Nie słyszeli czy nie rozumieli poleceń? Dlaczego piloci JAK-40 zmieniają zdanie?

Najpierw mówili o doskonałej komunikacji, potem narzekali na łączność. Nie wiadomo też w końcu, czy z bezpiecznej odległości widzieli pas lądując na lotnisku Siewiernyj. Niejasności wokół lądowania polskiego JAK-40 w Smoleńsku 10 kwietnia wyjaśnia prokuratura.
Sprawa załogi JAK-40, który lądował w Smoleńsku 10 kwietnia bez zezwolenia i przy fatalnej widoczności nabiera tempa. Dowódca Sił Powietrznych gen. Lech Majewski uznał, że jego podopieczni brawurowym lądowaniem mogli złamać prawo i zawiadomił o tym wojskową prokuraturę.

Wcześniej naruszenie regulaminu i złamanie procedur wytknęła pilotom 36. specpułku komisja dyscyplinarna przy Dowództwie Sił Powietrznych. Według komisji załoga nie miała prawa schodzić poniżej minimalnej wysokości określonej dla lotniska w Smoleńsku. Do tych informacji jako pierwsze dotarło w styczniu radio TOK FM.

Lotnikom nie pomogło odwołanie do wyższej instancji, czyli komisji przy Inspektoracie ds. Bezpieczeństwa Lotów Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. I ten organ odwołanie załogi JAK-40 odrzucił.

Jak wynika z nieoficjalnych informacji, do których dotarło radio TOK FM, przed komisjami piloci tłumaczyli, że nie słyszeli dobrze poleceń z wieży w Smoleńsku. Dlatego też nie zareagowali na polecenie kontrolerów odejścia na drugi krąg. Po analizie stenogramów opublikowanych przez MAK, ekspert lotnictwa, były wojskowy pilot mjr Waldemar Łubowski ocenia, że znaczna część tej korespondencji była nieczytelna dla załogi. To mogłoby świadczyć na korzyść pilotów.



Tymczasem jeszcze w maju 2010 roku, w wypowiedzi dla telewizji TVN24, Artur Wosztyl, dowódca załogi JAK-40, mówił, że korespondencja prowadzona była w języku rosyjskim. - Informacje były zwięzłe i krótkie. (...) Było zrozumiane przez obie strony i nie było problemów - podkreśla pilot w rozmowie z telewizją.

Dlaczego zmienił zdanie kilka miesięcy później? Załoga na swoją obronę mówiła o niesprawnej radiostacji. - Tu nawet w stenogramach widać, że były kłopoty z łącznością wskazuje mjr Łubowski. - Jak można w takiej sytuacji mówić o precyzyjnym porozumiewaniu się? - pyta.

JAK-40 nie reagował na polecenia wieży. Dlaczego?

Z zapisów w stenogramach z wieży na lotnisku Siewiernyj opublikowanych przez MAK wynika też, że kontrolerzy mieli problem ze zrozumieniem naszych pilotów. Część korespondencji odbywała się po angielsku, a nie jedynie po rosyjsku. Polski JAK-40 nie reagował na niektóre polecenia kontrolerów. W tym na to najważniejsze, dotyczące odejścia na drugi krąg, przed samym lądowaniem.

- Kontrolerzy powtarzali instrukcje dotyczące kołowania i w rozmowie między sobą narzekali, że polski JAK-40 i tak jej nie wykonał - wskazuje Łubowski na podstawie stenogramów. - Mówią też, że nie otrzymywali od Polaków potwierdzeń. "Mówisz mu w prawo, a on poszedł w lewo. Dziesięć razy mu mówiłem: Kołuj po prostej" - cytuje stenogramy pilot. - Tu się nakłada szereg czynników. Znajomość języka i jakość tej korespondencji radiowej - ocenia Łubowski.

W publikowanej przez TVN24 wypowiedzi Artura Wosztyla pilot mówił także o tym, że załoga JAK-40 widziała pas lądowania. Tymczasem ze stenogramów publikowanych wcześniej przez MAK wynika co innego. Polskiego samolotu nie widzieli też w gęstej mgle kontrolerzy. - Nasz Jak meldował, że jest już nad "bliższą" (radiolatarnią - przyp. red.) i jeszcze nie widzi pasa - wskazuje na stenogramy Łubowski. Dlatego, kontrolerzy zamierzali go skierować na drugi krąg. - To było już na tyle późno, że samolot chwile potem wylądował - wnioskuje pilot.



- Powinni podać komendę ze swoją pozycją, o wypuszczonym podwoziu i klapach i na koniec zameldować wieży "pas widzę" - wyjaśnia procedury mjr Łubowski. W stenogramach takich komend brakuje. - To dlatego, że załoga zapewne nie widziała pasa - wnioskuje pilot. - Warunki już były pewnie takie, że ten pas zobaczyli w ostatniej chwili i skupili się na przyziemieniu, czyli tej ostatniej fazie lądowania - dodaje.

DOSTĘP PREMIUM