Ja się pytam: Kto tu popełnia przestępstwo?!

KOSZMAR DOMÓW DZIECKA. - Dzieci w placówkach, są po prostu w getcie. Kompletnie bezbronne. Nie mają się na kim oprzeć. Nie ma babci, która coś zauważy, nie ma kolegi, koleżanki, którym można się poskarżyć, bo wszyscy są w tym samym gronie. To zamknięte środowisko. Te dzieci nie mają żadnego oparcia wśród ludzi z zewnątrz. Tam się może dziać wszystko - mówi o domach dziecka siostra Małgorzata Chmielewska.
Od kilku dni piszemy o domach dziecka. 24-letni dziś Andrzej, wychowanek takich placówek, opowiedział nam o bezsilności , upokorzeniu i osamotnieniu. O utrwalanym latami przekonaniu że "jesteś niczym, ty się tu nie liczysz" i że "absolutnie nikomu na tobie nie zależy". To, co pomogło mu tam przetrwać, to konieczność obrony młodszej siostry przed przemocą i molestowaniem. Po opublikowaniu tej rozmowy skontaktował się z nami Michał, 32-letni pedagog z domu dziecka - potwierdził, że przemoc psychiczna i fizyczna wobec dzieci, jest w jego placówce powszechna, bo wychowawcy chcą mieć spokój, a konflikty między sobą rozgrywają za pomocą dzieci.

Efekty są takie, że "absolwenci" domów dziecka rzadko wychodzą na prostą. Mówi nam dziś o tym siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona Wspólnoty "Chleb Życia". Prowadzi siedem domów dla osób bezdomnych. Próbuje przywrócić do społeczności osoby wykluczone. Była i jest rodziną zastępczą dla kilkorga dzieci.

Anna Wacławik-Orpik: Ilu mieszkańców domów wspólnoty to ludzie po placówkach?

Siostra Małgorzata Chmielewska ze Wspólnoty Chleb Życia: - Według naszych ponad 20-letnich doświadczeń, około 25 procent mieszkańców domów to ludzie, którzy przeszli w dzieciństwie przez placówki.

Siostra mówiła kiedyś, że czasem i 80 proc. ludzi przebywających w domach, to absolwenci instytucji.

- Nawet komplet bywał, czyli 100 procent: nowi absolwenci domów dziecka, jak i starsi 40, 50-letni ludzie, którzy nie poradzili sobie przez te wszystkie lata i w końcu trafili do nas, a wcześniej byli w innych schroniskach dla bezdomnych. Nagminnie dostajemy telefony z domów dziecka, że wychowanek nie ma dokąd pójść. To często wychowankowie z placówek specjalnych dla dzieci i młodzieży upośledzonej. Ale zdarza się, że trafiają do nas ludzie prosto z ulicy i dopiero potem dochodzimy, że są z domów dziecka i innych zakładów opiekuńczo-wychowawczych.

Czego nauczyli się przez te wszystkie lata bycia w placówce?

- Większość nauczyła się czegoś, co my nazywamy "syndromem placówkowym", czyli fantastycznej, podwójnej gry. Takiej "zaradności", ale w złym sensie. Polega na tym, że taki człowiek potrafi przytakiwać, że zgadza się z tobą patrząc ci prosto w oczy, a następnie odwracać się i robi swoje. Nie zapomnę dziewczyny, wychowanki domu dziecka, która uprawiała prostytucję. Mówiłam jej, że to co robi może się dla niej źle skończyć, a ona odpowiadała, patrząc mi prosto w oczy: "ciocia ma rację, ciocia ma naprawdę rację". Po czym dalej robiła to, co do tej pory. To "ciocia ma rację" jest u nas klasycznym powiedzeniem. Mówimy: O!, kolejna osoba "Ciocia Ma Rację".
Przebicie się do warstwy realnego kontaktu z tym młodym albo starszym człowiekiem, jest niezwykle trudne, bo on nigdy do nikogo nie miał zaufania. Bo do kogo miał mieć? Nauczył się być "w porządku" na zewnątrz, natomiast nie przekłada się to na jego wewnętrzną postawę. Nauczył się nie podpadać, ślizgać tak, żeby robić swoje, ale żeby tego nikt nie widział. Po drugie, jest to walka o to, żeby być zauważonym przez - kiedyś - personel placówki, a teraz - przez osobę prowadzącą dom, nawet za cenę popełnienia głupstwa. To chęć zwrócenia na siebie uwagi, syndrom sieroctwa u ludzi, którzy mają po 20 lat, a zachowują się jak dzieci. W gronie kilku osób będą robić wszystko, by być tym najważniejszym. Bo nikt nigdy na nich uwagi nie zwracał, chyba że zrobili coś złego.

Z jakimi doświadczeniami wychowankowie placówek przychodzą do siostry, do domów wspólnoty? Byli ofiarami przemocy albo jej sprawcami?

