Miało tam już nie być wojny...

Wziąłem stojący między nogami karabin, jeszcze chciałem się bronić, ale chwilę później zobaczyłem, że z mojej nogi są strzępy, pełno krwi. Wsadziłem rękę pod kamizelkę, a tam dziura w brzuchu - opowiada w rozmowie z Anną Wacławik-Orpik Tomasz Kloc, weteran polskich misji wojskowych w Libanie i Iraku. - Wróciłem z utraconym zdrowiem. Brakowało mi pomocy ze strony wojska i przełożonych
Anna Wacławik-Orpik: Dlaczego pojechaliście na misje?

Daniel Kubas*: Służyłem jako żołnierz, zawsze chciałem to robić. To było moją pasją, uważałem, że mam taki obowiązek. Jeśli władze naszego kraju, demokratycznie wybrane, w sposób zgodny z prawem wysyłają żołnierzy za granicę, żeby walczyli w interesach tego kraju, to moim obowiązkiem, obowiązkiem żołnierza, jest jechać na taką misję.

Tomasz Kloc**: W moim przypadku podobnie. Decydowała też chęć zdobycia nowych doświadczeń. Byłem dowódcą patrolu rozminowania, zarówno na wcześniejszej misji w Libanie, jak i w Iraku. Doświadczenia, jakie miałem po Libanie, były moim atutem. Bardzo mnie do wyjazdu namawiano.

Daniel Kubas: Zdobywanie doświadczeń dla żołnierza to ważna sprawa. Oczywiście poligony, ćwiczenia tu w Polsce... To wszystko pomaga, ale wyłącznie w warunkach bojowych można się dowiedzieć, jaką się sobą wartość przedstawia jako żołnierz. Dopiero kiedy człowiek jest w ogniu walki, może stwierdzić, jak się zachowuje, jak działa naprawdę.

Obaj zostaliście ciężko ranni na misjach. Jak wyglądały te wydarzenia?

Tomasz Kloc: Moja codzienna praca polegała na przemieszczaniu się konwojem w miejsce wykonywania prac saperskich, czyli sprawdzania i rozminowania terenu. Kolejnym elementem było niszczenie niebezpiecznych przedmiotów odebranych przeciwnikowi, terrorystom. Akurat w dniu, kiedy miałem wypadek, jechałem w rejon niszczenia rakiet przeciwpancernych, które zostały odebrane poprzedniego dnia podczas akcji. W trakcie przemieszczania się mojego patrolu nastąpiła eksplozja miny pułapki, umieszczonej przy drodze i prawdopodobnie odpalonej radiowo. Zostałem ciężko ranny. Odłamki uszkodziły mi udo, brzuch, rękę, twarz... W zasadzie w wielu miejscach były rany szarpane i cięte.

Czy koledzy również ucierpieli?

Tomasz Kloc: Tak się szczęśliwie złożyło, że samochód, w którym jechałem, był z kierowcą, a kierowca został zasłonięty przeze mnie. Został tylko lekko ranny odłamkami szkła.

Co się działo w tym samochodzie po tym, kiedy został pan ranny?

Tomasz Kloc: Pamiętam tylko pierwsze chwile...Wziąłem stojący pomiędzy nogami karabin, jeszcze chciałem się bronić, ale chwilę później zobaczyłem, że z mojej nogi są strzępy, pełno krwi. Wsadziłem rękę pod kamizelkę, a tam dziura w brzuchu. Powiedziałem do kolegów przez radio, że dostałem, że potrzebuję pomocy i proszę przejąć dowodzenie. Dałem kolegom takie ostatnie komendy, jeszcze trzymała mnie tzw. adrenalina wypadkowa, gdzie człowiek nie czuje bólu. Kilkadziesiąt sekund, może dwie minuty. Potem straciłem przytomność. Odzyskiwałem ją w różnych momentach, w sanitarce, gdzie udzielano mi pierwszej pomocy. Na szczęście w moim patrolu zawsze była sanitarka z lekarzem i sanitariuszem, więc fachowa pomoc, tamowanie krwi, nastąpiła jeszcze na miejscu, zanim przyleciał śmigłowiec.

Ile czasu czekaliście na śmigłowiec?

