Mamed nie może wrócić do domu. Opowiada, jak dostał się do Polski i kto "wyłowił" go z tłumu ludzi na granicy

20 czerwca to Światowy Dzień Uchodźcy. W Polsce w ubiegłym roku około 800 osób uzyskało ochronę. Chodzi o status uchodźcy, ale też ochronę uzupełniającą, pobyt tolerowany i pobyt ze względów humanitarnych. W tym roku wydano niecałe 150 takich decyzji. Imigranci najczęściej przybywają do nas z Rosji, ale to nie Rosjanie, a Czeczeni. Wśród nich jest Mamed, czeczeński prawnik, który od trzech lat żyje i pracuje w naszym kraju, w Fundacji "Ocalenie". - Początki w Polsce nie były łatwe - opowiada reporterce TOK FM.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Mamed urodził się w Czeczenii. Został prawnikiem, nieźle zarabiał. Był doradcą jednego z posłów. - Pracowałem w Unii Obrońców Praw Człowieka. Ratowaliśmy ludzi, którzy byli torturowani przez służby specjalne - opowiada. Jego problemy zaczęły się w 2012 roku. - Były wybory prezydenta Rosji. I ja w naszej republice byłem przedstawicielem jednego z kandydatów w tych wyborach - mówi.

Problem w tym, że władza nie uznawała innych kandydatów. Mamed zaczął być prześladowany. - Byłem często wzywany na przesłuchania. Radzono mi, abym skończył swoją działalność. Aż w końcu zostałem zabrany przez nieznanych mi ludzi. Pobili mnie bardzo dotkliwie. Myśleli, że już nie żyję i wyrzucili z samochodu, za miastem - opowiada nasz rozmówca.

To wtedy usłyszał od ojca - architekta, że musi wyjechać. Bo może się to bardzo źle skończyć. Początkowo ukrywał się w różnych miejscach w Rosji, ale to nie pomogło. Stąd decyzja o wyborze Polski.

Mamed przyjechał pociągiem do Terespola, tak jak rzesza innych Czeczenów. Jak mówi, razem z nim przyjechało około trzysta innych osób. Gdy po wyjściu z pociągu, na przejściu granicznym, zobaczył pograniczników z psami, mocno się przestraszył. - Pomyślałem nawet, że coś jest nie tak, to wyglądało groźnie, jak na filmie. Zastanawiałem się chwilę, czy nie zawrócić - przyznaje.

"Zabrali mnie z kolejki podróżnych, wyglądało groźnie"

Emocje sięgnęły zenitu, gdy jeden z pograniczników wyciągnął go z kolejki i zabrał do budynku, na drugie piętro. - Nie wiedziałem co się dzieje, dlaczego mnie zabrano z tej kolejki. Pomyślałem, że nie jest dobrze - mówi. Okazało się jednak, że pogranicznicy zauważyli, że Mamed bardzo się wyróżniał. - Tak chyba nie było drugiej takiej osoby. Ja przyjechałem bez żadnej walizki. Miałem tylko to, co na sobie, dokumenty i pieniądze - opowiada. - Po dwóch godzinach przyszedł do mnie jeden z funkcjonariuszy i zaczął po rosyjsku tłumaczyć mi, co się dzieje. Powiedział, że nie mam się czego bać, że wzięli mnie z tej kolejki, bo widzieli, że byłem mocno przestraszony i zestresowany - wspomina.

Pogranicznik z Terespola podał wodę, pomógł Mamedowi wypełnić wniosek o nadanie statusu uchodźcy, okazał serce i empatię. - Dziś mogę powiedzieć, że to był po prostu dobry człowiek - mówi Czeczen. I dodaje, że w życiu nie myślał o tym, by zostać uchodźcą. - Ale gdy przekraczasz granicę, uciekasz z innego kraju, to musisz to zrobić, nie masz wyjścia - dodaje.

Straż Graniczna potrafi "wyławiać" z tłumu

- Nasze doświadczenie i obycie w pracy na granicy pozwala nam wyłuskać osoby, które chcą popełnić jakieś przestępstwo graniczne, ale udaje nam się też znaleźć osoby pokrzywdzone. Są to m.in. ci, którzy doświadczyli prześladowania w swoim kraju, ale tez np. ofiary handlu ludźmi - mówi Dariusz Sienicki, rzecznik komendanta Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej.