- Nie pytamy, bo najgorszą rzeczą jest wyciąganie traumy. Czasem to wychodzi... Jeśli chłopak budzi się w nocy z krzykiem i ma lęki lub z niewiadomych powodów zaczyna się nagle znęcać nad kimś słabszym, to zawsze oznacza to jedno: był ofiarą przemocy. Zdarza się, że po kilku latach pobytu u nas nabierają zaufania i przyznają się do traumatycznych przeżyć. To jest niezwykle traumatyczne przyznać się, że było się ofiarą przemocy seksualnej.
Są i tacy, po których to zwyczajnie widać. Ich zachowania o tym świadczą. To znana sprawa. O tym, że w domach dziecka jest przemoc seksualna wiemy również od matek, które u nas mieszkają, a ich dzieci były wcześniej w placówkach. Te matki mówią, że dzieci są tam molestowane, w ogromnej większości przez rówieśników. Byłabym zdziwiona, gdyby czegoś takiego nie było. Nie chcę dokuczyć tym, którzy pracują z całym oddaniem, ale nie są w stanie zapanować nad tym, jeśli się zmieniają co 8 godzin. "Władca much" się kłania. Dzieci same w sobie nie są dobre ani złe, ale tam są dzieci, które same są po przejściach, które niejednokrotnie były świadkami i ofiarami zbrutalizowanego seksu, gwałtów na matce czy innych aktów przemocy. Jeśli się skomasuje dzieci w dużej grupie i nie daje im ciepła, niczego nie tłumaczy, zostawia same na noc z jednym wychowawcą, to ja się pytam: kto tu popełnia przestępstwo?
Tworzyć taką placówkę nie zabezpieczywszy dobra dziecka, to jest zwyczajne przestępstwo. A z punktu widzenia etyki chrześcijańskiej grzech ciężki.

Dzieci placówkowe znacznie częściej padają ofiarami przemocy niż ich rówieśnicy wychowywani w rodzinnych domach, niezależnie od jakości tych domów.

- Nawet dzieci będące w rodzinach dysfunkcyjnych mają kontakt z szerokim środowiskiem spoza swojej rodziny. Ze szkołą, pedagogami itd. A dzieci, które są w placówkach, są po prostu w getcie. Kompletnie bezbronne i nie mają się na kim oprzeć. Nie ma babci, dziadka, który coś zauważy, nie ma kolegi czy koleżanki, którym mogą się poskarżyć, bo wszyscy są w tym samym gronie. To zamknięte środowisko, te dzieci nie mają żadnego oparcia wśród ludzi z zewnątrz. Tam się może dziać wszystko.

Dzieci spędzają w placówkach kilka albo kilkanaście lat. Czy potrafią po opuszczeniu placówki samodzielnie żyć?

- Ci którzy do nas trafiają są dowodem na to, że nie. Oczywiście są też tacy, którzy nie byli w placówkach, ale to mniejszość. Dyrektorka domu dziecka z mojego regionu powiedziała mi niedawno, że z 20 wychowanków, którzy opuścili jej placówkę poradził sobie tylko jeden!
Niektóre domy dziecka próbowały robić programy usamodzielniania wychowanków, ale tu trzeba by towarzyszyć tym dzieciakom na co dzień. To na tym powinno polegać. Miałam dzieci w rodzinie zastępczej, niektóre są już dorosłe i samodzielne. Cały czas mamy kontakt. Jak moja córka skończyła 18 lat, pomagałam dalej, jak mogłam. Normalnie, jak w rodzinie. Nie wyobrażam sobie, że miałabym jej powiedzieć "to teraz, córeczko, radź sobie sama".
Wychowanie w takiej grupie, gdzie dziecko ma zapewnione wszystko, kiedy rozbudza się w nim postawy roszczeniowe, kiedy nie ma żadnej odpowiedzialności, choćby za pieniądze, którymi placówka dysponuje na dziecko, powoduje, że przygotowanie do samodzielności jest po prostu niemożliwe. Proszę sobie wyobrazić, że pani dziecko po skończeniu 18 lat zostaje kompletnie samo, nie mając zawodu, przygotowania, mieszkania. Nawet jak dostanie takie mieszkanie nie wie, jak się płaci za gaz, jak się zarabia pieniądze, jak się wypełnia przelew i że w ogóle chodzi się do banku.
Zatem mechanizm jest taki, że te dzieciaki najpierw przepuszczają pieniądze, które dostali na usamodzielnienie, biorą jakieś kredyty, albo telefony komórkowe, które potem sprzedają. I trafiają do nas z długami na kilka tysięcy złotych. Potem my ich posyłamy do szkoły, zaczynamy jakąś pracę z nimi, ale wkrótce pojawia się policjant, kładzie łapkę na ramieniu takiego chłopca czy dziewczynki i zamyka w areszcie za wyłudzenie. To kto powinien pójść do tego aresztu? Pecepeerowski [PCPR - Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie - red] system usamodzielniania, to jest urzędnicza fikcja.

Dostajecie od placówek informacje o tych ludziach?

- Była u nas dziewczyna, która pół roku wcześniej opuściła dom dziecka. Podała mi nazwisko wychowawcy, bo chciałam się dowiedzieć, czy problemy psychiczne jakie ona ma, miała też w placówce. Ten człowiek, a był jej wychowawcą przez dobrych kilka lat, z trudem sobie przypominał, o kim w ogóle mowa. Powiedział, że "ciągle siedziała w kącie i gapiła się w telewizor". A ona miała ciężką depresję. Wypuszcza się wychowanków bez żadnego rozpoznania. Teraz załatwiamy chłopakowi z dużymi problemami neurologicznymi rentę socjalną. On powinien to mieć załatwione w momencie opuszczenia placówki.

Oprócz kosztów społecznych jest jeszcze ekonomia. Kilka tysięcy złotych miesięcznie kosztuje jeden wychowanek w placówce.

- To nie wszystko. Proszę jeszcze doliczyć późniejszą opiekę w schroniskach dla bezdomnych, zasiłki, koszty leczenia alkoholizmu Jedna z naszych mieszkanek niedawno zapiła się w wieku 50 lat. Była wychowanką domu dziecka. Muszę użyć bardzo brzydkiego określenia: to systemowa produkcja ludzi niezaradnych społecznie. Najpierw płacimy za tę produkcję, a potem za zbieranie jej owoców. Sponsorujemy ludzkie nieszczęścia i nieszczęścia społeczne. Już nie mówię o ogromnych stratach, bo to są dzieci, które mają wielki potencjał.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM