"Ustawa aborcyjna urąga demokratycznemu państwu. Nikogo do niczego nie zobowiązuje ani nie jest przestrzegana"

Krystyna Kacapura, szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, w obszernym wywiadzie dla "Codziennika Feministycznego" opowiada o opublikowanym niedawno raporcie o dostępie do legalnych aborcji. Mówi też o tzw. kompromisie aborcyjnym i hipokryzji ws. usuwania ciąży. Za zgodą "Codziennika" publikujemy obszerny fragment wywiadu.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Pod koniec kwietnia pisaliśmy o tym, jak naprawdę wygląda dostęp do legalnych aborcji w Polsce. Raport jest przygnębiający. Kobiety w praktycznie każdym województwie napotykają na problemy, które wynikają nie tylko z braku procedur, ale i złej woli.

Codziennik Feministyczny: Zastanawia mnie, z czego wynika tylko kilka zarejestrowanych aborcji rocznie na skutek gwałtu?

Krystyna Kacapura, szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny: Kobiety informują się wzajemnie i dzięki temu dobrze wiedzą, że ta procedura jest poniżająca i skomplikowana. Stygmatyzacja ofiar jest tak olbrzymia, że zgwałcone kobiety, gdy są zdecydowane na zakończenie ciąży z gwałtu, wolą zrobić to nielegalnie. Albo legalnie za granicą. Kobiety nie chcą być narażone na dodatkowy stres i cierpienie. Obawiają się również tzw. wycieku informacji. Znają przypadek Agaty z Lublina. Boją się iść do szpitala. Bo przecież skąd ksiądz dowiedział się, że zgwałcona dziewczynka chce przerwać ciążę? Taka sama sytuacja dotycząca ujawnienia szczegółowych informacji dotyczących legalnej aborcji miała miejsce w Szpitalu Klinicznym Dzieciątka Jezus w Warszawie. W niektórych szpitalach najwyraźniej nie obowiązuje także tajemnica lekarska.

Skutki tzw. kompromisu aborcyjnego są również takie, że ginekolog podaje kobiecie nazwę leku na stawy (na receptę), a potem zachęca, aby przyszła do pana ginekologa na wyłyżeczkowanie macicy za 1500 zł.

- Kompromis aborcyjny nie jest żadnym kompromisem. Kobiety nie brały w nim udziału. To jest wynik porozumienia między politykami a kościołem. W ciągu 23 lat obowiązywania ustawy, paradoksalnie, byłyśmy zmuszone bronić tego kompromisu. Ponieważ okazało się, że kompromis z punktu widzenia środowisk katolickich i ruchów przeciwnych prawu wyboru to jest jeszcze za dużo. Uznali, że trzeba odebrać kobietom nawet tę resztkę podmiotowości. Zostałyśmy więc postawione pod ścianą i tak jest do tej pory. Bronimy czegoś, czego nienawidzimy. Wiemy z całą pewnością, że to rozwiązanie nie działa. Nie jest skuteczne. Ta ustawa urąga demokratycznemu państwu. Nikogo do niczego nie zobowiązuje ani nie jest przestrzegana. W tych konkretnych przypadkach, które odnotowano w ustawie, dostępność aborcji jest znikoma.

Co faktycznie wpływa na zmniejszenie liczby aborcji?

- Gdyby ustawa miała spowodować zmniejszenie liczby aborcji, to powinny zostać spełnione dwa warunki. Po pierwsze dostęp do antykoncepcji. W Polsce nie ma szerokiego dostępu do antykoncepcji, a środki antykoncepcyjne nie są refundowane. Po drugie edukacja seksualna. Przedmiot, który jest nieobowiązkowy i zależy od decyzji, a właściwie światopoglądu rodziców, co zostało sformułowane w nowej ustawie, to nie jest żadna rzetelna edukacja seksualna. To jest przygotowanie do życia w rodzinie. Te dwa warunki muszą zostać spełnione, jeśli chcemy, aby ustawa spełniała swoją funkcję. Ale u nas wszystko jest na odwrót. Najpierw likwiduje się edukację seksualną, potem ogranicza dostęp do antykoncepcji. A na końcu zakazuje aborcji.

Często farmaceuci bez problemów dają mężczyznom pigułkę po stosunku, a kobietom się tego odmawia.

- Wyjaśnienie może być takie, że gdy mężczyzna chce uniknąć niechcianego ojcostwa, to trzeba mu w tym pomóc. Bo ma do tego prawo. Mężczyzna jest odpowiedzialny, a kobieta przychodzi po dropsy. Tak wyglądają patriarchalne tradycje w naszym społeczeństwie. Od kościoła do władzy, a skończywszy na pozycji kobiety w domu. Ciąża to kara za seks. Masz cierpieć i rodzić - to jest twoja rola. Lekarze celowo wprowadzają kobiety w błąd. Tabletka awaryjna nie jest żadną tabletką aborcyjną. Nie ma działania wczesnoporonnego, tylko zapobiega zapłodnieniu. Ona nie działa, jeśli kobieta jest już w ciąży. Nie wykazuje również szkodliwego działania na płód. To sami lekarze posługują się terminem "tabletka wczesnoporonna" na określenie antykoncepcji doraźnej. Lekarze - katolicy. Tylko, że kobieta chce się leczyć u lekarza, a nie lekarza ze światopoglądem. Zresztą, idąc tym tokiem myślenia, każdy rodzaj antykoncepcji można uznać za aborcję, nawet prezerwatywę. Niedługo nawet spotkanie dwóch osób przeciwnej płci będzie stanowić potencjalną aborcję.

Szacunkowo dokonuje się około 100-150 tys. aborcji rocznie. Potwierdziło to badanie CBOS, według którego 1/3 Polek w ciągu całego swojego życia przynajmniej raz dokonała aborcji. Większość z nich to praktykujące katoliczki.

- Ostatnio rozmawiałam ze studentką, młodą dziewczyną, która przyszła do Federacji po jakieś broszury. Zachęcałam ją do podpisania listy pod projektem ustawy "Ratujmy Kobiety". I nagle ona mówi: "Wie Pani, ale ja jestem przeciwna aborcji". Rozmawiamy dalej i słyszę: "No ale teraz jestem na drugim roku studiów i gdybym zaszła w ciążę, to na pewno musiałabym dokonać aborcji". Co to oznacza? Sobie pozwalam podjąć taką decyzję, ale nie pozwalam innym kobietom. Jestem przeciwna, ale sobie ufam. Wierzę, że z różnych powodów jestem w stanie podjąć słuszną decyzję. Tylko dlaczego, my, kobiety, nie potrafimy rozszerzyć tego zaufania na nas wszystkie? Ufajmy kobietom. Kobieta nie traktuje aborcji jako zabawę czy zachciankę. To jest zawsze decyzja. Dlatego uważamy, że każda kobieta ma prawo do decydowania o swoim ciele i rozrodczości. Kobiety zaczynają już rozumieć, czym jest sprawiedliwość reprodukcyjna i że prawo to nie obowiązek. Mam prawo, ale jeśli jestem praktykującą katoliczką, to nikt nie może mnie zmuszać do przerwania ciąży. To działa także w drugą stronę.

Cały wywiad z Kacapurą na stronie Codziennika Feministycznego>>

DOSTĘP PREMIUM