"Młodość gorsza od piekła". Wspomnienia dysydentki

O dniach chińskiej "inwazji" na Tybet, więziennej gehennie, głodzie i śmierci najbliższych, oraz o tym, jak nie żywić urazy do Chińczyków, opowiada Ama Adhe, 81-letnia Tybetanka, która przeżyła 27 lat jako więzień polityczny reżimu Mao Tse-tunga.
Kilka miesięcy temu rozsiani po całym świecie Tybetańczycy obchodzili 75. urodziny swojego duchowego i de facto politycznego przywódcy, Jego Świątobliwości Dalajlamy. Jak twierdzi Ama Adhe, 81-letnia Tybetanka, więziona przez 27 lat przez władze Chin, to właśnie bezwarunkowa miłość do duchowego przywódcy pozwoliła jej przetrwać najgorsze chwile. Jako młoda dziewczyna, Ama stała się naocznym świadkiem chińskiej "inwazji". Za uczestnictwo w pierwszej fali protestów w Tybecie zapłaciła bardzo wysoką cenę. Razem z setkami Tybetańczyków, w tym z wieloma mnichami i mniszkami, trafiła do więzienia. Kolejne 27 lat w niewoli spędziła balansując na krawędzi życia i śmierci, znosząc nieludzkie warunki, głód i inne rodzaje tortur.

Odziana w tradycyjną tybetańską bluzkę i zawijaną spódnicę, trzymając w ręce sznur modlitewny, Ama Adhe wyłania się z wnętrza małego, obskurnego pokoju w tybetańskim centrum dla uchodźców w McLeod Ganj, gdzie mieszka od 23 lat. Wysoka i dobrze zbudowana, z siwymi włosami zaplecionymi w dwa warkocze okalające jej twarz, wita swoich gości z serdecznością. Spogląda na dziennikarzy zza okularów w grubych oprawkach, wzrokiem wciąż pełnym nadziei. Siedzi spokojnie i odpowiada na pytania gorliwie i z przejęciem.

Divya Gupta: Ama, urodziłaś się w 1932 roku i dorastałaś z jednym z ostatnich pokoleń przed chińską okupacją. Mogłabyś spróbować przypomnieć sobie Tybet z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości? Co widzisz?

Kiedy byłam małą dziewczynką, Tybet był wolnym państwem. Mieszkałam w regionie Kham, na północnym wschodzie kraju. Nie pochodziłam z bogatej rodziny, ale wiedliśmy samowystarczalny, nomadyczny, szczęśliwy żywot. Latem, wypasaliśmy bydło na wyżynach

i biegaliśmy pośród kwitnących kwiatów. W zimie obchodziliśmy święta religijne. W wolnym Tybecie mogliśmy praktykować naszą religię i swobodnie świętować. Zbieraliśmy się w buddyjskim klasztorze. Dookoła było ich bardzo wiele. Podczas, Losaru (tybetańskich obchodów Nowego Roku), wszyscy udawali się do klasztorów, śpiewali, tańczyli, przygotowywali i oglądali przedstawienia teatralne. Nosiliśmy tradycyjne tybetańskie stroje i biżuterię. Nie było żadnych obostrzeń, jeśli ktoś chciał udać się na pielgrzymkę do Lhasy. Moja rodzina była bardzo religijna. Bardzo mnie to cieszyło i byłam z tego dumna.

Chińska inwazja rozpoczęła się w 1949 roku. Byłaś jej świadkiem. Znasz też doskonale przebieg wydarzeń, które wiodły do zbrojnego konfliktu pomiędzy siłami tybetańskiej rewolty i chińskiej armii. Być może widziałaś ucieczkę Dalajlamy do Indii w 1959 roku...

Kiedy wkroczyli Chińczycy, byłam wśród protestujących. Tysiące Tybetańczyków wyległy na ulice, żeby zatrzymać wojsko przed zajęciem Lhasy. Podczas inwazji widziałam swoich rodaków w Amdo ginących jak zwierzęta. Chińczycy prowadzili nalot. Ciała i krew Tybetańczyków, którzy wyszli na ulice, aby chronić Jego Świątobliwość przed wojskiem, były wszędzie.

Ludzie spotykali się potajemnie w domach. Chińczycy stwierdzili, że mój mąż jest wichrzycielem, więc zabili go w 1958 roku. Miałam wtedy 26 lat. Był dzielnym człowiekiem, nie udało im się go zastrzelić, więc został otruty. Zmarł nagle. Byłam w czwartym miesiącu ciąży z moja córką. Mieliśmy już syna. Zaraz po śmierci męża aresztowano mojego szwagra. Został publicznie upokorzony i postrzelony dwukrotnie w głowę na miejskim placu, jako przykład. Kilka miesięcy później i ja trafiłam do więzienia. Razem z 300 innymi kobietami, które brały udział w proteście przeciwko Chińczykom. Moja córka była noworodkiem. Kiedy przyszli mnie aresztować, mój 4-letni syn płacząc i krzycząc złapał za nogę chińskiego żołnierza. Ten kopnął go tak mocno aż poleciał na bok, a mnie wyprowadził. Zatrzymano mnie pod koniec lat 50. To był najgorszy okres. Chińczycy zaczęli otwarcie piętnować wysokich rangą mnichów i powstrzymywać wydarzenia religijne.