Tomasz Kloc: Ciężko stwierdzić... Po mnie przyleciał śmigłowiec amerykański, koledzy podobno wzywali polski medevac, ale mimo że było bliżej, amerykanie przylecieli wcześniej. Mnie zabrano do Bagdadu, do wysoko specjalistycznego amerykańskiego szpitala. Tam przeszedłem dwie operacje ratujące życie, dzień po dniu. Potem trafiłem na leczenie do Ramstein, stamtąd w Warszawy na Szaserów [Centralny Szpital Kliniczny Wojskowej Akademii Medycznej - red.], gdzie spędziłem kolejny miesiąc. Potem przechodziłem kolejne operacje, wyciąganie odłamków. Moje leczenie trwało około dwóch lat.

Daniel Kubas: Ja zajmowałem się ochroną konwojów i VIP-ów. Jeździliśmy po całym Iraku, ochranialiśmy konwoje z zaopatrzeniem, z wywiadem. Ja akurat jeździłem z karabinem maszynowym nad dachem pojazdu, na takim prowizorycznym stanowisku strzeleckim.

Pojazd, którym jechaliśmy, koziołkował trzykrotnie, przewalił się przeze mnie, wyrzuciło mnie na kilka metrów, hełm się odpiął, więc szorowałem głową po asfalcie kilkadziesiąt metrów, zanim się zatrzymałem, bo jechaliśmy z dużą prędkością. Licznik zatrzymał się na 118 km/h. Przyczyny wypadku są niejasne, ale koledzy mówili, że był jakiś wybuch, odłamek poszedł w koło... Rzeczoznawca w Polsce stwierdził, że to nie miało wpływu na tor jazdy pojazdu, mimo że nawet felga była pogięta. Ostatecznie uznano to za "wypadek komunikacyjny".

Pamięta pan to wydarzenie?

Daniel Kubas: Nic nie pamiętam z całego tego dnia. Wszystko znam z opowiadań kolegów i dokumentacji. Jeszcze jak leżałem w szpitalu w Bagdadzie, przywieźli mi moje rzeczy. W workach na śmieci. Akurat był tam jeden z sanitariuszy, który mnie ratował, bo z nami również jeździła sanitarka z dwoma sanitariuszami i lekarzem. Opowiadał, że jak się rozwaliliśmy, lekarz jednego posłał do kierowcy, a drugiemu powiedział: "lecimy do niego, bo albo nie żyje, albo umiera". Dość nieciekawie to wyglądało. Najpierw byłem nieprzytomny, po jakimś czasie zacząłem krzyczeć z bólu, więc podali mi morfinę z mojego IPR-u, ale strzykawka była tak stara, że w połowie się zablokowała. Jakąś tam dawkę jednak dostałem, więc znów zemdlałem. Potem przyleciały śmigłowce amerykańskiego medevacu i zabrały mnie do polskiego szpitala polowego w Karbali. Tam Polacy tylko stwierdzili, że mój stan jest zbyt ciężki, i wysłali do Bagdadu, do szpitala centralnego. Byłem nieprzytomny przez trzy dni. Wróciłem do Polski i przez Szaserów do Szczecina na neurologię, rehabilitację, kolejne szpitale... 12 lutego zostałem ranny, a 26 maja byłem już w cywilu.

Byliście świadkami śmierci kolegów?

Tomasz Kloc: Bezpośrednio nie. Natomiast już na pierwszej misji w Libanie miałem takie sytuacje, że musiałem sprawdzać osoby, które wcześniej zginęły: czy nie są zaminowane, czy nie są niebezpieczne dla ludzi, którzy mieli te ciała ewakuować. To było dla mnie traumą, bo... słońce... Te ciała były już w jakimś stopniu rozkładu i trzeba było mimo wszystko każde z nich ruszyć i odpowiednio sprawdzić. Jako dowódca patrolu musiałem to robić osobiście.

W Iraku była jedna śmierć przed moim wypadkiem. Zginął major Kupczyk z mojej jednostki, z którym znaliśmy się jeszcze z Polski. Mimo że nie widziałem tej śmierci, to dla mnie i dla wielu, którzy znali tego człowieka, była to wielka trauma. Wtedy zaczął się zmieniać mój stosunek do misji.

Co jest cięższym doświadczeniem: zostać rannym samemu czy być świadkiem wypadków, śmierci kolegów?

