Ubezpieczona miała raka. PZU: Ubezpieczenie nieważne

Panu Januszowi z Gościmia w lubuskiem w ubiegłym roku zmarła żona, kilka miesięcy wcześniej razem ubezpieczyli się w PZU, teraz firma odmówiła wypłaty odszkodowania.
Mimo że od śmierci Pani Małgorzaty minęło kilka miesięcy, pan Janusz do dziś nie może dojść do siebie. - To było całe moje życie. Wszystko, co kochałem umarło, razem z żoną - mówi z zaciśniętym gardłem i z lekkim uśmiechem wspomina: - Znaliśmy się od przedszkola, to był cały mój świat.

W momencie podpisywania polisy żona Pana Janusza Pęcherzewskiego była po wygranej bitwie z rakiem. Wtedy PZU to nie przeszkadzało. - Nie żądano ode mnie żadnego zaświadczenia o stanie zdrowia żony, nie mieli żadnych zastrzeżeń. Ich przedstawiciel kazał mi podpisać polisę i wpłacać pieniądze - opowiada pan Janusz dodając, że papiery podpisał z czystym sumieniem, bo po operacji, żona była w pełni sprawna.

- Jeździła samochodem, w domu sama wszystko robiła. Byliśmy pewni, że złapaliśmy pana Boga za nogi, że z tego wyszliśmy - dodaje. Z powodu obserwacji i ogólnego wycieńczenia chorobą, pani Małgorzata starała się o rentę. ZUS nie chciał przyznać świadczenia. państwo Pęcherzewscy kilkakrotnie się odwoływali.

Kiedy stan chorej nagle się pogorszył, lekarze orzecznicy spotkali się jeszcze raz i w końcu rentę przyznali... w lipcu z wyrównaniem od stycznia. I właśnie dopiero lipcu, czyli pół roku po podpisaniu umowy z PZU, państwo Pęcherzewscy dowiedzieli się, że pani Małgorzata jest na rencie.

Dlaczego się ubezpieczył?

To nie Pan Janusz przyszedł do PZU, to PZU przyszło do pana Janusza. Przedstawiciel firmy pojawił się w szkole, w której pracuje, zaproponował nauczycielom atrakcyjne ubezpieczenie dla pracowników szkoły i ich rodzin.

- Wytłumaczyłem swoją sytuację. Pytali tylko, czy aktualnie nie leży w szpitalu lub nie jest na zwolnieniu lekarskim. Nie była, podpisałem z czystym sumieniem - opowiada mężczyzna. Gdy niespodziewany nawrót choroby zabrał mu żonę, zgłosił się do ubezpieczyciela i złożył wszystkie wymagane dokumenty. - Mimo że PZU samo daje sobie w umowie 30 dni na odpowiedź, ja czekałem ponad 2 miesiące. W końcu sam się do nich odezwałem - wspomina pan Janusz. W odpowiedzi usłyszał, że w firmie była restrukturyzacja, a ubezpieczyciel czeka jeszcze na dokumenty z ZUS-u.

Dla zasady!

Pan Janusz nie mógł pogodzić się z takim traktowaniem, tym bardziej, że gdy zgłaszał śmierć żony w PZU, został dość nieprzyjemnie potraktowany. - Podsunęli mi do podpisu dokument z paragrafami: miałem oświadczyć, że nie chcę wyłudzić odszkodowania. Poczułem się jak cmentarna hiena, która chce zarobić na śmierci swojej żony, a gdyby jakiekolwiek pieniądze mogły przedłużyć jej życie choćby o godzinę, to ja bym się zapożyczył - zapewnia mężczyzna.

I dodaje: - Wtedy postanowiłem, że będę walczyć o to odszkodowanie. Nie dla pieniędzy, dla zasady.

Odpowiedź PZU

W sprawie pana Janusza pisaliśmy do rzecznika PZU już w ubiegłym tygodniu, odpowiedź przyszła dopiero po weekendzie: "Niestety nie możemy udzielić Panu informacji, o które Pan prosi. (...) PZU zapewnia, że ze swojej strony nie dopuściło do żadnych uchybień."

W międzyczasie pan Janusz także dostał pismo z uzasadnieniem odmowy wypłaty odszkodowania: ubezpieczyciel tłumaczy, że w momencie podpisywania umowy Pani Małgorzata była na rencie, a to traktowane jest przez firmę jako zwolnienie lekarskie.

Szkopuł w tym, że ZUS kilkakrotnie odmawiał przyznania jej renty, a o tym, że jedno z odwołań okazało się skuteczne, państwo Pęcherzewscy dowiedzieli się dopiero w lipcu 2009 roku, pół roku po podpisaniu umowy z PZU. Sprawa jest skomplikowana i wszystko wskazuje na to, że swój finał znajdzie w sądzie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny