Co jest najważniejsze w tym tekście? Przyczyny pośrednie katastrofy, bałagan w 36. Pułku

- Co jest twoim zdaniem najważniejsze w tym tekście? - Marcin Graczyk pytał Michała Krzymowskiego, dziennikarza "Wprost" i współautora tekstu, w którym ujawniono materiały ze śledztwa smoleńskiego. - Najważniejsze są poszukiwania przyczyn pośrednich katastrofy smoleńskiej. Dokumenty pokazały ogromny bałagan w polskim pułku...
"Wprost" opublikował w poniedziałek materiały ze śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Dziennikarze tygodnika dotarli do 57 tomów akt. - Prokuratura wszczęła śledztwo z paragrafów karnych. Boicie się z Marcinem Dzierżanowskim kary więzienia? - pyta Marcin Graczyk.

- Nie boimy się. Nie wyobrażam sobie, żeby w środku Europy, w demokratycznym, wolnym kraju ktoś próbował wsadzić dziennikarza do więzienia...

- Półtora roku temu była taka próba, były zarzuty karne dla dwóch dziennikarzy... (chodzi o zarzuty dla Krzysztofa Skórzyńskiego z TVN i Mariusza Gierszewskiego z Radia ZET - przyp. red.)

- Tak, ale był to precedens. Incydent, który w innych sytuacjach się nie zdarzał. W tamtym przypadku prokuratura powinna odpuścić. Tak samo w naszym. Nie chcę zabrzmieć arogancko, ale mam nadzieję, że prokuratura się nad nami zlituje i nie będzie nam stawiać zarzutów. Wykonywaliśmy tylko swoją pracę - mówi Krzymowski.

"To był nasz obowiązek"

- Znamy przepisy kodeksu karnego i wiedzieliśmy, z jakimi konsekwencjami ewentualnie będziemy musieli się liczyć. Nasza motywacja? Można ją streścić w dwóch zdaniach. Po pierwsze: śledztwo ws. katastrofy smoleńskiej jest najważniejszym śledztwem w dwudziestoletniej historii wolnej Polski. Po drugie: jesteśmy dziennikarzami, mamy prawo, a wręcz obowiązek informować społeczeństwo o tym, o czym się dowiadujemy - tłumaczy dziennikarz "Wprost".

"Prokuratura nie nam robi na złość"

Krzymowski krytykował też decyzję prokuratury o ograniczeniu rodzinom dostępu do akt ze śledztwa ws. katastrofy - nie można kserować akt i robić fotokopii. - Prokuratura nie robi tym na złość nam, tylko rodzinom - powiedział.

- Antoni Macierewicz też krytykował tę decyzję. Ale uzasadnił to tak: nie ma przesłanek, że wyciek nastąpił od członka jednej z rodzin lub od któregoś z pełnomocników. Jego zdaniem, z publikacji wynika, że to sama prokuratura wojskowa jest odpowiedzialna za przeciek. Czyli kolejny rosyjski spisek... - mówi Marcin Graczyk. Macierewicz sugerował także, że opublikowane informacje mają charakter "zmasowanego ataku" na jedną z ofiar katastrofy, dowódcę Sił Powietrznych, gen. Andrzeja Błasika.

- Poseł Macierewicz skłamał lub nie ma umiejętności czytania ze zrozumieniem. Nasz tekst składa się z 20 pytań i 20 odpowiedzi. I tylko jedno z tych pytań dotyczy gen Błasika. Mówienie, że osią naszego tekstu jest atak na gen. Błasika jest zupełnie nieuprawnione - mówi Krzymowski.

- Wbrew temu co niektórzy też sugerują, nie dostaliśmy tych materiałów po to, żeby przykryć niekorzystną dla rządu sprawę umowy gazowej. Sprawą katastrofy zajmujemy się od pół roku. Zbieramy materiały do książki. W pewnym momencie dotarliśmy do tych materiałów i uznaliśmy, że nie możemy z tak ważnymi informacjami czekać na publikację książki...

Najważniejsze: bałagan w polskim pułku

- Co jest twoim zdaniem najważniejsze w tym tekście? - pyta Graczyk.

- Najważniejsze są poszukiwania przyczyn pośrednich katastrofy. Prokuratura w tej części akt koncentruje się na bałaganie w polskim pułku. Można to zilustrować dwoma przykładami. Pierwszy: lot z Haiti. Kapitan Arkadiusz Protasiuk wracał tupolewem. Okazało się, że samolot przez pół świata leciał z awarią. To pokazuje, w jaki sposób było traktowane bezpieczeństwo w 36. Pułku. Druga sprawa: zeznania wdów pilotów mówiące o brakach kadrowych w pułku. Jedna z wdów mówi: pułk był traktowany jak taksówka bez taksówkarzy. Czyli politycy zamawiali samoloty nie mając często świadomości, że brakuje pilotów. Były sytuacje, gdy pilot po wyczerpującym rejsie tupolewem szedł spać i rano musiał lecieć rządowym jakiem.

- W tekście jest też dramatyczna relacja żony posła Deptuły z telefonu, jaki wykonał w chwili katastrofy. Niektórzy mówią, że ten fragment jest w tekście niepotrzebny - mówi Graczyk.

- Nie zgadzam się z tym zupełnie. Jest to rzeczywiście bardzo poruszająca relacja. Natomiast my skontaktowaliśmy się przed publikacją z wdową po pośle Deptule. To była bardzo życzliwa rozmowa. Na początku nie byłem pewien, czy możemy o tym pisać. Usłyszałem: panie redaktorze, taka jest pana praca - odpowiada współautor tekstu o śledztwie ws. katastrofy.

DOSTĘP PREMIUM