Daniel Kubas: Trudne pytanie, tym bardziej że jeszcze w Polsce, przed misją, miałem taką sytuację, że reanimowałem młodego chłopaka, który zmarł mi na rękach. To było przeżycie wstrząsające. Ale wiem, że ciężko jest sobie również uświadomić co to znaczy, jak się człowiek po kilku dniach nieprzytomności budzi: rozdzierający ból, a potem sprawdzanie, czy są nogi, czy nimi rusza, ręce, czy nimi rusza, czy nic nie urwało, czy nie jest się sparaliżowanym... Jak się pluje krwią, zębami, jak nie można ruszyć głową, bo wszystko jest uszkodzone...To jest makabryczne przeżycie.

Człowiek jest szczęśliwy, jak się okazuje, że ma ręce i nogi. Potem uczy się od nowa chodzić. To są prozaiczne czynności, ale dla nas wtedy były to radości i sukcesy, choć również niepewność, czy będę miał tyle sił, by zacząć funkcjonować normalnie.

Tomasz Kloc: Taki przypadek, gdy jest się rannym, potrafi psychicznie wzmocnić. Natomiast bycie świadkiem czyjejś śmierci psychikę podłamuje. Wiele osób, które oglądały z boku śmierć kolegów, zdarzenia traumatyczne, ma z tym większe problemy psychiczne.

Daniel Kubas: Jeśli żołnierz jest ranny i się podnosi, świadczy to o jego sile. Ale są też tacy, którzy nie potrafią się psychicznie pozbierać. Bo w ułamku sekundy młody, zdrowy, sprawny człowiek, wykonujący zawód, który wymaga sprawności, który musi tę sprawność wytrenować, zmienia się w kalekę. To druzgocząca zmiana. Tym bardziej że byliśmy żołnierzami, zawodowcami. To był nasz świadomy wybór, chcieliśmy to robić. Nagle straciliśmy całe życie, często prywatne i zawodowe, pasję, karierę, możliwości wykonywania tej służby. Często mijają lata, nim człowiek się z tego otrząśnie.

Ile prawdy jest w opinii, że żołnierze nie poddają w wątpliwość swojej obecności na misjach, że się nie zastanawiają nad sensownością tego, co tam robią, tylko wykonują zadania. Czy tego rodzaju wydarzenia potrafią zachwiać wiarą w to, po co się tam jest?

Daniel Kubas: To podejście w trakcie misji się zmienia. Do Iraku faktycznie jechałem z myślą, że jedziemy pomóc ludziom, którzy żyli kilkadziesiąt lat przygięci brzemieniem zbrodniczego reżimu. Na własne oczy widziałem ekshumację masowych grobów ofiar egzekucji z czasów Saddama. Amerykanie kiedyś przechwycili filmy irackiej bezpieki z egzekucji, przesłuchań... Wiem, jak to wyglądało. Początkowo myślałem, że pomagamy tym ludziom, żeby ich kraj stanął na nogi, że jedziemy tam walczyć z tymi, którzy nie chcą do tego dopuścić. Ale z biegiem czasu to podejście się zmienia. Bo wojna widziana na własne oczy wygląda inaczej niż ta z filmów i książek. Nie da się wyrazić tych zapachów... Jak się widzi ofiary zamachów, ostrzałów... Czy spalonych ludzi. To ma swój wygląd i zapach, tego absolutnie nie da się opisać. Tak samo jak zapachu strachu, także własnego. Bo strach też ma zapach.

Inaczej się walczy bezpośrednio w obronie swojej, swoich bliskich, domu. A inaczej ze świadomością, że jest się ileś kilometrów od domu i nie do końca wiadomo po co.

A jeszcze trudniejsze jest to, kiedy w takiej walce straci się zdrowie, a koledzy tracą życie. Mój kolega zginął na drugiej zmianie. Żyć ze świadomością, że nie do końca wiem, kim ja tam byłem i co tam robiłem, też nie jest łatwo. Jest pani obywatelem tego kraju, ma pani na ten temat jakieś zdanie. Czy pani widzi jakiś sens naszej obecności w Iraku?

Nie.

Tomasz Kloc: Jeśli chodzi o polską armię, to te misje były jej potrzebne. Armia dzięki pobytowi na tych misjach zdobyła niesamowite doświadczenia. Zaczęła potrafić walczyć, dowiedziała się, jakiego sprzętu potrzebuje dzisiaj, w tych warunkach i w tych okolicznościach. Do Iraku w pierwszej zmianie jechaliśmy z bardzo słabym sprzętem, nieprzygotowani, bez odpowiedniego zabezpieczenia...