Na co pogranicznicy zwracają uwagę? - Osoba potrzebująca pomocy odróżnia się od reszty podróżnych. Nie chodzi o wygląd, ale o zachowanie. Taka osoba jest skryta, małomówna - mówi major Dawid Krzysztoń, naczelnik Wydziału do spraw Cudzoziemców. I dodaje, że prozaiczyne gesty, czysto ludzkie, wielokrotnie pomagają takiej osobie się otworzyć i opowiedzieć o problemie. - Podanie wody czy czegoś do jedzenia, ciepłe słowo, uspokojenie tej osoby, powiedzenie, że my jesteśmy od tego, żeby ją wesprzeć. To wszystko pomaga - dodaje pan major.

Mamed na granicy spędził ponad osiem godzin

Tak jak od innych, pobrano od niego odciski palców, zrobiono mu zdjęcie i wydano dokumenty podróży. Dostał też mapę z instrukcją, jak ma trafić do ośrodka recepcyjnego, czyli przejściowego, dla cudzoziemców. Z granicy, jak mówi, wziął taksówkę i pojechał do Białej Podlaskiej. - Tam od razu się mną zajęli, wszyscy byli bardzo mili i pomocni. Od razu zacząłem też uczyć się języka polskiego, żeby móc rozumieć i mówić po polsku - opowiada. W ośrodku recepcyjnym spędził kilka dni, po czym wyjechał do rodziny, do Belgii. Jako osoba ubiegająca się w Polsce o status uchodźcy, nie mógł tam jednak przebywać, o czym dowiedział się od policji. - Wiedziałem, że nie chcę łamać prawa - podkreśla. Wrócił więc do Polski, do innego ośrodka, już stałego, w innej miejscowości.

Pobyt w ośrodku? Jeden z pracowników krzyczał na mieszkańców

Pobytu w drugim ośrodku nie wspomina dobrze, był tam cztery miesiące. Nie do końca dogadywał się z innymi Czeczenami, poza tym, jak mówi, nie mógł się rozwijać, nauka języka nie szła tak, jak sobie założył. Ale ma też zastrzeżenia do niektórych z pracowników placówki. - Byli źle nastawieni do ludzi, którzy mieszkają w ośrodku. Czułem dyskryminację ze strony niektórych. Pisałem skargi, ale to nie pomagało. Przejawiało się to w tym, że przychodził do mnie jakiś dokument, a ja go dostawałem dopiero po jakimś czasie, nie od razu. Poza tym, był jeden pan, zawsze niemiły, krzyczał na ludzi, używał słów wulgarnych. Dlatego uznałem, że muszę ten ośrodek opuścić - opowiada Mamed.

Jako, że miał pieniądze, wynajął mieszkanie. Powoli zaczął się wdrażać do życia w Polsce. Znalazł jakieś zajęcie - m.in. jako wolontariusz w organizacjach pozarządowych. Dziś pracuje w Fundacji "Ocalenie", pomaga innym cudzoziemcom. - Jestem zadowolony z tego, że tu jestem. Choć tęsknię za rodziną, za krajem. Chciałbym tam wrócić, ale wiem, że nie mogę - mówi.

Pierogi? Już potrafi ulepić

Polubił polską kuchnię, nauczył się robić np. pierogi. - A ostatnio odkryłem zupę pomidorową. Bardzo mi smakowała, nigdy wcześniej takiej nie jadłem - przyznaje. Jak dodaje, w tej chwili mieszka z Ukraińcami, więc dominuje... kuchnia ukraińska. Czego mu brakuje? - Najbardziej czeczeńskich szaszłyków. W Polsce też są szaszłyki, ale zupełnie nie takie jak w Czeczenii - mówi.

- Mamed jest przykładem uchodźcy, który świetnie się w Polsce integruje. W krótkim czasie opanował język polski w stopniu zdecydowanie większym niż komunikatywny. To jest jeden z fajnych przykładów człowieka, który uciekł przed ciężkimi prześladowaniami. Potrafił zostawić to za sobą, ma plany, aby w Polsce mieszkać i tu pracować. Ja mu z całego serca kibicuję - mówi Rafał Kostrzyński, rzecznik Biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców w Polsce.

Anna Gmiterek-Zabłocka na Twitterze

DOSTĘP PREMIUM