Spędziłaś 27 lat jako więzień polityczny reżimu znanego, jako bezwzględny. Jak udało się Ci się przetrwać?

Tylko cztery z 300 kobiet uwięzionych ze mną przeżyły. Reszta zmarła w więzieniu. Przez cały okres niewoli byłam aż w ośmiu placówkach w Tybecie i w Chinach. Najtrudniejsze były pierwsze trzy lata w więzieniu Inganse. Nie dostawialiśmy posiłków, tylko zmielone zboże z dużą ilością wody. Wiele osób zmarło z głodu. Byliśmy tak głodni, że jedliśmy podeszwy własnych butów. Cztery z nas przeżyły, ponieważ odpowiadałyśmy za karmienie świń. Wyjadałyśmy warzywa i zboże z paszy. Modlę się, aby nikt nigdy nie musiał doświadczyć tego, co przeżyłam ja i moi współwięźniowie. Te 27 lat w więzieniu były gorsze od piekła.

Kiedy wyszłam na wolność, byłam na wpół szalona, cierpiałam na ostrą depresję. Dużo płakałam, a nagle zaczynałam się śmiać. Najmniejszy dźwięk powodował u mnie strach. Wyglądałam jak szkielet. Miałam zapadnięte oczy. Poszłam do tradycyjnego tybetańskiego lekarza po pomoc. Rozpłakał się na mój widok.

Gdy byłam w więzieniu, zmarł mój syn. Nie wiem dokładnie jak to się stało. Słyszałam, że utonął. Na wolności spotkałam moją córkę. Nie poznałam jej. Ludzie musieli nas sobie przedstawić. W końcu udało nam się stworzyć więź i zaczęła mnie nazywać mamą, ale na początku czułam większy związek z współwięźniami niż z własnym dzieckiem.

Jak zmienił się wtedy Tybet?

Kiedy wyszłam na wolność w 1985 roku, wszystko wyglądało inaczej. Prawie nigdzie nie było już klasztorów. Złoty kolor klasztornych szczytów zastąpiła czerń. Pamiętałam jeden duży klasztor - Kharnang - został zniszczony. Jego główny mnich - Kharnang Rimpoche - był w tym samym więzieniu, co ja. Zginął. Nikt nie wie dokładnie, jaka była przyczyna jego śmierci, ale istnieją podejrzenia, że został zagłodzony na śmierć.

Nie było już też drzew, w miejscu, gdzie dawniej mieszkałam. Ścięto je. Kiedyś ich pnie były tak duże, że potrzeba było ramion dwóch osób, żeby je objąć. Teraz były wysyłane ciężarówkami i statkami na sprzedaż do Chin. W Tybecie zamieszkało wielu Chińczyków, a wielu Tybetańczyków osiedliło się w odosobnionych zakątkach kraju.

Ty trafiłaś do Indii

Dwa lata później, w 1987 roku, uciekłam do Nepalu i w 1988 roku dostałam się do Dharamsala w Indiach. Od 23 lat żyję w tym samym pokoju, na wychodźstwie. Jestem tu szczęśliwa. Buddyzm jest dla mnie najważniejszą rzeczą i jestem zadowolona, że mogę być na ziemi, gdzie miał swój początek. Tutaj jestem wolna. Mogę zrobić wszystko i nikt mnie nie powstrzyma. Odkąd jestem na wychodźstwie, odwiedziłam wiele państw na całym świecie.

W 1989 pojechałam do Niemiec, aby wziąć udział w międzynarodowym posiedzeniu na temat Tybetu i praw człowieka w parlamencie w Bonn. Dzisiejsi chińscy oficjele twierdzą, że doznałam krzywdy za czasów reżimu Mao, nie Deng Xiaopinga, więc nie czują się odpowiedzialni za to, co mnie spotkało.

Po tym jak spędziłaś znaczną część swojego życia jako więzień chińskiego reżimu, jak dzisiaj patrzysz na Chińczyków? Czy spotykasz się z ich story z empatią i zrozumieniem?

Chińczycy na całym świecie są skłonni do słuchania. Kiedy zginęli studenci na placu Tiananmen, poproszono mnie o wystąpienie na Uniwersytecie Harwardzkim. Po prelekcji podszedł do mnie Chińczyk i zapytał, jakie mam zdanie na temat chińskich studentów. Powiedziałam, że nie mam nic przeciwko nim. Kiedy byłam w więzieniu chińscy i tybetańscy więźniowie powtarzali, że mają wspólnego wroga - reżim. Powiedziałam, że opowiadaliśmy się przeciwko Czerwonej Gwardii. Wtedy studenci podeszli i objęli mnie.

Obiecałam sobie, że przeżyję, aby opowiedzieć swoją historię, że podzielę się nią z Dalajlamą dla tych wszystkich Tybetańczyków, którzy umarli i okrutnie cierpieli. Kiedy spotkałam Jego Świątobliwość, powiedział do mnie, że nie należy kłamać, czy żywić urazy do Chińczyków, tylko mówić prawdę, a ta prawda nas wesprze.

Jest coś, o czym marzy Ama Adhe?

Zanim umrę, chciałabym zobaczyć Dalajlamę siedzącego w Pałacu Potala, w wolnym Tybecie, gdzie jest jego i nas wszystkich miejsce. 

Tekst publikujemy dzięki uprzejmości organizacji Panos Institutes

DOSTĘP PREMIUM