Daniel Kubas: ...W drugiej, trzeciej i czwartej też...

Tomasz Kloc: ...Tak, ale w miarę upływu misji zaczęła się modernizacja, zaczęło się działanie na rzecz poprawy bezpieczeństwa. To i tak nigdy nie zapewni stuprocentowego bezpieczeństwa. Ludzie i tak ginęli, mimo że były lepsze wozy, bardziej opancerzone, bo przeciwnik również wiedział, jak atakować, używał mocniejszych ładunków. Modernizacja nie jest w stanie uchronić przed ofiarami. O to nikt nie ma pretensji. Wielu Amerykanów, z którymi się spotykaliśmy, z tych grup bojowych, które zmienialiśmy w Iraku, było ideologicznie bardzo przekonanych do swojej tam obecności. My, Polacy, mieliśmy bardziej swoje zdanie. Oczywiście jechaliśmy z taką myślą, że jedziemy pomagać. Teoretycznie miało tam już nie być wojny. Miała być stabilizacja kraju, zapewnienie bezpieczeństwa ludności cywilnej. Przez pierwsze dwa miesiące wydawało mi się, że faktycznie tak będzie. Ludność miejscowa dobrze nas traktowała, praktycznie nie było ataków na Polaków w strefie, za którą odpowiadała nasza dywizja, mimo że się słyszało o atakach na Amerykanów w innych częściach Iraku. Wydawało się, że tak będzie... Do pierwszego razu. Nastąpił pierwszy atak, okazało się, że naprawdę nie mamy czym jeździć, że te samochody z cienką blaszką niczego nie wytrzymują. Zaczęliśmy się dozbrajać sami, metodą chałupniczą. Jakieś blachy spawaliśmy, worki z piaskiem, trociny, deski układane na samochodach...

Daniel Kubas: Pełna prowizorka...

Tomasz Kloc: ...która w minimalnym stopniu miała pomóc zabezpieczać nasze ciała.

Daniel Kubas: To niewiele zabezpieczało, raczej miało dawać komfort psychiczny, że w ogóle coś tam jest. Korzyść militarna, jeśli chodzi o nasze wojsko, to fakt: wtedy przestaliśmy być armią na papierze, która od pół wieku ćwiczyła na mapach. Tutaj pojechaliśmy na wojnę. Wyszły wszystkie braki, w wyszkoleniu i sprzęcie. Już dzisiaj wyposażenie żołnierzy w Afganistanie jest kompletnie inne, na dużo wyższym poziomie. Ale armia nie potrafi tego doświadczenia w pełni wykorzystać. Nie sięga po bojowe doświadczenie takich ludzi jak Tomek, żeby szkolili tych, którzy wyjeżdżają. Wielokrotnie mówiliśmy, że chętnie będziemy spotykać się z żołnierzami, opowiadać, co ich czeka, nawet kiedy zostaną ranni, gdzie zwracać się po pomoc. Oni oczywiście mogą rozmawiać z psychologami, ale to my możemy im powiedzieć, jak się z tego otrząsnąć. Ale armia ma gdzieś nasze doświadczenie.

Z czym wróciliście i co dostaliście po powrocie do kraju?

Daniel Kubas: Ja nawet piżamy nie dostałem na Szaserów, bo byłem w dresach wojskowych i stwierdzili, że mogę w nich łazić. Prałem skarpetki i majtki wieczorem, wieszałem na kaloryferze wieczorem i nago chodziłem spać. W wojskowej bluzie od dresu, dżinsach i kurtce przywiezionych przez byłą żonę i butach, które dowiózł mi kolega pociągiem, wróciłem do szpitala, do Szczecina.

