekordowy spadek cen ropy, na której wydobyciu opiera się wenezuelska gospodarka a których złoża należą do największych na świecie. Ale już nacjonalizacja i niedoinwestowanie przestarzałego przemysłu naftowego przez obydwu lewicowych prezydentów położyły go na łopatki.

Poza tym Maduro wszędzie wietrzy spiski, głównie amerykańskiej CIA, dybiącej na socjalistyczną redutę XXI wieku. W kręgu podejrzanych oprócz rodzimych wojskowych znalazł się także były prezydent Kolumbii Álvaro Uribe Vélez. Skąd to podejrzenie? Jedynie Maduro raczy wiedzieć. Choć sytuacja socjalistycznego prezydenta na kontynencie przypomina oblężoną twierdzę. Wszędzie upadają "czerwone" rządy. Od Argentyny po Brazylię, gdzie w ostatnich dniach zawieszono w obowiązkach prezydenckich niepopularną Dilmę Rousseff. Jej wenezuelski kolega przeprowadza więc na poligonach prewencyjne manewry wojskowe, a w administracji wojskowej czystki. Jakby tego było mało, życie codzienne kraju toczy się w cieniu wyjątkowo żywotnej przestępczości. W Caracas ginie dziennie średnio 30 osób, co stolicę kraju czyni światowego lidera w niechlubnej statystyce mordów.

Maduro gorszy niż Chavez

Maduro, mający sporo z topornego ideologa w stylu Fidela Castro, polaryzuje katolickie społeczeństwo w jeszcze większym stopniu niż jego charyzmatyczny poprzednik Chávez. Ale to właśnie Chávez rozpoczął krucjatę przeciwko Kościołowi. W 2010 roku nazwał najważniejszego katolickiego hierarchę w kraju, kardynała Caracas Jorge Urosa Savino, "troglodytą". Soczysty epitet prezydent popełnił podczas uroczystego przemówienia w parlamencie w obecności dziekana korpusu dyplomatycznego w Wenezueli, nuncjusza papieża Benedykta XVI (2005-2013) Pietro Parolina. Co sprawie nadało jeszcze bardziej pikantnego charakteru. Kardynał Savino pozwolił sobie bowiem na to, by w wywiadzie dla dziennika "El Universal" rządy w Wenezueli określić jako "marksistowski totalitaryzm" i spointować je krótko: "Jesteśmy na drodze do dyktatury." Podczas swojego przemówienia w parlamencie Chávez zwrócił się bezceremonialnie do siedzącego w loży honorowej nuncjusza Parolina z propozycją zmiany na kardynalskim stolcu w stołecznym Caracas: Urosa Savino miałby zastąpić biskup diecezji San Cristóbal, ekscelencja Mario Moronta, "przyjaciel socjalistycznej rewolucji". Dało to początek oszczerczej kampanii przeciwko innym biskupom kraju, których Chávez także nazwał "trogoldytami", kardynała Savino dodatkowo "faszystą". Co z kolei okazało się trampoliną do wysunięcia groźby weryfikacji stosunków z Watykanem. Zawarty w 1964 roku konkordat, przyznający Kościołowi katolickiemu uprzywilejowaną pozycję w państwie, Chávez uznał za sprzeczny z konstytucją kraju, a papieża Benedykta XVI "w żadnym stopniu za reprezentanta Chrystusa na ziemi." Bo, jak perorował buńczuczny prezydent, "Chrystus nie potrzebuje zastępcy. Chrystus jest w narodzie i w tych, którzy tak jak my, walczą o wyzwolenie biednych".

Prezydent obraził się na papieża

Natomiast Maduro zdążył się już obrazić na obecną Głowę Kościoła, gdyż "Papa Francisco" nie odwiedził go ani podczas podróży na Kubę, ani na posiedzenie ONZ w Nowym Yorku. Choć papież już dwa miesiące po przejęciu przez Maduro stanowiska prezydenta, w czerwcu 2013 roku, udzielił mu 30-minutowej audiencji. Rok później jedna z wenezuelskich organizacji pozarządowych złożyła na ręce nuncjusza w Caracas raport o łamaniu praw człowieka w ich kraju.

Teraz papież Franciszek nie tylko upoważnił swojego nuncjusza Aldo Giordano do mediacji między rządem a opozycją, ale wysyła mu silne wsparcie w osobie szefa dyplomacji watykańskiej, "ministra spraw zagranicznych" Stolicy Apostolskiej, arcybiskupa Paula Richarda Gallaghera. Oficjalnie watykański dyplomata zjawi się w Wenezueli, by przewodniczyć święceniom biskupim duchownego, który zostanie nuncjuszem w Kongo. W istocie misja Gallaghera jest stricte polityczna. Czego nie ukrywa jego bezpośredni przedłożony kardynał-sekretarz stanu (watykański premier) Pietro Parolin. Były nuncjusz w Caracas, podobnie jak papież Franciszek, czuje się emocjonalnie związany z Wenezuelą. Zapewne nie tylko dzięki temu, że z otwartymi oczami i ustami przysłuchiwał się owej bezczelnej sugestii Cháveza z 2010 roku.



DOSTĘP PREMIUM