Tomasz Kloc: Ja wróciłem z utraconym zdrowiem. Po leczeniu w Warszawie zaczęła się walka o rehabilitację. Brakowało mi pomocy ze strony wojska i naszych przełożonych. Każdemu żołnierzowi po misji przysługuje dwutygodniowe sanatorium. W Ciechocinku powiedzieli, że powinienem przyjechać co najmniej trzy razy po cztery tygodnie. Dzięki pomocy cywilnych lekarzy ze Szczecina odbyłem kilka solidnych turnusów rehabilitacyjnych, które znacząco przywróciły mi sprawność. To było najważniejsze w moim życiu. Po kilku miesiącach mogłem odrzucić jedną kulę, po kolejnych mogłem zacząć chodzić bez kul. Oczywiście sprawiało mi to radość i satysfakcję, ale towarzyszyło mi poczucie, że sam musiałem o to walczyć, zostałem bez pomocy. To powinno być zapewnione. Państwo wydaje niesamowite pieniądze na misje. To są miliardy złotych, powinno zadbać też o takie "szczegóły".

A co z kosztami psychicznymi?

Tomasz Kloc: Tego się nie da przeliczyć. Ale tak, jak mówiłem... Co nas nie zabiło, to nas wzmocniło. My akurat potrafiliśmy sobie poradzić i teraz pomagamy słabszym.

Daniel Kubas: Będziemy się z tym mierzyć do końca życia. To są nasze sumienia, nasze myśli, nasze sny. Nasze życie osobiste. Ja sobie kiedyś zdałem sprawę z tego, że potrzebuję pomocy. Jako stowarzyszenie organizujemy warsztaty psychologiczne. Dwa lata temu zrobiliśmy spotkanie nie tylko dla żołnierzy, ale również dla ich żon. Pierwszy raz w Polsce spotkała się taka duża grupa żołnierzy wraz z rodzinami. Przyjechali psychologowie, przyjechał kierownik kliniki stresu bojowego, profesor Ilnicki z Warszawy. Postawili oczy w słup, jak zobaczyli problemy rodzin! Skalę rozwodów, problemy żon, o których już nikt nie myśli. Nie są obejmowane szerszą opieką, a problem jest bardzo duży.

Misje kosztują miliardy, planuje się wydatki na amunicję, sprzęt, na straty sprzętu. Ale nie planuje się wydatków na leczenie i rehabilitację tych, którzy wrócą ranni. Nie bierze się pod uwagę kosztów ludzkich żołnierzy i ich rodzin. My z Tomkiem, jedni z pierwszych rannych, przeszliśmy gehennę, żeby uzyskać rentę, świadczenia odszkodowawcze. Nikt nigdy mnie w szpitalu nie odwiedził, żeby powiedzieć dobre słowo. Żaden minister ani żaden dowódca. Zwolnienie ze służby też było rzeczą bardzo przykrą.

Chcemy być głosem tego środowiska. Żołnierze nie zasługują na to, żeby przejść przez takie piekiełko, jakie my po powrocie przeszliśmy. Pomagamy też rodzinom poległych. Szukamy darczyńców, którzy pomogą sfinansować kolonie dla dzieci poległych i rannych lub dofinansują szkolenie dla weteranów, którym trudno odnaleźć się w środowisku cywilnym.

W połowie grudnia rząd przyjął projekt ustawy, która ma regulować sytuację polskich weteranów wojennych. Czy rozwiązania zawarte w tej ustawie są satysfakcjonujące?

Tomasz Kloc: O tę ustawę walczymy od początku powstania stowarzyszenia.

Daniel Kubas: Nie do końca są satysfakcjonujące. Brakuje rozwiązania najpilniejszych problemów. Ludzie, którzy wracają ranni, nie mają ustabilizowanej sytuacji materialnej. W większości mamy renty na czas określony. Nie weźmiemy kredytu, a nawet jeśli małżonki dobrze zarabiają, to my zawsze przez banki jesteśmy traktowani jak obciążenie. Po drugie, niegodnym jest to, że żołnierz, który jedzie na misje i traci zdrowie, zawsze traci finansowo, bo renta jest niższa od poborów, a dodatkowo jest obciążony kosztami leczenia i rehabilitacji. Dodatek weterana, który zaproponowało ministerstwo w pierwszej fazie projektu ustawy, samo później okroiło. Po trzecie, zła jest definicja wypadku w związku ze służbą. Jeśli to wejdzie w życie, to Tomek będzie uznany za weterana, ale facet, który wejdzie na minę, która leżała 20 lat w ziemi w Afganistanie, już takim weteranem nie będzie, bo to nie był zamach! To idiotyzm. Chcemy, żeby weterani mieli gwarancję powrotu do normalnego życia. Oni własną krew poświęcili dla tego kraju i psim obowiązkiem tego kraju jest im pomagać.

*Daniel Kubas - starszy szeregowy nadterminowy w stanie spoczynku. Służył w drugiej zmianie w Iraku, w 2004 roku. Był pierwszym ciężko rannym żołnierzem na drugiej zmianie.

**Tomasz Kloc - młodszy chorąży sztabowy w stanie spoczynku. Służył na misji pokojowej w Libanie 1999/2000 oraz w pierwszej zmianie w Iraku w 2003 roku, gdzie został ciężko ranny.

Obaj reprezentują Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych Poza Granicami Kraju - organizację pożytku publicznego, której możesz przekazać 1% swojego podatku.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (135)
Miało tam już nie być wojny...
Zaloguj się
  • rabbinhood

    Oceniono 14 razy 14

    wycofać wojska z Afganistanu

  • sinhuesinhue

    Oceniono 16 razy 10

    odszkodowania, renty, pominiki, pomoc dla ofiar turystyki katyńskiej w sumie 300 000 000 zł to się znalazło a dla naszych rannych żołnierzy nie ma nic. Bo to Polska własnie

  • qazokm

    Oceniono 10 razy 8

    "Służyłem jako żołnierz, zawsze chciałem to robić.
    Zdobywanie doświadczeń dla żołnierza to ważna sprawa..."

    No to juz masz doswiadczenie?
    Chcialeś zabijać, ale nie sądziłeś, ze i Ciebie mogą chcieć zabić?

    "Wtedy zaczął się zmieniać mój stosunek do misji."
    Niektórzy musza stanąć na grabie, zeby ich mózg sie ruszył.

  • northyorkshire

    Oceniono 9 razy 7

    Kochany! Ty pojechałeś tam na OCHOTNIKA! Dla KASY, KASY, KASY!
    Jesteś Ty i Twoi koledzy zwykłymi psami wojny, najemnikami, a takim nie daje się orderów!
    Wojna w Afganistanie jest nie do wygrania! Afganistan to kraj, który NIGDY nie został podbity, nawet przez Dżyngis Chana, a co dopiero przez Baraka Bananę i tchórzliwe polskie "wojsko" specjalnej troski!

  • hugow

    Oceniono 7 razy 7

    żadne korzyści z wojny nie są tak wielkie aby mogły szkodom dorównać

    taki brak wsparcia jest naturalny - skoro generalnie wiadomo, że jedyne korzyści z wojskowych wyjazdów aby sobie postrzelać mają strzelający a w kraju jak zjadą - zajmują się rzeczami niepotrzebnymi - po co to? ano po nic - trzeba wojsko zreformować aby zaczęło być Polsce przydatne do czegokolwiek - np do podniesienia faktycznego bezpieczeństwa obywateli a nie wyimaginowanych w chorych głowach zagrożeniach ze strony kogoś kto albo ma tak wielką przewagę, że należy mu od razu pokazać podbrzusze aby zmniejszyć liczbę poległych, albo nie ma zamiaru nas atakować.

  • oservattoreromano

    Oceniono 13 razy 7

    Wiadomo, ze państwo ma zawsze w dupie obywatela, a z drugiej strony tylko debil i niezrównoważony emocjonalnie osobnik pcha się do wojska i na misje wojenne.

  • ktysio

    Oceniono 6 razy 6

    Czas najwyższy zakończyć te pseudopokojowe misje, które nie mają nic wspólnego z interesami Polski. Wielki Brat Zza Wody nie jeden raz pokazał, że ma nasz kraj w głębokim poważaniu!

  • kappa77

    Oceniono 6 razy 6

    Biedne misie... Wszyscy jechali po "doświadczenia" i "z obowiązku wobec Ojczyzny". Oczywiście o kasie ani słowa, bo to by już tak ładnie nie wyglądało. I pewnie myśleli, że będzie jak w grze komputerowej - zabiją cię, to zresetujesz komputer i dostaniesz nowe życie. Pobudka żołnierzyki! To prawdziwa wojna, a nie podchody na obozie harcerskim!

  • korcia2000

    Oceniono 8 razy 6

    Najwyższy czas skończyć z tymi "misjami". Nasi żołnierze narażają życie i zdrowie w cudzych interesach, które z interesem Polski nie mają nic wspólnego. Ponadto generują miliardowe koszty, na które jako biedny kraj nie możemy sobie pozwolić.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX